2004
grudzień (5)

2005
styczeń (8)
luty (5)
marzec (3)
kwiecień (4)
maj (4)
czerwiec (1)
lipiec (4)
sierpien (2)
wrzesień (3)
październik (2)
listopad (2)
grudzień (2)

2006
styczeń (1)
luty (3)
marzec (1)
kwiecień (1)
maj (2)
czerwiec (2)
lipiec (1)
sierpien (2)
wrzesień (1)
listopad (1)
grudzień (2)

2007
styczeń (1)
luty (1)
marzec (1)
maj (1)
lipiec (2)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (1)
grudzień (1)

2008
styczeń (1)
luty (1)
kwiecień (1)


Pamiętniki
Astal
Story of Lilyann




Dodaj do ulubionych

szablon: Ylka
dla: Linkup
Kod HTML został przerobiony przez Anę, na potrzeby mylog.pl

Każda chwila jest inna dzięki uczuciom, jakie nam w niej towarzyszą

Międzyczas. || piątek, 25 kwietnia 2008 15:32:50

Ostatecznie wizyta w gabinecie D.Billa zakończyła się fiaskiem. Profesor ze zgrozą przyjął wreszcie do wiadomości, że Evans i Potter znajdowali się na terenie szkoły tyle, że kilkanaście stóp nad jej gruntem. Zarzut ucieczki z niej i nielegalnego wypadu do Hogsmeade okazał się więc bezpodstawny. Ostatecznie zakończyło się więc na odjęciu punktów Gryffindorowi, choć nikt tak dokładnie nie wiedział, za co.
Nic nie wskazywało na to, że jakikolwiek punkt regulaminu szkolnego został złamany. Kilka razy tylko jacyś uczniowie spoglądali na Lily ze zdziwieniem, jakby nie mogli uwierzyć, że ta wzorowa uczennica jawnie zlekceważyła zakazy McGonagall. Milczeli jednak solidarnie.
Choć nie wszyscy.
Kilku Ślizgonów zarzekało się na ręce i nogi, że widzieli Evans i Pottera na Nocy Ognisk. Slughorn uparcie jednak twierdził, że to niemożliwe. Tę dwójkę znaleziono bowiem na terenie Hogwartu a nie wioski czarodziejów. Pedagogicznie też pouczył swoich wychowanków, że tak zawzięta rywalizacja między domami jest niezdrowa i powinni spróbować się zaprzyjaźnić z Gryfonami. Grupka zbuntowanych Ślizgonów z oburzeniem opuściła po tych słowach gabinet opiekuna domu. Można powiedzieć, że wzięli sobie jednak jego słowa do serca, choć nieco na opak. Dwa dni później dało się słyszeć w ubikacjach o pewnej, wcale sporej scysji między nimi a Huncwotami.
W międzyczasie Lily męczyła się z Ann. Dziewczyna dobitnie dała do zrozumienia, że nie popiera nieodpowiedzialnego zachowania Evansówny a nawet je neguje. To drobne nieporozumienie, podobnie z reszta jak każde inne, pozostało niezdrowo przemilczane i niewyjaśnione. Ot, udawały, że nic się nie stało, choć żadnej to nie było tak naprawdę w smak.
Życie hogwartckie nadal toczyło się swoim zwykłym, utartym szlakiem. W łazienkach wciąż można było się dowiedzieć znacznie więcej niż na lekcjach. Ostatnio między kabinami niosła się plotka o Ibe Bowie i boskim Davidzie. Nijaka dziewczyna zwana Nebulą była podobno z tego faktu wielce niezadowolona. Najnowsza zakochana para Hogwartu była jednak daleka od przejmowania się tym.
Przez kilka pierwszych godzin niedzielnych, tuż po Nocy Ognisk, w Wieży Północnej także szeleściły plotki o Evans i Jamesie. Bądź, co bądź, ale złamali zakazy i „razem” pojawili się na Nocy Ognisk. Kilka dziewcząt zaryzykowało stwierdzeniem, że to romantyczne. Lily dobitnie zaprzeczyła tym pogłoskom na śniadaniu, rzucając w Pottera tostem grubo obsmarowanym dżemem. Podobno był wiśniowy.
Prócz tego publicznego, w powietrzu szumiało też życie indywidualne. Ann, choć już nie wypominała Lily jej wybryku, wciąż nie mogła zrozumieć niczego, co się wydarzyło. Czemu Lily uniknęła kary? Przecież zwykle przyjmowała życie z, jak to mówiła, „rozczapierzonymi grabiami”. To nie znaczy czasami przyjmować potulnie konsekwencje? A nawet, jeśli jej nie złapali na Nocy Fawkes’a, to przecież przyłapali ich na lataniu na miotłach. Nikt jednak nie wpadł na myśl, że mogli się na nich przemieszczać. Moon doszła więc do wniosku, że profesorowie są wyprani z wyobraźni. Ani razu w ciągu tych kilku dni międzyczasu nie zastanowiła się jednak nad tym, dlaczego tak bardzo chciałaby sprawiedliwości...
Naomi, między jednym potknięciem na następnych, pracowała nad Andym. Według jej rachunków za kilka dni powinien ją zaprosić na spacer wzdłuż jeziora. Ostatnio nawet przestał być taki opryskliwy. Bloomy nie wiedziała, czy ją to cieszy, czy jej tego brakuje, ale, reasumując, uznawała to za postęp.
Potter na czwartkowym obiedzie zaczarował solniczki. Przez pół godziny, stłoczone wokół Lily, wyśpiewywały jakaś smętną balladę.
Black naładował swój grafik randkami. Już dwa razy musiał się wymknąć do Hogsmeade po magicznie niesamowity żel do włosów.
Peter raz w międzyczasie się przemknął z Łapą do Wioski. Gdy chłopak poszedł po żel, on kupił sobie nową talię kart. Całymi wieczorami ogrywał wszystkich w Pokoju Wspólnym.
Remus chodził jakiś niemrawy i z dnia na dzień coraz bledszy. Zdaje się, że znów coś się działo w rodzinie.
Wszechświat po staremu odmierzał czas, bez większych zgrzytów. Udało mu się tego dokonać przez tydzień.

Lily spokojnie odczekała, aż McGonagall się wykrzyczy. Zadziwiające, ale ostatnimi czasy uświadomiła sobie, jak powinna podchodzić do tej kobiety. Wystarczyło dać jej powód do wrzasku, a profesorka z miejsca znajdowała sobie zajęcie na najbliższy kwadrans. Tak sama z siebie!..
Evans wykorzystywała więc tę nową wiedzę w praktyce i to dość często. Zauważyła także, że opiekunka znacznie chętniej niż zwykle patrzy na nią z pewną podejrzliwością. Prawdopodobnie do tej pory nie doszła do siebie po tym, jak to nie przyłapała dziewczyny w Hogsmeade. Uporczywie jednak milczała. Nie mogła sobie jednak odmówić przyjemności wiercenia dziury w plecach Evansówny.
Tak więc, wracając to tematu, wicedyrektorka krzyczała. Jak przypuszczała Lily, mniej-więcej była to ta sama gadka-szmatka, co od tygodnia. Korzystając z chwili względnego spokoju spuściła głowę i przymknęła oczy, dając im odpocząć. Wytarła czubek przybrudzonego buta o spodnie i skupiła się na niebieskich migdałach.
Padły jednak Słowa, na które drgnęła.
-... ale najwyraźniej tobie nie zależy! Jeśli nie to, to już nie wiem, jak to tłumaczyć. Jest też możliwość, że jesteś na to zwyczajnie za Głupia, oczywiście.
Dokładnie, tak właśnie to zostało powiedziane. Z dużej litery!
Minevra McGonagall, gdy tylko chciała, umiała wszystko. Poczynając od upieczenia wyśmienitego jabłka z pieca beż użycia pieca, kończąc na mówieniu wielkimi literami.
-I muszę stwierdzić, że jeśli myślisz, że opanujesz to w tydzień, to jestem skłonna obstawiać tę drugą możliwość. Więc, jeśli faktycznie jesteś tak Niemądra, to nie mam zamiaru tracić czasu na równie bezowocne zajęcia.
I wyszła. Zwyczajnie, na nogach, wyszła. Zatrzasnęła za sobą drzwi i tyle jej było! Nawet nie wyprosiła Lily wcześniej z gabinetu. Z resztą, nawet jakby jej to poleciła, dziewczyna i tak nie byłaby w stanie wykonać tej czynności, tak była zszokowana. Zwyczajnie by nie wiedziała, którą nogą ma zacząć iść!
Stała wciąż w tym samum miejscu, nawet nie podniosła wzroku. Wpatrywała się w trampki jak przez mgłę - żeby to poetycznie ująć - myśli.
Choć fakt był taki, że akurat w tym momencie niewiele myśli jej przychodziło do głowy. Zwyczajnie, przez chwilę nie dowierzała w to, co usłyszała, bez jakichkolwiek głębszych przemyśleń.
Dopiero po chwili przyszła Myśl. I to ona jedna, jedyna, choć taka mała, wypełniła cały umysł dziewczyny.
‘Głupia? No to jeszcze zobaczymy!”

Naomi, w przerwach między wzdychaniem do Andy’ego, znalazła sobie nowe, owocne zajęcie. Zajęła się tresowaniem Tina. Jak na razie świetnie opanowali „Gryź-Wszystko-Nawet-Jak-Ci-Nie-Pozwalają”. Od jakiejś godziny pracowali natomiast nad „Gryź-Tylko-Jak-Ci-Każą”. W pewnych kwestiach Tin okazał się jednak wyjątkowo tępą puszką...
Ann przez jakiś czas spoglądała na przyjaciółką z politowaniem, ale później nawet na to nie miała już siły. Zajęła się więc klejeniem kolarzu. Noc Ognisk uważała za owocną głównie z tego względu, że miała okazję się zaopatrzyć w całe sterty kolorowych czasopism. Aktualnie więc zajęła się ich wycinaniem. Jednym uchem słuchała milczenia Hilary, która – w swojej firmowej pozie – gniła na łóżku czytając książkę. Całą resztę siebie poświęciła na próbę wycięcia jakiejś czarownicy. Niestety, jej postać szybko biegała po stronicach. Mia wybyła na romantyczny spacer we dwoje.
W międzyczasie kukułka wyskoczyła raz ze swojego domku i dyskretnie puknęła dziobem o drewnianą podstawkę, na której stała. Był kwadrans po ósmej.
-Lily powinna już wrócić – zauważyła Moony, starając się złapać jakąś uciekającą przed nożyczkami czarownice.
-Cały czas chodzi na te korki do McGonagall? – zainteresowała się Hilary.
Ann mruknęła i z triumfalnym wyrazem twarzy wycięła postać kobiety z gazety.
-Zwykle siedziała u niej do ósmej – stwierdziła, prostując brzegi kartki.
-Może McGonagall ją udusiła? – włączyła się nagle do rozmowy Naomi, spuszczając z oka Puszkę. Tin natychmiast to wykorzystał i z prędkością maksymalną dla puszki na raciczkach pomknął przez dormitorium. Dziewczyny na raz wrzasnęły.
-Naomi! – ryknęła Ann, wskakując na najbliższe łóżko. W tym czasie Naomi wykonała piękny ślizg, ale mimo to Tin jej zwiał.
-No, co?!

Zanim całkowity gniew i determinacja wzięły nad nią górę, opanował są syndrom Ucznia-Samego-W-Gabinecie. Polega on mniej-więcej na tym, wokół czego kręcą się sny największych rozrabiaków wszystkich szkół świata, zarówno czarodziejskich, jak i mugolskich. No, bo kogo nie interesowały nigdy szafki biurka profesorskiego? Albo już oddane, niesprawdzone jeszcze wypracowanie, w którym chciałoby się jeszcze poprawić błędy?
Odsunęła na bok wkurzenie i pozwoliła mu dojrzewać, a sama ruszyła w stronę tajemniczego biurka nauczycielskiego. Pochyliła się nad nim i skrzywiła się widząc nienaganny porządek. No kto normalny tak pucuje biurko? Aż się bała dotknąć papierów, w tak równy stos były poukładane. Przyjrzała się dokładniej, ale na szczęście nie były ułożone kolorystycznie.
Ostrożnie przejechała palcem po pliku i zatrzymała go na kilkunastu kartkach pergaminu wyglądających na wypracowania. Powoli podniosła kilka dokumentów, odkrywając je. To na wierzchu było już ocenione, i tco więcej, nazwisko sugerowało trzeci rok Krukonów. Ułożyła plik tak, by wyglądał jak wcześniej.
Nachyliła się i otworzyła pierwszą szufladę.
-Aha! – ucieszyła się, widząc rolki pergaminu. Ostatnie wypracowanie było bardzo długie i wszyscy oddawali je w rolkach. Rozwinęła pierwszą, ale jęknęła z zawodu. Zwykłe dokumenty.
Nie to, żeby chciała sobie wpisać piękne „W” przy swoim nazwisku. Była po prostu ciekawa ocen. Napociła się nad tym esejem... No i wiadomo; ten posmak adrenaliny w ustach. Zniewalające.
Podskoczyła do biblioteczki ukrytej za szybą. Wnioskując po małym zameczku, przydatny byłby kluczyk.
Za szybką leżało kolejne kilkanaście rolek pergaminu i dwa stosy wypracowań.
Ann Moon...
To ich wypracowania!
Wyciągnęła zza szelki różdżkę i wycelowała nią w zamek.
-Nic z tego. Moja wnuczka jest przezorna. Zamek reaguje tylko na jej zaklęcie – odezwał się mocny, dudniący głos.
Lily podskoczyła i szybko odwróciła się. Jej wzrok padł na portret jakiegoś starszego człowieka. Nie był specjalnie porywający. Zwykła pomarszczona twarz poczciwca i poprószone siwizną włosy. Jedyne, co ściągał wzrok, to mleczno-białe wąsy.
Że „wnuczka”?!
-Przepraszam? – odezwała się Evans niepewnie, podchodząc powoli do ściany. – Pan jest dziadkiem pani McGonagall?
Człowiek nie odpowiedział, tylko nakręcił wąsa na palec.
-Albo się rusz, albo przyznaj, że zwyczajnie nie jesteś w stanie zostać animagiem. Niektórzy nie są wystarczająco sprytni...
Lily aż się zrobiła purpurowa na te słowa. Wściekłość na McGonagall dojrzała, a teraz jeszcze ten dziadek jej będzie sugerował, że jest idiotką?! Co to, to nie!
Pan McGonagall z zainteresowaniem przyglądał się dalszym poczynaniom dziewczyny.

To nie było nawet zmęczenie fizyczne. Znacznie bardziej niż na mięśniach, czuła zakwasy na mózgu. A przynajmniej była pewna, że gdyby takowe istniały, tak by się je właśnie odczuwało. To było coś pomieszane z migreną, stanem podgorączkowym i efektem zbyt długiego siedzenia na słońcu. Przegrzała się...
Zerknęła na zegarek.
Było w pół do dziewiątej a ona nie posunęła się do przodu ani o jedno piórko.
Zacisnęła zęby i wyprostowała się. Wyciągnęła przed siebie różdżkę, jakby to miało jej pomóc w skupieniu się.
-Jeszcze trzy podejścia i mdleje – postanowiła.
Jak to było? Zamknąć oczy i skupić wszystkie myśli na zwierzęciu, którym chce się zostać. Wyobrazić go sobie, poczuć się nim. I skumulować całą swoją moc, magie i siłę na tym, by się przemienić.
Kiedyś ma tym kogoś uratować. Tak przynajmniej mówił ten dziwny sen. Że ma się stać animagiem - dokładniej feniksem - by pomóc komuś, kto zdaje się jest jej bliski. I od niej ma to zależeć. Nie od reszty świata, McGonagall czy książek. To, jak ten tajemniczy ktoś skończy ma zależeć tylko i wyłącznie od niej, od tego jak mocno się zaprze w sobie i jak bardzo się postara. Wszystko, co się z tą osobą stanie, będzie konsekwencją jej działania. Jeśli ten ktoś przeżyje – to dzięki niej. Jeśli coś mu się stanie – prawem całego wszechświata będzie zrzucić winę na nią.
Za Głupia?
Jak to było w tym śnie? Leciała wysoko nad jakimś terenem. Jak przez mgłę wydawało jej się, że to ma być teren Hogwartu. A przynajmniej jakiegoś zamku. I był tam dziki las i lśniąca tafla. Wiatr wiał przeraźliwie a ona leciała pod prąd i było jej idealnie ciepło. Ani za gorąco, ani za zimno. I czuła się tak powalająco wolna i szczęśliwa, choć też zestresowana i nieco pod presją. Co ją tak cieszyło? Zdaje się, że lot. I ciepło. Czuła cieplejsze prądy wiatry pod skrzydłami, które umożliwiały jej lot. Zdawało jej się, że nie ma oporu powietrza, a ona doskonale wie, co powinna robić. Wiedziała, jak uderzyć ręką, czy też skrzydłem. I zdawała sobie sprawę, że gdyby ktokolwiek spojrzał na nią z dołu, widziałby ją jako jaśniejącą smugę światła na zachmurzonym niebie.
Wyobrazić go sobie, poczuć się nim. I skumulować całą swoją moc, magie i siłę na tym, by się przemienić.
Wypowiedziała zaklęcie.
I pojawił się ból.
Najpierw mały, choć przejmujący. Jak ukłucie szpilką w sam czubek nosa. A zaraz później, zupełnie jakby tego wcześniejszego bólu nie było, pojawił się Ból. Tak prawdziwy, jak najszczersze uczucia i najgorętsze emocje. I promieniował tak przerażająco, jakby to sama, żywa błyskawica, zamiast krwi, płynęła w jej żyłach. Czuła, jakby ktoś rzucał jej w twarz kulami najżywszego ognia. I bynajmniej nie trwało to sekundę.
Niemal czuła, jak ktoś zdziera jej skórę z twarzy, naciąga wszystkie mięśnie, modeluje je według własnego widzimisię.
Gdy to wreszcie ustało nie miała odwagi otworzyć mocno zaciśniętych oczu. Poza całym tym przerażającym, wyciągniętym wprost z otchłani bólem, poczuła jeszcze coś, co nie tyle ją bolało, ile przerażało.
Przez moment, chwilę, ułamek czasu wszechświata czuła, jakby zatraciła własne człowieczeństwo. Jakby ktoś ją zrzucił w czarną czeluść, od której sprężystego dna się mimowolnie odbiła, jakby było z gumy. I właśnie w momencie tego spadania, a najbardziej sięgnięcia dna, czuła się najmniej człowiekiem, jak tylko można.
Spod mocno zaciśniętych powiek wydostały się wielkie jak groch łzy. Gdy powróciły do niej jej własne, ludzie zmysły, wyczuła dłonią zimną powierzchnie. Zdała sobie sprawę, że siedzi na podłodze, mocno podpierając się rękoma zdrętwiałymi od wysiłku.
Otworzyła oczy.
I, zdaje się, po raz pierwszy w życiu pożałowała, że je w ogóle ma.

McGonagall siedziała wygodnie w jednym z foteli pokoju nauczycielskiego, gdy ktoś zapukał do jej kieszeni. Minevra odstawiła filiżankę wybornej herbaty z mlekiem i z zaciekawieniem sięgnęła do kieszeni. Wyjęła z niej miniaturowy obrazek oprawiony z małą, złotą ramkę. Ten robiony na zamówienie obraz jej dziadka był „połączony” z oryginałem w jej gabinecie. Chodziło głównie o to, żeby Dziadek mógł zapukać te tej miniaturki w razie, jakby coś się działo w gabinecie. Dlatego też, jedyne, co mógł tu zmieścić do palec. Którym właśnie pukał.
Wcisnęła obrazek z powrotem do kieszeni. Ciekawe, co Evans zrobiła, jak się zorientowała, że ją zamknęła w gabinecie? Wyskoczyła przez okno? Bo zwykłą Alohomorą tego zaklęcia by nie złamała, więc McGonagall innego wyjścia nie widziała.
Nieśpiesznie dopiła herbatę i wstała.

Evans siedziała na zimnej, kamiennej posadzce. Po pewnym czasie jej zmiażdżony bólem i nie-człowieczeństwem mózg zaczął się domagać podniesienia zadka. Niezgrabnie więc wstała.
Najlepszym określeniem na jej stan emocjonalny i fizyczny była stwierdzenie, że czuła się, jakby jej ktoś wyrwał na moment mózg, podeptał go i poskakała po nim a następnie włożył z powrotem do głowy i podziękował za dobrą zabawę. Innymi słowy była wyprana z czegokolwiek, co w jakiś sposób przypominałoby myśli.
Złapała równowagę i przez załzawione oczy spojrzała w szybę regału. Prócz książek za nimi zauważyła też pewne bliżej nieokreślone odbicie. Dowlokła się nieco bliżej i zobaczyła siebie... z dziobem zamiast nosa.
Gdyby tylko miała jeszcze trochę siły, prawdopodobnie by się zdziwiła i przeraziła. Ale aktualnie czuła się, jakby ktoś ją pościł przez wyrzynarkę. Bez większego zastanowienia powlokła się więc w kierunku fotela i opadła na jego miękkie poduszki.
I przysnęła.

Gdy McGonagall dostała się do swojego gabinetu z przerażenie zamknęła drzwi najszybciej, jak umiała. Jeszcze tego by brakowało, żeby ktoś to zobaczył! Podeszła ostrożnie do nieprzytomnej Lily, obejrzała w całkowitym szoku jej twarz i podskoczyła do kominka. Rzuciła na palenisko odrobinę proszku Fiuu i, z całym szacunkiem, na jaki mogła się w tej chwili zdobyć, poprosiła dyrektora do siebie.
Następnie oparła się o kant swojego biurka, stojąc zaraz naprzeciwko śniącej Lily i z niedowierzaniem wpatrywała się w twarz swojej uczennicy. Tkwiła tak, dopóki ktoś nie zapukał do drzwi jej gabinetu. Z zadziwiającą gracją – jak na tę ilość materiałów, którą zwykła nosić na sobie – doskoczyła do nich i je lekko uchyliła. Była przekonana, że to dyrektor, ale ostrożności nigdy za wiele.
-Pani profesor, na drugim piętrze Black z Potterem biją się zbrojami Ptolemeusza III i Dzielnego Bunkinga – wydyszał jej w twarz prefekt naczelny Krukonów.
-Nie mam czasu – odparła, i zamknęła zaskoczonemu chłopakowi drzwi przed nosem.
Też nie mają, co robić! Jak już jej mają zawracać głowę, to niech to coś przynajmniej w połowie dorównuje temu, to miała przed sobą! Evansówny w tym momencie nic nie przebije...
Usłyszała stuknięcie, drzwi otworzyły się i, zanim zdążyła zareagować, zamknęły. W gabinecie zmaterializował się Dumbledore.
-No, no. A już się cieszyłem, że wreszcie w tej szkole jest spokój. Jak widać, nie należy chwalić dnia przed zachodem – mówił, obchodząc fotel, na którym siedziała Lily dokoła.
-Albusie, udało jej się! – wydyszała Minevra, opierając się o biurko.
-Istotnie, trudno ukryć. Chyba w nią nie wątpiłaś? – zapytał, z błyskiem w oku. McGonagall nie odezwała się ani słowem.
-Bardzo arystokratyczny dzióbek – stwierdził dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa, co McGonagall także skomentowała milczeniem.
-Przydałby się porządny eliksir, żeby wzmocnić jej siły, nie sądzisz? – rzuciła, na co kobieta skinęła głową. Okrążyła biurko i otworzyła najniższą szufladę. Z samego tyłu wyciągnęła przygotowany zawczasu eliksir. Już zaczęła wątpić, by się kiedykolwiek przydał tej dziewczynie. Dumbledore zakasał rękawy i wziął od niej buteleczkę. Energicznym ruchem ją odkorkował i stanął nad dziewczyną. Zawahał się.
-Tak. Ta dziewczyna zawsze była ambitna. Nie mogła zacząć od piórka, tylko porwała się od razu na dziób. Minevro, mogłabyś przytrzymać jej dziób? – zapytał. Gdy wicedyrektorka w końcu się przemogła i dotknęła tego kawałka Lily, który był feniksem, dyrektor wlał dziewczynie do gardła różowy, syczący eliksir.
Lily zakrztusiła się, wypluła połowę, otworzyła szeroko oczy i zaczęła kaszleć, jakby jej misją było wyplucie płuc.
Podczas, gdy z dziewczyny wytryskiwały krople eliksiru, Albus odstawił pustą buteleczkę na biurko i wytarł dłonie w szatę. Minevra spoglądała na dziewczynę ze zgrozą.
Evans spojrzała na nich nieprzytomnie, jak ktoś dopiero co ocucony. Wyzerowała na coś, co sterczało jej ze środka twarzy i zaskrzeczała. Dosłownie.
A gdy tylko ten skrzek usłyszała, zamknęła dziób, przerażona. Spoglądała tępo na uspokajającą ją McGonagall i przeniosła wzrok na Dumbledora. Głowa jej pękała, jakby spędziła noc tuląc się do kamienia.
Poderwała się z krzesła, odepchnęła stojących nad nią profesorów i dopadła do biurka. Przewracając kałamarz chwyciła pióro i najbliższy kawałek pergaminu. Czyli pierwszy ze stosu dokumentów. Zamorzyła pióro w plamie atramentu, naskrobała coś trzęsącą się ręką i pokazała to profesorom. Dumbledore przeczytał spokojnie wiadomość i poprawił okulary.
-Pomożemy ci, ale najpierw musisz się uspokoić – obiecał.
Lily machnęła spokojnie wzdłuż tułowia dłońmi złożonymi jak do uprawiania jogi, imitując uspokajanie się. Otworzyła oczy i spojrzała ponaglająco na McGonagall. W normalnej sytuacji za taki wzrok otrzymałaby szlaban.
-Zrób odwrotnie. Musisz pomyśleć zaklęcie i wyobrazić sobie siebie, jako siebie – wyjaśniła opiekunka trzęsącym się głosem.
Lily spojrzała na nią przerażona. Przyozdobienie się jej w ten dziób zajęło jej trzy tygodnie! I że niby teraz na być tak hop-siup?
-Spróbuj – poradził Dyrektor, splatając dłonie za plecami.
Evans ze zrezygnowaniem opuściła ramiona. Zamknęła oczy i skupiła wszystkie myśli, jakie znalazła w swojej głowie na tym, by wrócić do normalnej postaci. Pomyślała zaklęcie.

Niewiele ją interesowało, co później tłumaczyła jej McGonagall. Pamiętała tylko tyle, że choć profesorka była rozgorączkowana, to ni do pięt nie dosięgała w tym jej.
Ona po prostu, jak już nie miała dzioba i uświadomiła sobie fenomen tego zdarzenia, zwyczajnie skakała po gabinecie, machając nogami, rękoma, głową i wszystkim, co dostała w swoje ręce. Jeszcze nigdy tak wysoko nie podskakiwała! Czuła się, jakby już teraz była feniksem, który lada moment może wznieść się w powietrze.
W końcu wicedyrektora zrezygnowała z próby wytłumaczenia jej czegoś. Strasznie trudno wyjaśniać coś komuś, kto wiruje po pokoju i robi piruety.
Wraz z dyrektorem surowo zakazała jej mówienia o tym zdarzeniu komukolwiek i wysłali ją prosto do łóżka.
Nie oponowała. Po kilku minutach szalonego tańca potworne zmęczenie znowu wróciło. Tylko dlatego, że była tak niesamowicie podekscytowana, znalazła w sobie tyle siły, by doczołgać się do Pokoju Wspólnego. Czuła, że mimo wyczerpania przez długie godziny nie będzie mogła zasnąć, rozpamiętując to, czego udało jej się dokonać.
Myliła się jednak połowicznie.
Gdy dotarła do dormitorium nie odpowiedziała na ani jedno pytanie zdenerwowanych dziewczyn. Ogólnie rzecz biorąc nic do niej nie dochodziło. Rzuciła się tak, jak stała na łóżko i natychmiast zasnęła.
Zgadła jednak, że będzie rozpamiętywać ten wieczór. Śnił jej się długi czas, a później znowu pojawiły się runy, o których następnego ranka miała zapomnieć.

komentarze [23]

Konstelacja złota. Gwiazdy we włosach. || czwartek, 21 lutego 2008 20:09:29

-Gdzie biegniemy? –zapytała, równając z nim kroki.
-Jest jeszcze kilka miejsc, gdzie są przejścia, ale jedno się ostatnio zawaliło a do pozostałych dwóch się teraz nie dostaniemy. Zostało więc przejście przez Wrzeszczącą Chatę.
Lily spojrzała na niego wielkimi oczyma i w jednej sekundzie zatrzymała się w miejscu. Potter ledwo wyhamował, starając się, żeby pelerynka nie odkryła dziewczyny.
-Potter, ja wiem, że ty jesteś czystej krwi czarodziej, długi rodowód, szlachetna rodzina, tra-la-la-la i inne takie, ale czy jesteś pewny, że znasz legendy krążące o tej chacie? – zapytała, spoglądając na niego z powątpiewaniem.
Wyszczerzyła do niego zęby, bynajmniej nie z radości, ile z maskowanego zaniepokojenia. James uderzył się dłonią w czoło, jakby o czymś zapomniał, ale chwycił Lily za łokieć i pociągnął w stronę ponurego wzgórza.
-Nie czas na uprzedzenia, durne bajeczki, nieuzasadnione legendy, tra-la-la-la i inne takie – stwierdził. Lily, słysząc to, jakby nabrała pewności siebie, czy też większej motywacji i przekonania, przyspieszyła tak, że chłopak już jej nie musiał ciągnąć na siłę.
Mijali ostatnie zabudowania i wbiegali na ścieżkę prowadzącą do Wrzeszczącej Chaty, a Lily przestała przeżywać szok na wieść o odwiedzinach w tym miejscu. Zamiast tego zajęła się wymyślaniem, jakby tu bez uszkodzeń wyjść z tego zamieszania.
Nie była całkowicie pewna, czy McGonagall ich zauważyła. Po prostu spoglądała w ich stronę, ale nie wprost na nich. Później, przy straganie pytała o kogoś, kogo na Nocy Ognisk nie powinno być. To znaczy, że może nie być pewna, co do tego, kogo zobaczyła.
Jednak zaczęła szukać a to znaczy, że pewnie Hogwart też został powiadomiony. Z tego, co Lily i James wiedzieli, jedynymi osobami powyżej trzeciej klasy, którym zabroniono wyjść tego wieczoru, byli właśnie oni. Więc to do ich dormitoriów najpierw zajrzą. Nie ma więc co udawać, że siedzieli w nich przez cały czas. Więc gdzie poza tym mogliby być?
Przygryzła nerwowo warg, próbując rozszyfrować tok myślenia wicedyrektorki i innych profesorów.
Próba wmówienia McGonagall, że ich nieobecność w dormitoriach to coś na rodzaj spotkania towarzyskiego nawet nie wchodziła w grę. Po pierwsze, dlatego, że ona, Lily, nawet nie chce słyszeć chociażby o mitycznej randce z Potterem.
A po drugie, wicedyrektorka by tego nie łyknęła. Musem więc jest wykombinować coś wiarygodnego. Najlepszej by się sprawdziło coś z serii „chcieliśmy chociaż sztuczne ognie zobaczyć”. To jest logiczne, najprawdopodobniej połowa uczniów, którzy musieli zostać w Hogwarcie, na czas fajerwerków wylegnie na błonia. Tylko, że w tym momencie błonia są zbyt oczywiste. Jeśli to ona by była profesorem szukającym kogoś, kogo nie ma w dormitorium, poszłaby przed zamek. Z resztą, przecież zawsze tak robi, jak szuka chociażby Ann, czy Naomi.
Gdzie by, więc wypatrywać fajerwerków, jeśli nie na błoniach?. Wysoko i tam, gdzie jeszcze nie szukali – to pewne. Ale gdzie to jest?

Stanęli przed drewnianym, nieco zdezelowanym, ale wciąż mocno trzymającym się płotem. Zaszli Wrzeszczącą Chatę od tyłu, według po cichu obmyślonego planu Jamesa. Jeśli ktoś by przyszedł ich tutaj szukać, nawet by nie pomyślał, by obejść całą zrujnowaną posesję dookoła. Defekt był jednak taki, że nie było furtki.
-Przejdę pierwszy, a ty przeskoczysz z pelerynką-niewidką na sobie – powiedział, wyskakując spod magicznego materiału. Spojrzał w miejsce, gdzie powinna stać Lily, krytycznie oceniając, czy nie widać chociażby skrawka podeszwy jej butów.
-Jasne – odpowiedziała mu przestrzeń.
Ryzykując bycie zauważonym, wspiął się na drewniany płot, złapał równowagę na jego chybotliwych deskach i przeskoczył na jego drugą stronę, z szelestem lądując w krzakach. Jeśliby już jakiś nadgorliwy profesor tu zaszedł, wolał, żeby to jego zauważono, nie Lily. Jakby nie patrzeć, to on ją wyciągnął na tę szaloną eskapadę i to on był za to odpowiedzialny. Rozejrzał się dookoła ostrożnie.
-Możesz lecieć – stwierdził szeptem, na wszelki wypadek jeszcze pukając knykciem w płot. Odsunął się kilka kroków, by Lily nie zeskoczyła na niego i przykucnął, próbując się wtopić w drewniane deski za plecami. Spojrzał na płot, gdy ten zaczął się kolebać na boki. Dziewczyna jednak sprawnie złapała równowagę i po chwili usłyszał jak wskoczyła w krzaki. Coś zaszeleściło i w chwilę później Lily okryła go pelerynką.
-Prowadź – poprosiła, dając się pokierować do wnętrza nawiedzonego domu. Zgięci w pół, ruszyli przez przestrzeń za domem, która kiedyś mogła być ogrodem. Zeschnięte liście drzew szeleściły im pod stopami, pelerynka zgarniała je za sobą a James i Lily rozglądali się na boki, bardziej dla pewności niż ze strachu. Potter doskonale zdawał sobie sprawę, że nikt nie ma chociażby cienia prawa ich dostrzec pod pelerynką.
Dotarli do jednej ze ścian budynku, która zdawała się trzymać tylko, dzięki obrastającemu ją bluszczowi. Przyciskając się do ściany przemknęli się do najbliższego okna, dokładnie zabitego deskami. James wyprostował rękę z różdżką i stuknął krótko w najgrubszą z nich. Posłusznie się odchyliła, ukazując zatęchłe, ciemne wnętrze domu.
-Wskakuj – zachęcił James z uśmiechem. Lily zaczęła się wyplątywać z pelerynki niewidki, jednak on ją jeszcze powstrzymał, chwytając za ramię – Z pelerynką.
Spojrzała na niego zdziwiona, ale zanim zdarzyła jakkolwiek zaprotestować, Rogacz już wyskoczył spod pelerynki, przyciskając się do ściany. Chwyciła mocno parapet okna, podskoczyła i podciągnęła się. Przysiadła na nim na chwilę, ale zaraz znikła w czeluściach Wrzeszczącej Chaty. Upadła z głuchym łoskotem na podłogę, poślizgując się na jakiejś szmacie.
-Nic mi nie jest – wyszeptała od razu tak, by chłopak ją usłyszał. Do jej uszu dotarło pełne ulgi westchnienie. Pozbierała się z podłogi i ściągnęła z siebie pelerynkę-niewidkę. Najdelikatniej jak umiała, jakby trzymała w rękach skarb, złożyła ją w kostkę. Rozejrzała się po miejscu, gdzie się znalazła. Przez niedokładnie zabite okna wdzierały się do środka smugi nocnego światła. Niewiele widząc wydobyła różdżkę i zapaliła jej koniec, unosząc ją wysoko, by więcej zobaczyć. Stała na środku okurzonego, spleśniałego korytarza. Na jego drugim końcu znajdowały się drzwi frontowa, także od środka zabarykadowane deskami. Z boku pięły się do góry zdezelowane schody. Na wpół poobdzierane od ścian tapety były podarte i pełne bruzd, jakby ktoś nałogowo się na nich wyżywał.
Za jej plecami na podłogę zeskoczył James, także zahaczając stopą o wilgotną ścierkę. Wymachując rękoma dla równowagi, mruknął pod nosem coś na tyle cicho, by Lily go niedosłyszała. Wyplątał swojego adidasa ze szmaty i stanął przed nią, nawet nie rzucając okiem na wnętrze. Zapalił swoją różdżkę i znalazł się obok dziewczyny. Lily podała mu jego pelerynkę.
-Dzięki. Witam w Wrzeszczącej Chacie – powiedział, nie siląc się chociażby na konspiracyjny szept i wyszczerzył do Evans zęby – Całodobowa obsłucha, w pełni wyposażone pokoje i kilka karaluchów gratis.
Lily odwzajemniła uśmiech i ponownie rozejrzała się po holu.
-Domyślam się, że często tu bywacie – wyszeptała, szeroko otwierając oczy na widok śladów pazurów w tynku na ścianie.
-Tajemnica Huncwota – odpowiedział, jak się mogła tego spodziewać – Chodźmy.
Ruszył pierwszy, prowadząc ją do jednego w pokoi na parterze. Choć podłoga była zakurzona, w świetle różdżki widać było, że od czasu do czasu ktoś tutaj przychodzi.
Stanęli na środku obszernego pokoju. James pogrzebał w kieszeni płaszcza. Wydobyte przez niego lusterko błysnęło w świetle różdżki, gdy James przywoływał Syriusza.
-Jak tam? – zapytał, jakby miał z nim zamiar porozmawiać o pogodzie.
-A wiesz, co, że się nawet uspokaja? Nikt was nie może znaleźć, więc powoli stwierdzają, że to fałszywy alarm.
Lily przysłuchiwała się temu jednym uchem, krążąc z ciekawością po pokoju. W jedną ścianę wbudowany był dawno nieużywany kominek. Ktoś rozsypał popiół po całej podłodze dookoła niego. Między oknami stał zniszczony i sfatygowany fotel. Wyglądał, jakby przeżył już znacznie więcej niż by chciał, ale ktoś ustawicznie go naprawiał i reperował.
-Luniaczek sprytnie uważa, że jeśli was nie złapią w Hogsmeade to nic wam nie udowodnią.
-Tak – odparł w zamyśleniu James. Lily nie musiała na niego patrzeć, doskonale wiedziała, że podobnie jak ona zastanawia się, gdzie powinni się dać przyłapać na terenie Hogwartu. Bo, że muszą się dać znaleźć, to było pewne.
-Ale lepiej dostańcie się jak najszybciej do zamku – poradził głos Lupina.
-Tak. Tak, właśnie dostaliśmy się do Wrzeszczącej Chaty. Zaraz przejdziemy do Hogwartu.
Lily spojrzała w bok i zakryła sobie usta z przerażenia. W prawdzie były to niewielkie plamki, ale i tak nie zmieniało to faktu, że stoi przed ścianą ubrudzoną krwią. Wyglądało to tak, jakby ktoś rzucił na nią coś lub kogoś rannego. Albo jakby użył tapety do zatamowania krwotoku z nosa.
-Jesteście w Chacie? – zdziwił się Black, głos jednak miał dość beztroski.
-Potter, czy ciebie pogięło?! – Rozległ się pełen wyrzuty głos Remusa – Zaprowadziłeś tam Lily?!
-Lily się tu podoba – odpowiedział niepewnie Potter, zerkając kątem oka na dziewczynę. Stała sztywno plecami do niego i wpatrywała się w coś na ścianie. James z przerażeniem przypomniał sobie, że to tam ostatnim razem wylądował, gdy Lunatyk dostał szału.
-Co nie, Lily? – Zwrócił się do niej szybko, chcąc odwrócić jej uwagę od czegoś, co tam znalazła.
-Jasne – mruknęła nieprzytomnie.
-Ja cię uduszę – stwierdził Remus tonem tak normalnym, jakby obwieszczał, że jest sobota.
-Ach – wyrwało się Jamesowi. Oderwał wzrok od dziewczyny i spojrzał na twarz Syriusza – Dobra, lecimy zanim zdarzą przeszukać cały zamek. Bez odbioru.
Wsunął lusterko do kieszeni i znów zatrzymał wzrok na Evans. Zgasił różdżkę i wycelował nią w zarys skrzyni zakrywającej przejście na błonia. Przesunął ją na bok.
-Lily? – powiedział, na co dziewczyna w końcu oderwała wzrok od poplamionej tapety.
-No tak – mruknęła do siebie i podeszła do Pottera. Spojrzała na niego pytająco.
-Jak się tędy przeciśniemy, dostaniemy się na błonia – powiedział, wskazując na powrót zapaloną różdżką na dziurę w ścianie – Ty idź pierwsza.
Evans podeszła do ściany, kucnęła pod nią i po chwili znikła w dziurze. James ruszył w jej ślady. Już będąc w tunelu obrócił się na plecy i przeniósł kufer na swoje miejsce. Na klęczkach ponownie ruszył za dziewczyną. Tunel był tak niski, że musieli się przez niego przeciskać, czołgając się po ziemi.
-Jak zobaczysz wyjście, to się zatrzymaj – wysapał James.
-Okej – zgodziła się Lily, zawzięcie brnąc dalej, pod niskim sklepieniem. Odgarniała sobie rękoma liście sprzed nosa, jednocześnie starając się oświetlać sobie drogę różdżką. Położenie to było dla niej wybitnie nie na miejscu. Szybko stłumiła jednak irytacje i znów skupiła się na wymyślaniu, gdzie mogliby się ukryć.
-Masz jakiś pomysł, gdzie mogliby nas znaleźć? – zapytała, wypluwając z ust liście.
-Nie – odpowiedział stłumiony głos Pottera.
-Ja też nie – przyznała po chwili, czołgając się dalej. W końcu, jak przez okrągłe okienko kajuty, zobaczyła granatowe niebo obsypane gwiazdami. Chwilę przed tym wejściem korytarz powiększył się na tyle, że mogła się tam zatrzymać i przykucnąć, robiąc miejsce dla Jamesa. Spoglądała wciąż na nieboskłon i dopiero po chwili dotarło do niej, że co chwilę widok jest przecinany przez latające patyki i witki. Zdała sobie też sprawę z tego, że nie opiera się o ziemię, tylko poplątane korzenie jakiegoś drzewa.
-Bijąca Wierzba? – zapytała, otwierając szeroko oczy w szoku.
-Tak – odpowiedział Potter, podczołgując się do dziury. Rozejrzał się po podłodze i wycelował różdżką w krótki patyk.
-Wingardium leviosa – mruknął, unosząc patyk w powietrze. Pokierował w nim do wyjścia w skupieniu nim manewrując. W końcu Lily usłyszała, jakby coś stuknęło w pień drzewa.
-Szybko! – zawołał natychmiast Potter, podając jej rękę. Chwyciła ją szybko i podciągnęła się do wyjścia. Przecisnęła się przez nie i w całkowitym szoku spojrzała na unieruchomione gałęzie wierzby, zwykle szalejące, gdy tylko ktoś nie do nich zbliży. Wyglądały, jakby ktoś wysypał z wielkiego worka witki a później je zatrzymał w locie.
-Szybko – powtórzył jeszcze raz James, stając obok niej. Chwycił ją za dłoń i pociągnął za sobą, lawirując między witkami magicznego drzewa. W końcu się z nich wydostali i stanęli w bezpiecznej odległości, dysząc ciężko. Spojrzeli na siebie i jednocześnie zerknęli na wierzbę. Stała tam, unieruchomiona, z gałęźmi porozrzucanymi na wszystkie strony, jakby ktoś trafił ją piorunem. Lily westchnęła głęboko z ulgi i spojrzała katem oka na Pottera. Stojąc wciąż z otwartymi ustami, łapiącymi szybko powietrze stłumił nagle śmiech. Lily uśmiechnęła się, ale ramiona latały jej w górę i w dół od powstrzymywanej radości. W końcu, bez zbędnych ceregieli zaczęli się śmiać. Odskoczyli na bok, gdy Wierzba znów ożyła, wciąż płacząc ze śmiechu.

-Ja jej po prostu nie poznaje! – Obwieściła na ich widok Ann. Syriusz, Remus i Peter obejrzeli się na nią i biegnącą za nią Naomi. Obie były blade, jakby się czegoś obawiały, a Ann dodatkowo miała włosy w nieładzie.
-Co ona sobie właściwie myśli? – Kontynuowała dalej oburzona dziewczyna, dając upust swojej złości. Ostatnio przejawiała tendencje do znacznie mniejszej cierpliwości niż zwykłe, zwłaszcza w stosunku do Lily – Że niby, co? Jak złamie zakaz McGonagall i przyjdzie na Noc Ognisk to nikt jej nie zauważy? To było, co najmniej głupie! To było do przewidzenia, że ktoś ją w końcu przyłapie! Wszyscy profesorowie tu przecież są!
-Syriusz? Syriusz Black! – odezwał się głos Jamesa.
-No pięknie! I powiedzcie mi, że oni cały czas się tutaj kręcą – narzekała dalej Moony. Łapa, ignorując ją, odwrócił się do dziewczyn plecami i wydobył z kieszeni lusterko. Ukazała się z nim roześmiana twarz Rogacza.
-Jesteśmy na błoniach – powiadomił Potter, szczerząc do niego zęby. Black odwzajemnił uśmiech i, gdy twarz przyjaciela znikła z gładkiej powierzchni, schował lusterko do kieszeni.
-Przestań panikować, Moony – odparł, z właściwą sobie nonszalancją – Oboje z Jamesem są na błoniach.
-Co? – zdziwiła się Ann, spoglądając na Huncwotów podejrzanie – Skąd wiesz?
-Tajemnica Huncwota – odparł, szczerząc żeby.
-Na błoniach? Ale jak? Przecież wrota zamku są zamknięte. Nie wspominając już o Filchu, który ich pilnuje – podłapała Naomi.
-Tajemnica Huncwota – odparli chórem chłopacy, na co Ann zamrugała powiekami.
-Ale Lily nie jest przecież... – Podjęła, ale nie skończyła. Machnęła na nich ręką i ruszyła w stronę ognisk. Widać było jednak, jaką ulgę ta wiadomość jej sprawiła. Naomi pomachała do nich na pożegnania i ruszyła za nią.

James ukrył lusterko w kieszeni płaszcza i spojrzał z uśmiechem na stojącą obok niego dziewczynę. Wierzchem dłoni ocierała łzy lecące jej po policzkach. Wciąż co jakiś czas wymykał jej się w ust śmiech.
-Nie płacz, wszystko będzie dobrze – szczebiotał Potter, jakby przyszło mi pocieszać dziecko.
-Zamknij się, Potter – powiedziała Lily, wciąż śmiejąc się i wycierając łzy. James uśmiechnął się.
-No, to gdzie by się tutaj dać złapać na byciu poza dormitorium? – zapytał, mierzwiąc sobie włosy z tyłu głowy. Obije rozejrzeli się, szukając natchnienia. Jednocześnie spojrzeli na stadion Quidditcha i przenieśli wzrok na siebie. James szybko wyciągnął w torby pelerynkę-niewidkę i narzucił ją na Lily i siebie. Uważając, by nie wystawały buty, ruszyli w stronę stadionu. Wbiegli w jedną z jego czterech bram i ukryli się w ich cieniu.
-Usiądziemy na trybunach? – zaproponował James, patrząc na nią i unosząc brwi.
-A może... – zaczęła, ale nie dokończyła – Gdzie jest tu schowek na miotły? – zapytała, na co James wyszczerzył się jeszcze bardziej, łapiąc jej myśl.
-Jest tu tylko jeden, z jakimiś antycznymi Zmiataczami – stwierdził, ściągając z nich pelerynkę-niewidkę i wciskając ją to torby. Prowadził ją nieśpiesznie do małych drzwiczek ukrytych w ścianie korytarza, otworzył je zaklęciem i wyciągnął dwie najsolidniej wyglądające miotły.
Ruszyli w stronę murawy boiska. Pomarańczowy plecak Lily wylądował pod jedną ze ścian stadiony a torba Pottera tuż obok niego. Oboje dosieli mioteł i wkrótce zawiśli w powietrzu, wysoko nad stadionem.
-Jak myślisz, były już sztuczne ognie? – zwołała Lily, podlatując do niego.
-A, bo ja wiem? Chyba nie – odpowiedział, poprawiając okulary na nosie. Spojrzał na wiszącą na miotle obok niego dziewczynę. Płaszcz i spodnie miała całe od ziemi i kurzu, włosy w jeszcze większym niż zwykle nieładzie, ale najwyraźniej była szczęśliwa i nie zwracała najmniejszej uwagi na to, jak wygląda. Wpatrywała się w niebo nad wioską w oczekiwaniu fajerwerków.
-Pobrudziłaś sobie płaszcz – powiedział.
-Co? O... – wyrwało jej się, gdy dotarł do niej sens jego słów. Spojrzała w dół, na swoje ubranie. Zerknęła na niego i obnażyła w uśmiechu zęby.
-Wcale nie wyglądasz lepiej – zauważyła. Potter spojrzał w zaskoczeniu na swoją bluzę. Cała była umorusana od ziemi z tunelu.
-Chłoszczyć – powiedziała Lily, celując w niego różdżką. Jego bluza znów zalśniła czystością, bez śladu po jakichkolwiek plamach. To samo się stało, gdy wypowiedziała to zaklęcie celując różdżką na swoje ubranie. Schowała różdżkę za czysty już płaszcz i nawet nie spoglądając na Pottera, poderwała gwałtownie rączkę miotły. Wystrzeliła w gorę, kręcąc się dookoła własnej osi i piszcząc z ucieszy jak mała dziewczynka. Włosy i płaszczyk, choć krótki, łopotał za nią na wietrze. Skręciła nagle, wylatując poza teren stadionu. Przeleciała nad trybunami i z załzawionymi od wiatru oczyma ruszyła w stronę ciemnej tafli jeziora.
Potter z uśmiechem również tam skierował swoją miotłę. Dziewczyna tymczasem zdawać by się mogło, że zapomniała o całym świecie. Ze śmiechem zniżyła lot i wyprostowała jedną nogę, pozwalając, by czubek jej trampka dotknął tafli. Woda natychmiast odskoczyła na boki, gdy przeleciała tak połowę jeziora. Potter zatrzymał się na jego środku i uważnie obserwując lot dziewczyny, wyciągnął różdżkę. Gdy Lily leciała prosto w jego stronę wycelował patykiem w wodę i zakreślił nim łuk w powietrzu. W miejscu, w którym Lily przelatywała pojawił się wilki łuk ukształtowany z wody Evans przeleciała pod nim, obsypywana przez pojedyncze krople wody spadające z niego jak deszcz z chmury. Gdy tylko pod nim przeleciała, ten bezwładnie opadł snów to jeziora, z głośnym pluskiem.
Wyciągnęła swoją różdżkę i celując nią z miejsce obok miotły Jamesa, poderwała ją nagle do góry. Z jeziora wytrysnęła gigantyczna fontanna, oblewając chłopaka maleńkimi kropelkami wody. Sekundę później Lily jeszcze raz delikatnie szarpnęła różdżką. Fontanna wygięła się i oblała chłopaka strumieniem wody. Potter w odwecie wycelował dokładnie w miejsce, nad którym przelatywała dziewczyna. Wytrysnął stamtąd wodotrysk, który trafił w dziewczynę dokładnie wtedy, gdy tamtędy przelatywała. Porwana przez wodę i pchana przez nią w górę śmiała się głośno, wtórując Potterowi, również ryczącemu ze śmiechu.
-POTTER! EVANS! – ryknął na nich ktoś sprzed wrót zamku. Oboje spojrzeli w tę stronę, spoglądając na stojących w drzwiach profesora D.Billa, Filcha i profesor Alconbury. Wodotrysk utworzony przed Jamesa z pluskiem wpadł z powrotem w toń jeziora, opryskując wodą Pottera i tworząc fale i kręgi na jeziorze. Lily, zaskoczona brakiem podparcia, ledwo utrzymała się na upadającej miotle, szybko podrywając ją do góry.
I, zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć lub zrobić coś nowego, powietrze przeszył głośny świst a na niebie rozsypały się migoczące i strzelające sztuczne ognie. Lily poderwała miotłę wyżej, za nią już leciał James. Zatrzymali się dopiero na wysokości Wieży Astronomicznej, górując nad błoniami, jeziorem, dwójkom profesorów i woźnym.
Sztuczne ognie błyskały im w twarze, rozpryskując się pod nocnym niebem Hogsemade, niewiele wyżej, niż w powietrzu na miotłach wisieli oni. Jakiś fajerwerk wystrzelił w powietrze, robiąc łuk nad miastem. Wybuchł z głośnym hukiem a tor jego lotu rozbłysnął kolorami tęczy. W następnej sekundzie kilkanaście sztucznych ogni naraz wystrzeliło w powietrze, rozsypując na niebie złote iskry. Wyglądało to, jakby komuś rozlał się na nieboskłonie płyn pełen złotych opiłków. James usłyszał, jak obok niego Lily wydaje zduszony okrzyk zachwytu.
Podobne efekty wybuchały co kilka sekund, zapierając dech w piersiach i ciesząc oczy. W końcu, dla zwieńczenia, z placu wystrzeliła wielka raca. Wybuchła na tle kolorowych ogni i z huku, jaki powstał, wydobył się ryk smoka. Fajerwerk rozprysł się na części w tym wielkim wybuchu iskry ukształtowały się w gigantyczny łeb smoka. Rozwarł on swe szczęki wydobywając z ognistego gardła niesamowity ryk i ruszył, jakby żyjąc własnym życiem, nad wioską, co chwila wrzeszcząc i wypluwając z paszczy snop iskier kształtujący się w języki ognia. Gad zatoczył imponujące koło nad wioską, poczym ruszył w stronę zamku.
Lily wrzasnęła z przerażenia, James jednak mógł przysiąc, że słyszy też jej śmiech. Oboje wystrzelili na boki, widząc, jak ukształtowane z sztucznych ogni stworzenie leci prosto w ich stronę. Cudem unikając uderzenia gigantycznych skrzydeł Lily ominęła jego wielkie cielsko wlatując w snop iskier, jaki za sobą pozostawił. Poczuła się, jakby wleciała wprost w konstelację złocistych gwiazd. Prawie zderzyła się z Jamesem i oboje spojrzeli do tyłu, na smoka. Ten zatoczył imponujący piruet nas wieżami, ryknął po raz ostatni i wybuch, obsypując dach zamku i wszystkie wierze sztucznymi ogniami i zimnymi iskrami.
Z doły, z błoni dobiegły ich ryk rozbawionego tłumu dzieciaków, które musiały zostać w zamku, a które teraz wysypały się przed szkołę, by obserwować wielkiego smoka. Zamek wyglądał, jakby ktoś rozsypał nad nim złote, połyskujące konfetti. W dole trójka ciała pedagogicznego próbowała uspokoić rozbawiony tłum uczniów.
Lily i James spojrzeli na siebie z zaskoczonymi minami. Evans zatrzymała wzrok na włosach Pottera, w których wciąż połyskiwały zimne ognie, w których snop wlecieli, wymijając lecącego na nich smoka. Ona chyba wyglądała tak samo jak on, bo uśmiechał się do niej z zachwytem. Spojrzała na siebie. Z jej ramienia spadły iskry, które się przyczepiły i zatrzymały na sztruksie.
-EVANS! POTTER! Natychmiast zlatujcie na dół! Dostaniecie szlaban, o jakim się wam nawet nie śniło! – ryknął, zwielokrotniony zaklęciem, glos D.Billa.
_____________________________________________

Do Neo-nki: przeczytałam Insygnia Śmierci. Osobiście uważam, że pani Rowling nadała nowe znaczenie słowom "nawiązania do poprzednich tomów". Nawet bym nie pomyślała, że peruka na kamiennym popiersiu z Księcia Krwi może się okazać tak niesamowicie ważna. Nie wspominając o złotym zniczy z pierwszego meczu. Ogólnie książkę uważam za dość smutną, lecz genialną i przesyconą niesamowitością.
I dziękuję stokrotnie za komentarz.


komentarze [15]

Tysiąc świateł, biała noc. || środa, 30 stycznia 2008 12:51:04

Mały sklepik, znajdujący się na obrzeżach wioski, teraz stanął nagle na piedestale, rozstawiając swoje towary. Magiczne gitary, flety-samograjki, najróżniejszej maści bębny i trąbki oraz zaczarowane pianino rozlewało nad zgromadzonymi czarodziejami złoty eliksir swojego brzmienia. Gdzie by nie spojrzeć, każdy szedł w rytm przygrywanej muzyki. Zdawać by się mogło, że nawet olbrzymie ogniska płonęły do taktu. Było ich trzy. Jeden jaśniał barwami od mroźnego błękitu po zieleń tak soczystą, że zdawać by się mogło, że płomienie są z wiosenne trawy. Drugi połyskiwał głębokim fioletem, od czasu do czasu przeskakując przez wszystkie inne barwy tęczy, aż kończył na rażącym różu. Trzecie, największe ognisko płonęło żywym ogniem. Ogrzewało wszystko mocną czerwienią, słonecznym żółtym i nieprzyzwoitym wręcz pomarańczowym.
Z przerażenia i zaskoczenia głos mu uwiązł w gardle, gdy po chwili stania bez ruchu, jakby spetryfikowana ujrzanym widokiem, nagle Lily wyskoczyła spod pelerynki-niewidki. Już chciał ją wołać, żeby nikt jej nie zauważył. A później zobaczył jak skacze w rytm przygrywającej głośno magicznej orkiestry, zobaczył iskry w jej włosach i taki uśmiech na twarzy, którego jeszcze nigdy na niej nie widział. Ani na żadnej innej. I to właśnie wtedy zdawało mu się, że to nie ona tańczy w rytm, tylko cały świat skacze wokół niej.
Nie widząc sensu w szarpaniu się z niewidką, zdjął ją z siebie i wcisnął do torby. Ruszył w kierunku dziewczyny, wpadając na ludzi znajomych i takich, których widział pierwszy raz w życiu. Przeprosił jakąś czarnowłosą, zdaje się, że Kurkonkę; chyba Ibe, i ruszył dalej.
A tymczasem Lily czuła, jak muzyka wypełnia jej duszę, niesie po placu. Czuła, jak języki ognia ogrzewają ją od zewnątrz, a od wewnątrz paliła ją adrenalina i podekscytowanie.
I czuła się, i była tak cudownie wolna, tak niesamowicie nieskrępowana, tak do głębi sobą, że ogniska stawały się większe, muzyka głośniejsza a ludzie bardziej uśmiechnięci. Zupełnie, jakby nie liczył się fakt, że od ponad pięciu lat nagminnie udawała osobę, którą nie jest, tak, jakby każdy doskonale wiedział, że oto jest Lila. Całe serce wypełniało jej wrażenie, że jest na wakacjach, w niewielkim Lincolnshiere, na jakiejś potańcówce pod gwiazdami. A obok niej są osoby, które ona dobrze zna, i która ją rozumieją. Przed którymi nie musi udawać stonowanej uczennicy poważnej szkoły, czającej się na najwyższe oceny.
I nie liczył się fakt, że gdzieś na tym placu, na pobliskich ulicach krążą nauczyciele. Nagle fakt, że może zostać przyłapana na łamaniu regulaminu, ucieczce ze szlabanu i byciu sobą nic nie znaczył. Liczyła się muzyka, barwy, ludzie i taniec, a ona była w środku tego wszystkiego.

-Upiłeś ją? – usłyszał z boku James. Obrócił się i spojrzał z szerokim uśmiechem na resztę Huncwotów. Łapa ze śmiechem obserwował jak Lily, przyglądając się parom tańczącym pod podwyższeniem dla instrumentów, nagle zostaje porwana przez jakiegoś chłopaka do tańca.
-Ja nic nie zrobiłem. Ona tak sama z siebie – stwierdził Rogacz. Black zarzuciła mu rękę na ramię i upił łyk kremowego piwa na wynos.
-Zdaje się, że patrzymy na jakaś inną Lily Evans niż zwykle – stwierdził. Wsadził Potterowi kubek do ręki i ruszył w stronę tańczącego tłumu. James pokiwał z politowaniem głową i napił się ze szklanki przyjaciela.
-Mi to pasuje – stwierdził pod nosem.
-Żaden nauczyciel was nie widział? – dopytywał się Lupin, z jedną ręką wciśniętą do kieszeni. W drugiej również trzymał kremowe piwo.
-Zdaje się, że nie – odparł James.
-To trochę niepodobne do Lily, żeby tak łamać regulamin. Nigdy nie starała się podpaść profesorom – zauważył po chwili Peter.
-A ja myślę, że to do niej bardzo pasuje – stwierdził James.
-Jak to?
-Nie wiem, Lunatyczku. Po prostu tak myślę – wzruszył Rogacz ramionami – Co nie zmienia faktu, że wolałbym, żeby teraz tańczyła ze mną – dodał, przyglądając się wirującym Syriuszowi i Lily.
Lupin i Peter zgodnie wybuchnęli śmiechem i zarzuciwszy mu ręce na szyje, ruszyli w stronę straganów z jedzeniem.

Dwa podskoki w tył, trzy w przód, obrót, rama i na nowo to samo. Kółko, kółko, kółko z par tańczących jak im magiczne instrumenty zagrają. Pary starsze i młodsze, rozmiłowane w tańcu i siłą do niego zaciągnięte. Kółko, kółko, zmiana pary!
Syriusz odprowadził ją do następnego w kole partnera. Lily ze śmiechem puściła jego dłoń i, prowadzona, zrobiła dwa podskoki w tył, trzy w przód. Przelotnie spojrzała na chłopaka, który ją prowadził.
-Kapelusznik! – stwierdziła z uśmiechem tak serdecznym, jakby chłopak ten był jej dobrym przyjacielem.
Był nim Krukon, któremu powierzyła misje, by oddał od niej książkę dla Ibe Bowie. Miał na sobie ten sam męski, filcowy kapelusz, jak wtedy przed Pokojem Wspólnym Krukonów.
Chłopak ze śmiechem pościł jej dłoń i stuknął palcem w niewielki rondel twojego nakrycia głowy.
-Witam pannę Evans – odpowiedział, ponownie ujmując jej palce. Poprowadził ją do obrotu – Przyznam, że trochę trwało, zanim się zorientowałem, kim jesteś.
-Serio? A skąd znasz moje nazwisko? – dopytywała się, zadziornie unosząc jedną braw.
-Mniej więcej z tego samego źródła, skąd znam Jamesa Pottera czy Syriusza Blacka – odpowiedział Kapelusznik bez nazwiska. Na widok jej niezrozumienia roześmiał się serdecznie – Po prostu, jesteście zbyt rzucający się w oczy, nietuzinkowi i znani, by was nie rozpoznawać.
-Ach, tak – mruknęła – A jak ty się nazywasz? – zapytała, prostując ramę.
-Dla pani Kapelusznik, ot co! – zaśmiał się, odprowadzając ją no następnego partnera, jakiegoś starszego czarodzieja.
-Cześć, Syriusz! – zapiszczała radośnie jakaś dziewczyna z piątego roku. Black spojrzał na nią z przerażeniem, Lily zaśmiała się szczerze.

Dookoła rozległy się dzikie krzyki i szalone oklaski, gdy pierwsza z kukieł została wrzucona do ognia. Dzieci, które ją niosły, skakały po placu, piszcząc i klaszcząc z uciechy.
-Pensy dla Guy’a! – krzyknęła Lily, przystawiając dłonie do ust. Stojący obok niej James władował sobie dwa palce do ust i gwizdnął głośno, gdy w ogniu znalazła się druga kukła. Lily zaśmiała się głośno, dłonie piekły już ja od aplauzu.
Wszyscy zgromadzeni na placu skupili się wokół głównego ogniska, robiąc miejsce dla parady. Małe dzieci, nie chodzące jeszcze do Hogwartu, ale mieszkające w wiosce same dźwigały kukły Gay’a, śmiejąc się i podrygując w rytm muzyki. Tuż za nimi, kierowane różdżkami i magicznymi zaklęciami, same na szmacianych nogach kroczyły następne podobizny spiskowca. Skakały do kobiet i mężczyzn ustawionych w szpaler, potrząsając puszkami i w ukłonie zdejmując sfatygowane kapelusze. One również podrygiwały w rytm muzyki przygrywanej przez magiczne instrumenty.
Jeden ze szmacianych Gay’ów stanął przed nimi, potrząsając swoją puszką do Syriusza. Stojący obok Jamesa chłopak wyciągnął z kieszeni małą monetę i wrzucił do metalowej puszki. Kukła nagle odskoczyła, a pojemnik wybuchł. Wyleciały z niego snopy iskier, powoli formujące się z złociste ptaszki. Tłum wrzasnął z uciecha, klaszcząc, ile sił w dłoniach.
Kukła na skinienie różdżki jakiegoś czarodzieja wróciła do szeregu innych Gay’ów, które teraz zaczęły kroczyć poważnym krokiem, choć co chwila jeden zdejmował kapelusz w niskim ukłonie. Gdy już, już pierwszy miał wejść do ognia, nagle uniósł się w górę i, jak po magicznych, niewidocznych schodach, kroczył dookoła ogniska a za nim następne kukły. W końcu znalazły się tuż nad ogniem. Wszystkie ukłoniły się, puszki tych Fawkesów, którym jeszcze pozostały, wystrzeliły w powietrze, rozsypując na tłum zimne ognie. I w końcu, po wspólnym, głębokim ukłonie, wskoczyły po kolei do ognia, jak do basenu pełnego wody.
Tłum wrzasnął z uciechy, oklaski wstrząsnęły całym placem, śmiechy serami i tupot setek nóg chodnikiem.
Lily spojrzała przed siebie i natrafiła na błądzący wokół niej wzrok McGonagall. Profesorka najwyraźniej jeszcze ich nie zauważyła, ale była już tego bliska. James jeszcze raz gwizdnął głośno, i wtedy nieprzytomne, roziskrzone spojrzenia wicedyrektorki spoczęło na przerażonej Evans.
Bez chwili zastanowienia, Lily chwyciła Pottera za nadgarstek i ciągnąc do za sobą, pognała w tłum. Przepychając się między ludźmi, nawet nie spoglądała za siebie.
-O co idzie? – wydyszał James, potykając się o własne nogi ze zdziwienia.
-McGonagall nas zauważyła – odpowiedziała szybko, zatrzymując się. Rozejrzała się za najlepszą drogą ucieczki i zanim zdarzyła się zdecydować, Potter pociągnął ją na prawo.
-Tędy!
Ruszyli w stronę straganów. Chociaż wszyscy starali się znaleźć jak najbliżej ogniska, to tam też było pełno ludzi. Każdy centymetr kwadratowy placu był zapchany do niemożliwości czarodziejami. Ich natężenie było tak duże, że przy większych skupiskach osób włosy się elektryzowały od magii.
Przy jednym ze straganów Dumbledore'a rozmawiał z jakimś jegomościem, co chwila zerkając z entuzjazmem na ogniska. Kawałek dalej profesorka zielarstwa podziwiała iskry ulatujące z ogniska. Dosłownie kilka kroków przed nimi toczył się na lewo Slughorn.
-Rozdzielmy się. Spróbuj się przedostać do Miodowego Królestwa – zakomenderował Potter, i rozbiegli się w przeciwne strony, starając się wmieszać w tłum.
Lily pognała w głąb placu, zgięta w pół przeciskając się miedzy ludźmi. Dotarła do kolejnego stołu wystawionego przez sklep Zonka. Kręciło się tam mnóstwo uczniów, którzy bardziej byli zaciekawieni artykułami z tego sklepu niż paleniem kukieł. Wepchnęła się między pałkarza drużyny Krukonów a Julię Kent, Gryfonkę z siódmego roku.
-Lily? – zdziwiła się dziewczyna – To ty nie masz dzisiaj szlabanu?
Evans w popłochu przyłożyła palec do ust i wychyliła się, by zobaczyć, czy nie zbliża się jakiś profesor. Nikt podejrzany nie nadchodził, co nie było dziwne biorąc pod uwagę ilość uczniów, jaka zajmowała tu metr kwadratowy. Nauczyciele z natury unikali takich miejsc. Zawodowe skrzywienie.
-Em – odpowiedziała Evans, rozglądając się niepewnie po twarzach uczniów – Mam kłopoty – powiadomiła Julię i wszystkich innych, którzy przyglądali się jej dziwnie.
Julia podparła się pod swoje imponujące dość boki i uśmiechnęła się figlarnie.
-No, ostatnio to nic nowego – stwierdziła. Lily spojrzała na nią ze zdziwieniem, ale ta tylko uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Evans znów wychyliła się, by obadać sytuację z nauczycielami. Z czystym, nie zanieczyszczonym jakimkolwiek innym uczuciem, przerażeniem zauważyła zbliżającą się McGonagall. Przepchnęła się na sam przód kolejki, przepraszając do drodze znajomych uczniów. Chwyciła za leżącą najbliżej maskę w kształcie głowy królika. Dała innym znak, żeby siedzieli cicho i ukryła twarz za plastikową głową.
-Czy ktoś z was widział Lily Evans? – rozległ się mrożący krew w żyłach głos wicedyrektorki. Wszyscy w jednej chwili odwrócili się do niej twarzami.
-Nie, pani profesor – odpowiedzieli zgodnie, jednym głosem. Profesorka zamrugała ze zdziwieniem oczyma i pozostawiła tę dziwną grupę młodych ludzi sam na sam z artykułami piorącymi mózgi i zamieniającymi dzieci w roboty. Ruszyła dalej, w tłum.
Gdy Julia i inny uczniowie Hogwartu spojrzeli w miejsce, gdzie przed chwilą stała poszukiwana Evans, niczego tam nie znaleźli. Sprzedawca stojący za ladą podskoczył za to, jak oparzony, równie zdziwiony, co zbulwersowany. Po drugiej stronie przykrytego obrusem i stertą zabawek stołu wynurzyła się Evans.
-Przepraszam! – krzyknęła do sprzedawcy, wbiegając za inne stragany. Zgięła się w pół i przebiegała za nimi, w drodze gratulując sobie pomysłu. Przemykając między zbitymi z desek ścianami, rozglądała się, próbując się zorientować, po której stronie rynku jest. Zatrzymała się na chwilę i wyjrzała przed dziurę w przestrzeni między jedną wystawą sklepową a drugą. Naprzeciwko niej paliło się niebiesko-zielone ognisko, a za nim na podwyższeniu grała orkiestra magicznych instrumentów. To oznaczało, że główna droga Hogsmeade jest na lewo.
Pędząc za stoiskami, niezauważona dla oczu innych a tym bardziej profesorów dotarła do końca placu. Tam wyrósł przed nią dom. Bez większego zastanowienia postanowiła obejść go od strony lasu. Popędziła między drzewami, nawet nie patrząc pod nogi. Kilka razy potknęła się o wystające korzenie drzew aż w końcu spadła do rowu, którego nie zauważyła.
-Czemu zawsze mnie to spotyka? – zapytała świata jako takiego, podnosząc się z klęczek. Otrzepała sobie kolana i, nie bez wysiłku, wydostała się po korzeniach z dołka. Wreszcie wyskoczyła z lasu na teren małego parku z placem zabaw. Gdzie jak gdzie, ale tutaj McGonagall na pewno nie będzie jej szukać. Oparła się o huśtawkę i, łapiąc oddech, zrobiła przegląd sytuacji, w jakiej się znajdowała.
Jest Noc Ognisk, a ona, czysto teoretycznie, powinna właśnie w ramach szlabanu, siedzieć w zamku. I tak by najpewniej była, gdyby Potter nie wyszedł ze swoim genialnym pomysłem jawnego i całkowicie nielegalnego złamania regulaminu szkolnego. Wracając do tematu: w praktyce natomiast sytuacja wygląda tak, że znajduje się na obrzeżach Hogsmeade uciekając przed Diaboliczną McGonagall, która zaraz następnego ranka przywoła ją do swojego gabinetu i wlepi szlaban długi jak z Londynu do Hongkongu. Nie wie gdzie się dokładnie znajduje, w jest części wioski była tylko raz. Strasznie jej się chce pić i nie zobaczyła skoku kukły przygotowanej przez Hogwartczyków. Wokół na ulicach kręci się mnóstwo profesorów a ona sama nawet nie wie, w którą uliczkę powinna ruszyć.
-Raz, dwa, Jacek ma... – zaczęła wyliczankę, próbując w ten sposób ustalić, która z trzech wychodzących od tego placu dróg będzie najlepsza. Ufając ślepemu losowi pognała na prawo. Po kilku minutach bezsensownego skręcania w nieznane sobie uliczki, wreszcie zauważyła miejsce, które nieco bliżej określało jej położenie geograficzne. Spojrzała na szyld Świńskiego Łba. Wzdrygnęła się na dźwięk skrzypienia zawiasów i ruszyła dalej pewniejszym krokiem, omijając główną ulicę.
Aż nią trzęsło z podekscytowania. Głupi uśmiech nie schodził jej z twarzy, gdy po cichu przemykała się wzdłuż bocznych uliczek. Adrenalina rozchodziła się z szybko krążącą krwią, uderzając jej do głowy.
Przycisnęła się do ściany budynku, wyglądając z zza rogu na ulicę. Była coraz bliżej głównej drogi, powinna więc możliwie jak najostrożniej przebiegać przez chodniki. Cofnęła szybko głowę, gdy zza budynku na drugim końcu ulicy wyszedł profesor. Skoro już tutaj krążą, to znaczy, że McGonagall rozesłała wszystkich, by znaleźli kogokolwiek, kogo nie powinno tu być. To natomiast oznacza, że prawdopodobnie już teraz D.Bill i Alconbury idą do jej dormitorium, albo sprawdzają listę obecności w Pokojach Wspólnych.
Zajrzała kątem oka na ulicę, a gdy nikogo nie dostrzegła, przemknęła przez nią niknąć w następnej wąskiej ścieżce między budynkami.
Czuła się, jakby bawiła się w chowanego w szkole z bliźniakami i Luu, tuż pod nosem nauczycieli, doskonale przy tym zdając sobie sprawę z tego, że powinni być w stołówce na przerwie obiadowej. Serce waliło jej szybko, oddech głęboki a adrenalinę z żyłach o znacznie większym stężeniu, niż zwykle. I do przyjemne ciepło łaskoczące ją od środka, jakby ktoś nacisnął guzik ogrzewania. Chęć niedostrzeżonego działania była tak silna, jakby coś w niej naglę pękło, uwalniając wielką potęgę i siłę. Impuls krążył po ciele z tak niesamowita prędkością, jakby przez długi czas był hamowany, a teraz nagle, wypuszczony na wolność, chciał z niej korzystać ile się da.
Domki jednorodzinne się przerzedzały, boczne uliczki stawały się coraz krótsze, aż w końcu poznała budynek, w którym mieściła się cukiernia Miodowego Królestwa. Nie chcąc wchodzić na główną ulicę by zajść od frontu, okrążyła budynek i przylgnęła do muru. Wyjrzała zza niego na główną ulicę wioski, ale widok zasłaniał jej stragan, który zauważyła tutaj już wcześniej, po wyjściu z Miodowego Królestwa. Teraz był pusty, nikt nie stał za kontuarem a reklamowane książki zostały pozbierane. Przemknęła się za jego drewnianą ścianę, przez nikogo nie zauważona i ukradkiem dotarła do drzwi cukierni. Daleko przed nią, w połowie drogi i tyłem do niej, szedł jakiś profesor, jednak jej nie słyszał. Zajrzała przez szyby do środka sklepu, jednak z przerażeniem zobaczyła, że wszystkie światła są pogaszone. Na drzwiach zaś wisiała plakietka „Zamknięte”. Z nadzieją nacisnęła klamkę, jednak nic się nie wydarzyło. Właściciel musiał zamknąć sklep, udając się na plac, na Noc Ognisk.
Wskoczyła się ponownie za ścianę straganu i oparła się o zimny mur. Rozejrzała się, ale nigdzie nie dostrzegła Pottera. Widać, jeszcze nie dotarł.
W następnej sekundzie usłyszała jednak szybkie kroki i ktoś ukrył ją zimnym, lejącym się materiałem. Spojrzała na Pottera ze zdziwieniem, siłą powstrzymując się od odruchowego uderzenia napastnika w brzuch.
-Potter! – warknęła, instynktownie, bo fakt był taki, że akurat w tej danej sekundzie nic do niego nie miała poza rzeczami, za które go nie lubiła. – Wszędzie pełno nauczycieli – stwierdziła, oglądając się za ramie. Przez materiał pelerynki-niewidki, jak przez krystalicznie czystą, lecz niecą wzburzoną wodę, rozejrzała się po ulicy. Profesor, którego żadne z nich nie rozpoznało po tylnej części płaszcza, szedł przed siebie, w przeciwnym do nich kierunku.
-No tak, trochę tu ich gęsto – przytaknął James i wyciągnął z kieszeni dwukierunkowe lusterko. Przywołał nim Syriusza, niecierpliwie czekając na odpowiedź.
-No, co tam? – zapytał, gdy głowa Blacka znalazła się w małym kwadraciku, jak na ekranie mugolskiego telewizora.
-Stary, ale rozróby narobiliście. Ledwo zwialiśmy przed McGonagall. Lily dotarła? – zapytał, na co Evans zareagowała zdziwieniem. No, bo niby czemu miałaby nie dotrzeć?
-Cała i zdrowa – zapewnił Potter szeptem, mierzwiąc sobie włosy z tyłu głowy – Zaskakujące jak dobrze sobie radzi zwiewając przed nauczycielami – powiedział, ni to do siebie, ni to do reszty świata.
Lily, której ta uwaga nie ominęła uwagi, wymierzyła chłopakowi kuksańca w bok.
-W każdym razie, jak wygląda to na placu? – zmienił temat, nie chcąc narażać swojego pięknego ciała na kolejne siniaki.
-Koleś, tak cienko nie było od dawna. Remus mówi, że mu to wygląda na polowanie na was. McGonagall postawiła wszystkich na nogi tak, że chodzą jak ogniem bici – opowiedział im obrazowo Syriusz.
-W takim razie na pewno już nas szukają w dormitoriach – pochwyciła Lily, zerkając na miniaturową twarz Blacka.
-Racja, rajca. A nawet, rzekłbym, że cały zamek już przeszukali. W tą czy w tamtą, jesteście przyłapani jak ta lala. Nie ma odwrotu ludzie, chyba, że wymyślicie jakąś porywającą bajeczkę – stwierdził Remus, którego głowa wypchnęła z ekranu twarz Syriusza. Evans zamrugała szybko powiekami. Co, jak co, ale takich słów by się po Lupinie nie spodziewała. Toż to ona taki spokojny i stonowany od zawsze...
-Randka? – podrzucił James, szczerząc zęby do Lily. Dziewczyna z niesmakiem cofnęła brodę, po swojemu marszcząc nos i krzywiąc brwi, jakby Potter był kretynem do potęgi.
-Nie – stwierdziła, po powalajaco niepewnej chwili – Nie wspominając już o tym, że McGonagall by w to nie uwierzyła.
-No to macie skończone życie – skwitował Syriusz. Spojrzał kątem oka w bok, jakby przyglądał się jakiemuś zamieszaniu, po czym nachylił się nad lusterkiem w geście konspiracji – McGonagall nadchodzi. Powodzenia w wymyślaniu bajek. Bez odbioru.
Twarz Blacka znikła z lusterka, w którym natychmiast ukazała się twarz Pottera. James przygryzł policzek od środka zębami i schował przedmiot do kieszeni.
-W tą, czy w tą – stwierdził ostrożnie – I tak musimy się dostać jak najszybciej do Hogwartu.
-Jak? Miodowe Królestwo jest zamknięte a drzwi zamku na pewno pilnowane przez Filcha – przypomniała Lily, uważnie przyglądając się twarzy Pottera. Próbowała wyłapać na niej jakiś cień stresu lub zdenerwowania. Nie znała się na tajnych przejściach z zamku do Hogsmeade, więc to by dało jej jakiś odnośnik, co do tego, w jakiej sytuacji się znajdują. Póki co więc stres zachowywała na później. Na razie zajmowała się logicznym myśleniem.
-Jest jeszcze jedno przejście, którym teraz moglibyśmy się przedostać – odparł, po chwili pewnej nieokreślonej, wewnętrznej walki. Chwycił Lily za nadgarstek i pociągnął za sobą. Biegiem popędzili w mu tylko znanym kierunku.
________________________________________

Do Merceline: motyw Tarantelli haniebnie uprowadziłam z serii książek "Abramakabra" autorstwa Debi Gliori. Dziękuję stokrotnie za komentarz.
Do "P": Tobie też bardzo dziękuję. Po prostu tak się składa.


komentarze [10]

Bardzo chory dzień. || piątek, 14 grudnia 2007 23:29:07

Gdy Lily, godzinę później, wracała z chatki Hagrida była cała wylizana przez Błahostkę i pozbawiona sporego kawałka sznurowadła. Psidwaki zwykły jeść wszystko, od węgla poczynając na starych oponach samochodowych kończąc.
But klapał jej wesoło o podłogę, gdy szła korytarzami Hogwartu. Postacie z portretów odprowadzały ją zdziwionymi spojrzeniami, jedna czy dwie zatrzymały ją, pytając, dlaczego nie jest w wiosce. Kręciły z naganą głowami na wieść o szlabanie i obwieszczały, że one się udają na Noc Ognisk do jednego ze znajomych obrazów. Cudowna lokalizacja, tuż przy oknie, widok na paradę wyśniony.
Nie można powiedzieć, że cieszyła się razem z nimi. Bez zbędnego krycia się kręciła nosem i spoglądała na portrety zazdrośnie.
Nie próbowała sobie wmówić, że to nic takiego. Zazdrość i złość aż z niej kipiała. Jedno z bardziej widowiskowych brytyjskich świąt za pasem a ona siedziała w szkole i snuła się po korytarzach przykuta do tego miejsca szlabanem. Była zła. Po pierwsze na McGonagall, że wpadła w ogóle na pomysł bycia taką okrutną. Szlaban, jaki jej nadała zaliczał się niemal do tortur psychicznych. Świadomość, że czarodzieje z wioski Hogsmeade właśnie podpalają ogniska a dzieci biegają ulicami z wielkimi kukłami Fawkes'a i oczywistość faktu, że jej tam nie będzie, był znacznie gorszy od jakiejkolwiek kary fizycznej. Noc Guy’a Fawkes’a już u mugoli jest zapierającym dech w piersiach wydarzeniem, ten blask dziesiątek ognisk, huk wypalanych rac i błysk sztucznych ogni. Nie mogła sobie nawet wyobrazić, jak Noc Ognisk może wyglądać u czarodziei, z ich żywymi fajerwerkami, ogniskami płonącymi różnobarwnym blaskiem i całą magią dookoła.
Po drugie, była zła na siebie, że dopuściła do takiej sytuacji. Gdyby siedziała cicho, nie zwracając niczyjej uwagi, będąc jedną z tego rodzaju osób, którym brak tego pewnego rodzaju dzikiej kreatywności, energii i wyobraźni, teraz wirowałaby wśród kolorowych straganów, błysków płomieni i zapachu siarki. Albo gdyby chociaż była nieco spokojniejszą duszą...
I po trzecie, choć wstydziła się przyznać do tego przed samą sobą a nawet udawała, że taka myśl jej wcale a wcale przez głowę nie przemknęła, była zła na Naomi i Ann, że nie wykombinowały, jak ją przemycić do wioski. Miała do nich ten rodzaj żalu, który przysparza o wypieki ze wstydu, że w ogóle gdzieś na dnie serca się znajduje. Wolałaby jednak, by dziewczyny wykazały trochę więcej inicjatywy niż zwykłe „trudno się mówi”,. Chciałaby, by chociaż wyszły z pomysłem, jakby ją przetransportować do Hogsmeade. A tu nic.
Z zamyślenia wyrwał ją czyjś głos.
-Potter! Widział pan pannę Evans? Gdzie ona jest?
-Ale, o co idzie? – odezwał się głos Jamesa.
Na dźwięk surowego nawet w tak błahej sytuacji głosy McGonagall Lily aż się wyprostowała. Syknęła, jakby coś ja oparzyło i nawet nie czekając na dalszą odpowiedź Pottera, odwróciła się na pięcie i pognała w przeciwnym kierunku niż ten, z którego doszły ją głosy.
Nie wiedzieć czemu od pewnego czasu miała pewną awersję do pani zastępcy dyrektora profesor McGonagall, okrutnej tyranki. Unikała jej jak ognia, chociaż tego dnia to przysłowie miało nieco inny sens. Poza tym, wolałaby wskoczyć do ognia, niż w dłonie Demonicznej McGonagall.
-Znalazłem Evans, pani psor! – odezwał się wrzaskliwy ze swojej nieżyjącej natury głos. Poczuła, jakby ktoś wylał na nią kubeł lodowatej wody a uczucie to było identyczne to tego, które się ma po przebiegnięciu przez ducha. Wyhamowała i mechanicznie spojrzała przez ramię. Przed nią zmaterializowała się na współ przeźroczysta postać Irytka, szkolnego poltergeista. Hałaśliwy duch wyszczerzył do niej swoje niematerialne zęby, nadmuchał balon z gumy balonowej do żucia i wybuchnął swoim legendarnym, skrzekliwym śmiechem, gdy różowa bomba wybuchła, zalepiając połowę twarzy dziewczyny.
-Ja ci zaraz... – wrzasnęła Evans, próbując zetrzeć resztki gumy z twarzy.
-Evans! Co ty wyprawiasz? Co to za wygłupy?! – wrzasnęła McGonagall, wbiegając na korytarz. Minęła zanoszącego się od śmiechu ducha i ruszyła groźnym i zdecydowanie zbyt szybkim krokiem w stronę Lily.
-Ja? Ja nic nie robię, przysięgam! Tym razem to naprawdę nie ja – mówiła dziewczyna, całkowicie zdezorientowana słowami profesorki. Jedno oko wciąż miała zalepione gumą.
-Wstawaj! Masz szlaban – oświadczyła wicedyrektorka, na ci Lily opadły ręce i żuchwa.
-Jeszcze jeden? – jęknęła – Ale, pani psor, co złego to nie ja!
-Nie jeszcze jeden. O osiemnastej nie mogę pilnować twojego szlabanu, więc go przesunęłam na wcześniej – wytłumaczyła McGonagall, zakładając ręce na piersi.
-Ale to przecież może mnie pilnować ktoś inny – zaproponowała niewinnym głosem dziewczyna, z nadzieją spoglądając na profesorkę. Doskonale sobie jednak zdawała sprawę z tego, że to nie będzie szlaban a następna lekcja animagii. McGonagall zlinczowała ją wzrokiem. Lily spuściła oczy, obserwując swoje fascynujące, stare i zniszczone trampki.
-To o której mam ten szlaban? – wymamrotała.
-Teraz! –oświadczyła profesorka, odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę swojego gabinetu. Lily zrobiła zbolałą minę i przeżegnała się, błagając wszystkich bogów, jakich historia wymyśliła, by jej dopomogli.
Potter, którego nie zauważyła, a który obserwował to całe zdarzenie spod swojego miejsca pod ścianą, wybuchnął tłumionym śmiechem. Kręcąc z nijakim niedowierzaniem głową, odprowadził dwie całkowicie niezrozumiałe dla niego istoty wzrokiem. Później raźnym, źle wróżącym dla nauczycieli, spokoju i harmonii krokiem ruszył w stronę gabinetu jednego z profesorów. James Potter, Rogacz miał plan.
Lily tymczasem kroczyła, powłóczając nogami, za Demoniczną McGonagall. Nigdy nie szła na ścięcie, nie miała też nigdy w planach wiszenia na stryczku. Była jednak niemal pewna, że każdy, kto takie plany miał, dobrowolnie lub też nie, czuł się właśnie jak ona w tym momencie. To było takie uczucie... jakby się tylko czekało, aż się odwali, co się ma odwalić. Takie „wszystko mi jedno, załatwmy to szybko”.
Chociaż prawdopodobnie było też kilka procent skazańców, którzy reagowali nieco inaczej. Na przykład przy pomocy mocnej drewnianej pałki czy porządnego kopniaka.
Pozwoliła się wprowadzić do gabinetu wicedyrektorki, stanęła na środku i czekała na odczytanie wyroku.

Od kilku minut McGonagall, pogrążona we własnych, nieodgadnionych myślach, nie zauważała, że Lily stoi bezczynnie a jedyny wysiłek fizyczny, jaki podejmowała to drapanie się po nosie różdżką.
Gdy wicedyrektorka westchnęła, Evans ze strachu wypuściła iskry z różdżki. Jej twarz prawie została wyszczuplona o nos*.
-Pani profesor? – zapytała dziewczyna.
Minerva spojrzała na nią z bezdenną beznadzieją w oczach a chwilę później spuściła wzrok, zupełnie, jakby widok Lily przyprawiał ją o spazmatyczny śmiech. Najwyraźniej właśnie przed chwilę zdała sobie sprawę z beznadziejności zadania, jakiego się podjęła.
-Panno Evans. Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, jak głębokie kopie sobie pani ostatnio dołki?
Lily uniosła ze zdziwieniem brwi. W ciągu ostatnich dwóch tygodni doskonale zdała sobie sprawę, że dziedziną, w której wszyscy nauczyciele, wychowawcy i opiekunowie się specjalizują nie jest edukacja, o nie! Jest nią zadawanie pytań bez odpowiedzi, która by mogła zadowolić. Nauczyła się też w takich wypadkach milczeć, i choć nie zawsze jej to wychodziło, jak na razie była to jedyna umiejętność, jaką wyniosła z lekcji animagii.
-Czy może mi pani wyjaśnić, dlaczego pani zachowanie tak drastycznie spadło i, jak widać, wciąż się stacza w dół? – zapytała profesorka, zdejmując z nosa okulary. Wyciągnęła z kieszeni chusteczkę i zaczęła przecierać szkiełka.
-Jakoś tak samo wychodzi, pani profesor.
McGonagall, podobnie jak codziennie od kilkunastu dni, załamała się psychicznie. Jej Demoniczność polegała jednak na tym, że niczego nie okazywała.

Siedziała z nosem przyklejonym do szyby i z żalem odprowadzała słońce, które powoli, ale nieubłaganie schodziło z nieba. Świat był jeszcze złoty, ale za jakieś pół godziny powinien się stać pomarańczowy. Wtedy na dobre rozpocznie się zachód słońca, otwierając obchody Nocy Gay’a Fawkes’a.
Nie ma sprawy. Ona poczyta sobie jakiś fascynujący, porywający podręcznik, na przykład, powiedzmy, zielarstwa. Nasiona roślin motylkowych żyjących własnym życiem są przecież niesamowicie emocjonujące. Spędzi kilka godzin wpatrując się tępo w ogień buchający z kominka aż w końcu, popadając w całkowitą desperacje, zacznie się zastanawiać, jak się używa kosmetyków Naomi. To będzie cudowny, owocny wieczór, w czasie którego ani minuta nie zostanie stracona na nudzenie się.
Warknęła, marszcząc gniewnie czoło, gdy po raz kolejny rozległ się pisk jakiejś dwunastoletniej dziewczynki, która uważała za szalenie podniecające, jeśli piszcząc będzie uciekać przed swoim rówieśnikiem rodzaju męskiego.
Wytrzyma. Da rade! Będzie twarda i nie da się depresji.
Zmęczenie po lekcji z McGonagall dawało jednak jej się we znaki. Ziewnęła głośno, nie przejmując się jakimś tam zasłanianiem ust i znów zaczęła błagać w myślach słońce, by nie schodziło niżej.
-Zwariuje. Wezmę i zwariuje – mrugnęła do siebie.
-Lily, cześć – odezwał się James, opierając się o ścianę obok wnęki okiennej, w której siedziała.
-Twoja nonszalancja przyprawia mnie o mdłości – mruknęła.
-Tak, wiem – powiedział, rozglądają się po Pokoju Wspólnym Gryfonów. Wszyscy, którzy nie mogli wybrać się na wypad do Hogsmeade skupili się przy kominku, na drugim końcu salonu.
-Słuchaj, Lily – powiedział, ściszając głos do szeptu. Kucnął przed nią, opierając łokcie na parapecie – Za jakieś pół godziny organizuje swój prywatny wypad do Hogsmeade. Ja tam nie wiem, ale mam wrażenie, że ty też być chciała zdążyć na oficjalne rozpoczęcie Nocy Ognisk.
Lily patrzyła na niego z szeroko otwartymi ustami. Gdy w końcu się opamiętała i ja zamknęła one znowu się otworzyły.
-Zwariowałeś. Wziąłeś i zwariowałeś – stwierdziła mocno, po czym nachyliła się do niego i również zniżając głos do szeptu dodała: Korytarze są pilnowane prze nauczycieli nie wspominając o wyjściu z Hogwartu. Nawet jeśli znasz jakieś tajemne przejście, a nie wątpię, że znasz, to bardzo prawdopodobne jest, że będą jeszcze sprawdzać obecność, czy nikt się nie przemknął.
Potter uśmiechnął się, wyjął z kieszeni spodni kawałek złożonego w kostkę pergaminu i podał go dziewczynie. Lily bez słowa go rozwinęła i przeczytała nagłówek. Głosił „Grafik dyżurów na Noc Guy’a Fawkes’a”.
-Skąd to masz? – zdziwiła się, jak zaczarowana wpatrując się w pergamin.
-To nie ważne – pokręcił głową Potter – Spójrz tutaj.
Wskazał palcem jeden z wielu wersów zapisanych na kartkę. Według niego od siedemnastej przez trzy godziny jedynymi profesorami w zamku będą D.Bill i Alconbury. Musiała przyznać, że sytuacja sprzyjała temu wypadowi. Przygryzała dolną wargę.
-A sprawdzanie obecności? – spytała, dla czystej formalności. W rzeczywistości ta kwestia ją w tym momencie niewiele interesowała. Nie wiedziała, czy Potter zdawał sobie z tego sprawę, czy nie, ale nawet nie zauważyła tryumfalnego uśmiechu, który rozjaśnił mu twarz. Zupełnie, jakby myślał, że już ją przekonał.
-Na to nic nie poradzę – wzruszył ramionami – Zostawiam ci ten grafik. Zastanów się, ja za pół godziny idę – dodał wstając. Wsadził ręce do kieszeni i przeciął Pokój Wspólny, znikając na schodach do swojego dormitorium.
Wpatrywała się jeszcze przez jakiś czas w pergamin, po czym powoli ruszyła do swojej sypialni. To była szansa jedna na milion. I właśnie z tego powodu musiała się udać.
Ale, jeśli przyłapią ich na nieobecności, oboje dostaną szlaban jak z Londynu do Paryża. Dla Jamesa to pewnie bez różnicy ile czasy spędzi na szorowaniu nocników w Skrzydle Szpitalnym, jej w sumie też wisiało, ile sal będą kazali jej wyczyścić. Gorzej jednak będzie, jak McGonagall się wścieknie, przedłuży jej lekcje animagii o następną godzinę i napisze kolejny list do rodziców.
Zamknęła za sobą drzwi dormitorium i oparła się o nie plecami.
W sumie... Nawet, jeśli jeszcze nie podjęła decyzji, to może się zacząć przygotowywać do wyjścia. Tak na wszelki wypadek. Jeśli stwierdzi, że nie udzie, to przecież nie będzie żałowała tego, że rozczesała swoje kołtuny...

Od pięciu minut, w powalająco zwolnionym tempie zaplatała cienki warkoczyk z jednego pasemka włosów. Cienki i miękki rzemyk, który wplatała w niego umykał jej co chwile z rąk, gdy zapatrzona w grafik dyżurów nie uważała na to, co robi.
Kukułka wyskoczyła ze swojego domku z zegarze ściennym i rozpoczęła swoje trele obwieszczając, że wybiła siedemnasta. Minutę czy dwie później do drzwi ktoś zapukał i, uchylając je odrobinę, wsadził do środka głowę Pottera. Zachęcony brakiem wrzasków chłopak wskoczył do środka i zamknął za sobą drzwi.
-To jak? Idziesz? – zapytała, patrząc, jak zawiązuje warkoczyk. Gdy skończyła, opuściła ręce i wydęła usta w zamyśleniu. James nie mógł się na tę minę napatrzyć.
-Odpowiedzialność i konsekwencja – wymruczała do siebie słowa, które w ciągu ostatnich kilku dni usłyszała więcej razy, niż w ciągu całego życia – Niech je obie szlag trafi – stwierdziła w końcu, w ramach euforii uśmiechając się do Jamesa. Podbiegła do szafy, odskoczyła na bok po jej utworzeniu pozwalając, by sterta upchniętych tam rzeczy wylała się na podłogę. Kucnęła przy nich i rozpoczęła poszukiwania swojego płaszcza.
-Czego szukasz? – zapytał James, podchodząc do niej.
-Płaszcza. Wiesz, tego zielonego, sztruksowego. Jestem pewna, że gdzieś tu jest.
-Tego? – zapytał Potter, pociągając za rękaw czegoś, co leżało na samym dnie stosu.
-O właśnie. Dzięki – powiedziała, i porwała go w ręce. Wciągnęła trampki na nogi, wyrzuciła ze swojego pomarańczowego plecaka wszystkie podręczniki i wrzuciła do niego sakiewkę z drobnymi oraz kilka innych rzeczy, które przez zupełny przypadek wpadły jej w ręce, zawiesiła sobie na szyi szalik w barwach Gryffindoru i spojrzała z dziecinnym uśmiechem na stojącego z boku, szczerzącego się tajemniczo Jamesa. Chłopak wyjął spomiędzy połów swojego płaszcza miękki, lejący się materiał i rozłożył, zarzuciwszy na siebie. Zaprosił Lily pod swoją pelerynę-niewidkę i otworzył cicho drzwi dormitorium.
-Powiedziałbym, że panie przodem, ale nie mamy takiej możliwości – usprawiedliwił się szeptem.
-Zamknij się – warknęła, ale jednak się uśmiechnęła – Wymknijmy się nielegalnie na Noc Ognisk – dodała głosem świszczącym, jakby śpiewającym z emocji.
Zapraszając ją na ten, jak słusznie zauważyła, nie do końca zgodny z regulaminem wypad, coś sobie w myślach powiedział. Oczywiście, jej o tym nawet nie wspominał, to zepsułoby mu całą koncepcję a reszta planu by się nie liczyła. Siedząc w dormitorium i czekając na wybicie siedemnastej mówił sobie, że jeśli się zgodzi, to znaczy, że nie jest u niej tak do końca spisany na straty. Często tak kombinował.
Otóż James Potter był zadurzony w Lily Evans. Oglądał się z nią, próbował zwrócić na siebie jej uwagę, starał się być inteligentny w rozmowie, bystry w działaniu i zabawny w zachowaniu. Próbował stać się jej ideałem. Bo ona go zauroczyła. W wierzeniach ludowych, zauroczyć, znaczy rzucić na kogoś urok, czar. Ona nawet nie wiedziała, jak silną magią go opętała. Jeśli w tej kwestii rozpatrywać jej umiejętności, była niedoścignioną czarownicą. Zauroczenia to fascynacja kimś, lub czymś. Fascynowały go jej włosy, oczy, usta, nogi, dłonie, ramiona i uszy. Fascynowała go jej osobowość, temperament i charakter. Był zachwycony jej zmiennością w zachowaniu i stałością w zdaniu.
Szła obok niego pod pelerynką-niewidką. Nie był całkiem spisany na straty.
James Potter był jednak porządnie wychowany, nawet, jeśli przepadał za dowcipami i łamaniem zasad. Wiedział, że chociaż ręka go dziwnie świerzbi, to nie ma nawet mowy, by mógł ją objąć, chociażby pod pretekstem, że wtedy pelerynka zakryje ich dokładniej. Poza tym nie chciał jej... naruszyć. Mógłby ją urazić takim gestem, sprawić przykrość czy oburzyć. Wystarczyło mu to, że jest pół metra od niego pod tą samą niewidką.
Była jeszcze jedna kwestia. Poza tym, że mu się podobała, to chciał także być jej przyjacielem. Przyjaciel charakteryzuje się olbrzymim szacunkiem i zrozumieniem. Tego nie idzie wyjaśnić, ale chociaż był w niej zadurzony to cały czas... zachowywał się... jak przyjaciel. Kolega. Dość powściągliwy względem niej, odnoszący się z szacunkiem, honorem i zrozumieniem.
I być może właśnie dlatego nie myślał przez całą drogę o niej, tylko też o tym, że przed nimi Noc Ognisk wśród samych czarodziei.
Jeśli idzie o nią... Poszła, mimo wizji rozwścieczonej McGonagall i rodziców w jeszcze gorszych humorach. To nie chodzi o to, że nie znała strachu. Znała go. Nieraz się bała, gdy jako mała dziewczyna wracała znacznie później do domu niż powinna. Bała się, gdy się dowiedziała o chorobie Luu, była przerażona wizją pustki, jaką Ebony** po sobie zostawiła. Nie spała po nocach bojąc się Hogwartu i tego, co dalej. Ale strach ją napędzał. Dział jak paliwo. Był impulsem, który sprawiał, że szła. Był adrenaliną i uzależnił ją od siebie. Silne emocje stały się dla niej koniecznością. Z czasem pokochała dreszcze przebiegające ją po plecach, niepewność i tę iskrę, która sprawiała, że świat zaczynał się kręcić szybciej.
Dziwne, ale – chociaż sama tego nie zauważała – taki impuls, ta iskra uwalniała się zwykle, gdy zjawiał się James i jego pomysły. Ale o tym nawet właścicielka adrenaliny nie wiedziała.
A więc szli korytarzami, daleko od siebie, chociaż jedno z nich chciało się do drugiego przysunąć. A im dalej szli, w tym większe podekscytowanie i niecierpliwienie popadali. Z czasem nogi same przyspieszyły, usilnie jednak powstrzymywali się od biegu.
Gdy James machał na różdżką nad posągiem jakiegoś posągu starej, obrzydliwej z wyglądy wiedźmy, Lily lustrowała uważnie Mapę Huncwotów, pilnując, czy ktoś się nie zbliża. Niespecjalnie interesowało ją, gdzie dokładnie się znajduje. Niemal czuła zapach siarki w nosie i oślepiający błysk ognisk.
Pociągnął ją za łokieć i zanim się obejrzała, spojrzała na niewidoczne w mroku kamienne, proste plecy Garbatej Wiedźmy.
-Aha – powiedziała bez sensu, ot, z chęci powiedzenia. Obejrzała się, gdy za jej plecami Potter zaświecił różdżką.
-No to tędy dojdziemy do Miodowego Królestwa – oświadczył, wskazując swoim magicznym patykiem wąski, niski tunel – Przytrzymasz? – zapytał, podając jej różdżkę. Gdy ją chwyciła, zaczął składać delikatnie, w równą kostkę swoją pelerynkę-niewidkę.
-Co jest? – zapytał, gdy wokół nich zapanowała ciemność.
-E... – powiedziała dziewczyna, gdzieś z mroku obok niego – Różdżka ci zdechła – obwieściła.
-Że co? – mruknął zdezorientowany.
-Podałeś mi ją przecież, ciołku. Ty rzuciłeś nią Lumos, więc i zdechła jak ją puściłeś a ja chwyciłam – wytłumaczyła i dodała – Chyba. Lumos – mruknęła a świat wokół nich zaiskrzył się milionami kolorów, gdy nieco większej niż mniejszej wielkości kula zimnych ogni wystrzeliła z różdżki Pottera trzymanej przez Evans. Gdy śmiercionośny pocisk rozprysnął się niedaleko nich na ścianie, wokół zapadła ciemność i uniósł się zapach siarki. Chwilę potem, gdy rozgrzane kamienie i iskry przestały syczeć, zapadła też cisza.
-O cholera – stwierdził Potter, gdzieś między jednym końcem ciemności a drugim.
-No – przyznała po chwili fascynującego milczenia Lily – Wiesz, może zapalę moją różdżkę.
Chwyciła swój osobisty, całkowicie bezpieczny magiczny patyk, wyciągnęła go zza szelki spodni i zapaliła, w znacznej odległości od siebie. Na wszelki wypadek.
Gdy spojrzeli na siebie nawzajem każde miało identyczny wyraz twarzy. Usta wygięte w bliżej nie opatentowany sposób, jakby właśnie zobaczyli kogoś, kto oświadczył, że uwielbia zapach skunksa. Brwi natomiast również nie znajdywały się w normalnym, naturalnym ułożeniu. Chyba, że ktoś ma jedną brew wyżej, niż drugą. Znacznie wyżej.
I oboje naraz wybuchneli śmiechem, ni to ze swoich min, ni to z tego, co się stało.
-No to mamy przedsmak Nocy Ognisk – stwierdził wesoło Potter, gdy ruszyli tunelem. Obejrzał dokładnie swoją różdżkę w blasku patyka Lily i rzucił nią Lumos, żeby było jeszcze jaśniej.
-O której się ona właściwie zaczyna? – spytała Lily, schylając głowę przy wyjątkowo niskim odcinku.
-No, mam nadzieje, że jeszcze nie. Ale myślę, że zdążymy jeszcze na niesienie kukieł – stwierdził. Instynktownie przyśpieszyli, aż wreszcie, podobnie jak wcześniej w zamku, ostatni fragment przebiegli. Kilka razy Lily, nie znając drogi, obiła sobie bok o twardą ścianę. Światło z różdżek machało w górę i w dół, jakby też nie mogło się doczekać nadchodzącej zabawy.
-Właściwie – zaczęła Evans, dysząc w rytm biegu – to gdzie ten tunel prowadzi?
-Do piwnicy Miodowego Królestwa. Już niedaleko. – odpowiedział Potter i kątem oka spojrzał na dziewczyną biegnącą obok niego. – Nie bój nic, całymi miesiącami nikt tam nie zagląda.
Lily odetchnęła z ulgą i z figlarnym uśmieszkiem spojrzała przed siebie. Zwolniła biegu, gdy zauważyła, że Potter też się powoli zatrzymuje. Gdyby nie to, wpadłaby na ginącą w niedalekim mroku ścianę.
James wskazał w górę i przyłożył palec do ust. Gdy Evans kiwnęła głową na znak, że rozumie, przysunął się do niej.
-Wyjdę pierwszy pod pelerynką. Zobaczę, czy nikogo nie ma. Później ty się pod pelerynkę wślizgnij – wyszeptał i wspiął się na ledwo widocznej drabince umieszczonej tuż pod ścianą. Ostrożnie uchylił drewniane drzwiczki. Lily aż zacisnęła zęby na dźwięk skrzypienia zawiasów. Potter, ukryty już pod pelerynką, rozejrzał się, otworzył szerzej klapę i zniknął gdzieś nad nią.
-Potter! – warknęła Lily, zaciskając ze złością zęby, próbując mówić cicho – James!
W dziurze, w sklepieniu tunelu powietrze jakby zawirowało pod wpływem wysokiej temperatury, a w rzeczywistości przez przewijające się tam poły peleryny-niewidki. James zerknął w dół, i wystawił skrawek adidasa tak, by Lily zauważyła, gdzie się ma kierować. Dziewczyna wspięła się powoli po drabinie i, próbując wymacać skraj pelerynki, zanurzyła dłoń w grubej warstwie kurzu leżącego na podłodze. Usłyszała szelest i nagle przed nią zmaterializowała się dłoń Pottera. Uśmiechnął się do niej, odsłaniając odrobinę twarz. Pomógł jej się wplątać w pelerynkę i oboje wstali z klęczek. Ostrożnie zamknął klapę. Gdy tylko się domknęła, Lily zorientowała się, w jaki sposób jeszcze nikt się nie zorientował, że takie przejście tu jest. Słoje drewnianej podłogi się idealnie zgrywały z kreskami na drzwiczkach w podłodze a i szczelin nie było widać.
-Chodźmy – powiedział James, lekka ciągnąc ją za ramię – Nie chcemy przecież, żeby Noc Ognisk na nas czekała – dodał, uśmiechając się.
Wspięli się po drewnianych, skrzypiących schodach na parter sklepu i stanęli przed drzwiami. James lekko je uchylił, wyglądając na korytarz za nimi.
-Droga wolna – obwieścił, ciągnął ją delikatnie za nadgarstek. Przeszli przez krótki korytarz, minęli schody wiodące na piętro, prawdopodobnie do mieszkania sprzedawcy. Przemknęli się cicho do niewielkiej kanciapy i, przepychając się między poustawianymi tam krzesłami i stolikiem, dotarli do wodospadu koralików koloru cukierków pudrowych, które robiły za drzwi. Lily wyjrzała przez ramię Jamesa i zobaczyła za koralikami całkowicie przeludniony sklep. Uniosła ze zdziwieniem brwi widząc cały tabun ludzi, którzy akurat w tym momencie postanowili zrobić zapasy w Miodowym Królestwie. Gdzieś na szarym końcu kolejni stojącej przy długiej ladzie, dopatrzyła wyblakły błękit włosów Naomi i zdrowy blond Ann.
-Naomi i Ann tam stoją – wskazał je w tym samym momencie James.
-A tuż za nimi Slughorn – odpowiedziała szeptem Lily, dostrzegając charakterystyczny błysk pozłacanych guzików od kamizelki profesora – Nie przeciśniemy się. Jest za duży tłok – stwierdziła, oceniając krytycznie sytuacje.
-I właśnie dlatego nikt nas nawet nie zauważy – uśmiechnął się Potter i , gdy tylko okrągły, niski sprzedawca odwrócił się do nich plecami, uchylił nitki koralików i pociągnął Lily w głąb sklepu. Wśród szumu i zamieszania, jakie towarzyszyły zakupom, nikt nawet nie dostrzegł poruszających się koralików a tym bardziej nie usłyszał ich stukania. Przemknęli się pod pelerynką-niewidką za ladą i weszli między ludzi. Tam James nawet nie starał się unikać zderzeń z innymi. Szedł, łokciem torując drogę sobie i Lily. Dziewczyna z uśmiechem zauważyła, że nikt na te poszturchiwania nie reaguje. W tak zapchanym sklepie było to wręcz pożądane, by podać z łokcia w bok. Nikt nie spostrzegł, że między nimi przemieszcza się wolna przestrzeń, która się w dodatku rozpycha.
W końcu otworzyli drzwi sklepu i posapując, wytoczyli się na zewnątrz. Oparli się o ścianę sklepu, łapiąc zachłannie w płuca świeże powietrze.
Lily oparła dłonie na kolanach, i zgięta w pół, to się śmiała, to próbowała złapać oddech. Gdy wreszcie otworzyła oczy i spojrzała przed siebie, głos jej uwiązł w gardle.
Szeroka, główna ulica Hogsmeade wyglądała, jakby zaraz miało nastąpić jakieś wielkie wydarzenie, które w rzeczywistości już się działo. Światło pozawieszanych u ścian budynków pochodni rozlewało czerwono-pomarańczowy blask po całej ulicy. Zmrok, który już zapadł, jedynie podkreślał niesamowitą atmosferę podekscytowania i radości. W powietrzu można było wyczuć zapach niesamowitych, pozytywnych emocji połączonych z nutą siarki i oliwy.
Jedni czarodzieje stali wzdłuż ulicy, najwyraźniej na coś czekając. Drudzy przemykali chodnikami, szukając znajomych, lub sklepu, którego sprzedawca może jeszcze nie zamknął.
Chodniki były o połowę mniejsze. Sprzedawcy powystawiali na nich straganiki, wychodząc z ciasnych budynków. Rozłożyli na nich swoje towary, które cieszyły się niemały powodzeniem. Przy tym kupcy mogli także obserwować obchody Nocy Ognisk. Na jednym jakaś księgarnia reklamowała swoje starodruki i najnowsze wydania popularnych książek. Nieco dalej stragan sklepu Zonka cieszył się olbrzymim uznaniem wśród uczniów i przykuwał niemałą uwagę nieco starszych. Strzelały nad nim fajerwerki, unosiły się bańki pękające przy akompaniamencie wydawanych przez siebie najróżniejszych dźwięków. Po drugiej stronie stragan Trzech Mioteł oferował piwo kremowe i pitny miód na wynos.
Wszystko było jak w święta. Tylko bardziej.
-James – powiedziała, szturchając chłopaka w ramię, by się wyprostował. Właśnie biegła w ich stronę grupka dzieci. Najstarsze z nich dźwigało w rękach olbrzymią, wypchaną słomą i starymi szmatkami kukłę jakiegoś jegomościa w staromodnym ubraniu i kapeluszu.
-Pensy dla Guy’a! – krzyczały dziewczynki, biegnąc przez chodnik. Piszcząc z uciechy, gdy dorośli chociaż ten jeden raz odskakiwali przed nimi i robili im drogę.
-No, to się nazywa świętowanie – stwierdził James, uśmiechnięty jak małe dziecko cieszące się z prezentu.
-Niesamowite! – wykrzyknęła Lily, rozkładając na bok w zachwycie ręce – A ja myślałam, że w Lincolshiera potrafią świętować.
-Gdzie? – wciął się Potter, jednak Evans nawet tego nie usłyszała.
-Nie mogę się doczekaj parady kukieł. Gdzie jest festyn? – zapytała, rozglądając się. Każdy gnał w inną stronę, więc nie mogła się zorientować, gdzie idzie większość. Normalnie wszyscy by ciągnęli na miejsce zabawy, ale najwyraźniej zdążyli przed oficjalnym rozpoczęciem.
-Pewnie na placu. Jeszcze się chyba nie zaczęło. Zdążymy poszukać Syriusza, Remusa i Petera – stwierdził, odwracając na boki głowę w poszukiwaniu przyjaciół.
-Co? – zdziwiła się, unosząc wysoko brwi – Na pewno są już na miejscu festynu. Chodźmy na plac.
-To zajmie chwile, tylko znajdę lusterko – uspokajał, klepiąc kieszenie w poszukiwaniu przedmiotu.
-Najprawdopodobniej pierwszy i ostatni raz w życiu spędzę Noc Ognisk wśród samych czarodziei, a ty mi mówisz o szukaniu lusterka i reszty twojej nawiedzonej bandy? – jęknęła, opuszczając ze zrezygnowaniem ręce. Wywróciła oczami i przekrzywiła głowę na prawo – Nie wiem, jak ty, ale ja mam zamiar świetnie się bawić na festynie.
-Na każdym kroku są psory. Zauważą cię, jak wyjdziesz spod niewidki – tłumaczył, teraz przewracając zawartość swojej torby.
-No więc chodźmy na plac – powiedziała, machając niedbale ręką w stronę centrum wioski, potocznie nazywanego placem, chociaż w żadnym calu na to miano nie zasługiwało.
-Jeszcze czas. Poszukamy reszty Huncwotów i dotrzemy tam na styk – stwierdził, wskazując na coś bliżej nieokreślonego ręką. Lily tupnęła i ze zniecierpliwienia jęknęła. Ubolewając nad upartym światem odwróciła się plecami do zaskoczonego chłopaka i, ku jego przerażeniu, zaczęła się szamotać z pelerynką.
Spojrzała przed siebie i poczuła, jakby jakiś kocur jej przejechał pazurami po kręgosłupie. Dosłownie parenaście kroków przed nimi zmaterializowały się poły staromodnej sukni i lekko posiwiały kok dumnie kroczącej McGonagall. Cofnęła się automatycznie, wpadając na zdezorientowanego Pottera.
-Co się dzieje? – zapytał, podtrzymując ją za łokcie, z których porządnie dostał w żołądek. Powtórka z tego doświadczenia była bynajmniej dla niego niepotrzebna.
-McGonagall – rzucała, jakby to było hasło do ucieczki. I rzeczywiście, chłopak od razu się wyprostował i spojrzał w kierunku, w którym spoglądała Lily – Idzie prosto na nas.
-Nie widzi nas – przypomniał jej James, mimo wszystko jednak z niepokojem spoglądał na Demoniczną profesorkę.
-Co z tego, że nas nie widzi? Ale na poczuje, jak na nas wpadnie, co nie? – warknęła dziewczyna i pojrzała za siebie, a później znów na McGonagall. – Idzie w stronę Miodowego Królestwa. Stoimy jej na drodze – stwierdziła z przerażeniem.
-Tutaj! – powiedzieli naraz, ruszając w zupełnie przeciwnych kierunkach.
Lily przycisnęła się do muru budynku, próbując się wcisnąć między cegły. Dysząc ciężko ze zdenerwowania poczuła, jak na jej ramiona opada znacznie większa ilość pelerynki-niewidki, niż jeszcze przed chwilą na sobie miała. Spojrzała z przerażeniem przed siebie, gdzie czarna czupryna Pottera, całkowicie widoczna dla McGonagall i całej reszty świata, próbuje uciec w popłochu przed wzrokiem nauczycielki. Spojrzała na profesorkę, która rozglądała się po mijających ją twarzach i witała się z ludźmi.
-Potter! – warknęła, próbując krzyczeć tak, by nikt jej nie usłyszał, prócz Jamesa. Wystrzeliła spod ściany i pognała w kierunku, gdzie ostatni raz mignęła jej kurtka chłopaka. Przebiegła niezauważona tuż pod nosem McGonagall i, potrącając ludzi w tłumie, podbiegła do rozglądającego się w popłochu chłopaka. Stał po drugiej stronie ulicy, ukrywając się w drzwiach do jakiegoś zamkniętego już lokalu.
-Lily! – wołał przez zaciśnięte zęby, rozglądając się w jej poszukiwaniu.
Przecięła szerokość ulicy, podskoczyła do chłopaka i jednym ruchem zakryła go pelerynką. Zamrugał zdziwiony i spojrzał na nią, dwoma palcami poprawiając zsuwające się z nosa okulary.
-Ten raz przydałoby się współpracować – stwierdził.
-Zgadzam się – przytaknęła, poprawiając plecak na ramieniu – Więc, co robimy?
-Skontaktuje się z Syriuszem i powiem, że czekamy na nich na placu – powiedział, wyciągając z torby kawałek lusterka.
-Teraz ci się zachciało poprawiać makijaż? – jęknęła, uwadze Jamesa jednak nie uszedł uśmiech, jaki się pojawił na jej ustach.
-Muszę dbać o wizerunek – odszczekał i trzy razy powtórzył w stronę lusterka imię swojego przyjaciela.
Lily zajrzała mu przez ramię.
-O! – wyrwało jej się, gdy zamiast odbicia swojego i Pottera, w lusterku ujrzała oblicze Blacka.
-Dobre stwierdzenie, Evans. O! – odpowiedział jej Syriusz, wyraźnie zaskoczony jej widokiem.
-Nie czas na wymianę przywitań – zirytował się James – Gdzie jesteście?
-Ja jestem u Zonka, tłok jak cholera. Remus i Peter poszli zamówić Kremowe do Trzech Mioteł.
-My będziemy się kręcić na festynie. Poczekamy tam na was – powiadomił James.
-My? Od kiedy to działacie kolegialnie? Czy ja o czymś nie wiem? – zdziwił się znowu Syriusz.
-Daj mi żyć. Jeszcze zapeszysz – uśmiechnął się James, na co Lily demonstracyjnie odwróciła głowę – To do zobaczenia.
Schował ostrożnie lusterko do kieszeni i wyszczerzył zęby w stronę dziewczyny.
-Co to było? – zapytała, brodą wskazując na jego dłoń.
-To? Dwukierunkowe lusterka. Szalenie przydatne w czasie... – zaciął się, rozglądając się na boki w poszukiwaniu najdogodniejszej dla nich drogi – Szalenie przydatne – dokończył, chwycił dziewczynę delikatnie za nadgarstek i skierował się w stronę festynu.
-Dwukierunkowe lusterko? Ile jeszcze unikalnych rzeczy masz w swoim arsenale? – zadziwiła się. Co, jak co, ale pewne rzeczy wiedziała. Zdawała sobie sprawę, że niewiele jest pelerynek-niewitek a i na dwukierunkowe lusterka nie starczyłyby dwa galeony.
-Całkiem sporo – uśmiechnął się, skręcając. Przeszli parę kroków i przed nimi otworzyła się spora przestrzeń niezabudowana, tuż pod lasem a jednak uważana ze centrum wioski. A wraz z nią nastąpił wybuch kolorów, zapachów i dźwięków.
Nastąpiło tysiąc świateł i zaczęła się biała noc.
________________________________________

*po nieco głębszym zastanowieniu się stwierdziłam, że po ucięciu nosa głowa się staje szczuplejsza, a nie mniejsza.
**Ebony Wong, wspominana także jako Luu. Historia tej postaci zostanie rozwinięta w przyszłości.

Z wiadomości bieżących, które zostały dawno temu zaniedbane: zakończony już motyw Tarantelli został zaczerpnięty z serii książek pt. "Abramakabra" autorstwa Debi Gliori. Wielki pokłony dla niej a serię serdecznie polecam.


komentarze [8]

Wąsek, Tłuczek i Błahostka. || niedziela, 21 października 2007 18:53:46

-Przepraszam, sir, ale pani profesor McGonagall surowo zakazała Wąskowi słuchania poleceń uczniów, sir – mówił szybko skrzat domowy, wciąż pozostając w ukłonie tak niskim, że nos szurał mu po posadzce. Za nim stała cała reszta skrzatów domowych, które z bliżej niewyjaśnionych powodów udawały, że robią coś innego, ale wcale nie interesuje ich rozmowa. Ani trochę.
-Wszystko przez ciebie – odezwał się James patrząc na Syriusza. Black był tak całkowicie zbity z tropu, że na sekundę czy dwie utracił swój animusz.
-O co ci idzie? – warknął, jak to miał w zwyczaju.
-Zajeżdżasz arystokracją na odległość, ot co! Przez ciebie mówią do mnie per ser – wyjaśnił James, uśmiech mu jednak nie schodził z twarzy.
-Daj mi żyć – odpowiedział Łapa i spojrzał na stawiającego opór skrzata. Jego rodzinka w takiej sytuacji zwyczajnie odrąbała by Wąskowi głowę. Na szczęście dla skrzata, Syriusz już dawno do tej rodzinki nie należał. Spróbował więc negocjacji:
-No weź... Nikt się o niczym nie dowie – zapewnił.
Skrzat pokręcił głową, nos poszurał mu po podłodze wydając dźwięk zbliżony do dźwięku pociągnięcia widelcem po kamieniu.
-Nie odstawiaj ceregieli i wyprostuj się – odezwał się James. Ręce włożył do kieszeni spodni.
Skrzat stanął prosto. Potter przekręcił lekko głowę, ale nie zauważył na twarzy Wąska żadnych wąsów. Miał za to tak pomarszczoną twarz, że zmarszczki na policzkach do złudzenia mogły przypominać wąsy suma. Zaczął skubać rąbek serwetki z godłem Hogwartu w którą był ubrany, podobnie jak cała setka kręcących się po kuchni i wcale a wcale ich nie podsłuchujących skrzatów.
-Mówisz, że McGonagall zakazała tobie słuchać poleceń uczniów, tak? – dopytywał się James.
-Tak, sir – odpowiedział Wąsek.
-I tylko tobie zabroniła? – upewnił się.
-Tak jest, sir.
-Czyli jakiś inny skrzat mógłby nam pomóc, zgadza się? – doszedł do meritum i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Skrzat zamyślił się na moment.
-Myślę, że tak, sir – odpowiedział w końcu.
-No to poproś któregoś ze swoich kolegów tutaj i nami się już nie przejmuj – dokończył z wyrazem triumfu na twarzy Potter.
-Niestety, nie mogę, sir. Pani profesor McGonagall zabroniła mi wykonywania poleceń uczniów, sir – usprawiedliwił się, na co Black parsknął śmiechem. James zmarszczył czoło i ściągnął brwi jak zwykle w zamyśleniu lub też zdziwieniu.
-Ten tam może nam pomóc? – zapytał, wskazując głową na najbliżej stojącego skrzata.
-Tłuczek może, sir. Tłuczek nie dostał rozkazów od pani profesor McGonagall, sir. Ale, sir, Tłuczek jest głupi – wyrzucił z siebie Wąsek, głosem jakby mówił o czymś surowo zakazanym.
-Ale imię ma fajne – stwierdził James, przyglądając się Tłuczkowi. Nie miał w dłoniach ani tłuczka kuchennego, ale jednej z piłek do Quidditcha – On nam pomoże a ty nie będziesz musiał wypełniać naszych poleceń. Może być? – upewnił się. Wąsek podrapał się po nosie. Rozległ się dźwięk pocierania nożem o nóż.
-To będzie najlepsze rozwiązanie, sir – uśmiechnął się i oddalił w stronę szafek pozostawiając jedną-drugą Huncwotów z Tłuczkiem.
-To się nazywa negocjacja, a nie te twoje „no weź”, dyplomato od siedmiu boleści – uśmiechnął się do Syriusza James i zwrócił się do skrzata – Ty, Tłuczek! Pomożesz nam? Chcemy zrobić niespodziankę innym uczniom.


Ona miała swój czar. Własny, osobisty i do tego, całkowicie nie wiedziała skąd. Ale go miała. I zdawała sobie z tego sprawę. Zdawała sobie sprawę z tego, jak działa na chłopaków, wiedziała, co zrobić, by ją odprowadzali wzrokiem. Było jej to na rękę. Tak się składało, że ta wiedza pozwala jej dążyć do swojego marzenia. Mogła przebierać. A o to chodziło. Bo jej marzeniem było znaleźć idealnego chłopaka.
Gdyby tylko sama się przy tym nie zakochiwała, wszystko byłoby cudownie.
David usiadł z kolegami kilka miejsc dalej, mogła się mu spokojnie przyglądać znad szklanki. Tym razem on był jej celem. Był taki silny, spokojny, wyniosły, dumny! Taki męski!
Ale to uosobienie ideału nie zwracało na nią uwagi. Na razie...
Ibe Bowie do perfekcji miała opanowane ruchy, układ ust i sposób poruszania się. A dzisiaj wyjście do Hogsmeade. I w dodatki Noc Ognisk. Nie mogło się nie udać. W świetle ognia jej długie, przerażająco proste czarne włosy wyglądały oszałamiająco. Wiedziała o tym, bo już nie raz usłyszała taki komplement. W końcu kominki działają...
Ktoś szurając stopami po posadzce szedł w jej kierunku.
-Niestety, ale to miejsce jest zajęte – powiedziała, jak zwykle uprzejmie.
Jude podążył za jej wzrokiem i opuścił ramiona, jak to robił zawsze i wszędzie.
-Coś mi się wydaje, że się nie przysiądzie – zauważył. Przygryzła paznokieć kciuka i zamyśliła się.
-Mam nadzieję, – odezwała się – że już niedługo będzie tu siedział.
-O, tego jestem pewny – zgodził się Jude i usiadł na wolne miejsce obok siostry, już teraz zarezerwowane przez Davida – Ale jak długo na nim wysiedzi?
Nie chcąc powiedzieć czegoś przykrego ugryzła się w język i sięgnęła do wielkiego pęczka ogromnych lizaków. Kilka takich bukietów pojawiła się na stole, najwyraźniej jako deser. Wsadziła słodycz do ust i ssała w zamyśleniu. Nagle jęknęła, zaskoczona. Jude spojrzał na nią, unosząc jedną brew do góry. Dziewczyna nerwowo zaczęła ciągnąć za patyk lizaka. Mruczała coś niezrozumiale.
-Jeśli otworzysz usta, będzie to dla mnie prostsze, żeby cię zrozumieć – zauważył jadowicie. Po chwili zorientował się, że kilkadziesiąt innych osób jedzących śniadanie w Wielkiej Sali boryka się z takim samym problemem jak Ibe.

Lily ocierała łzy śmiechu, cieknące jej po policzkach. Ona i tak była w komfortowej sytuacji. Nie wsadził sobie od razu całego lizaka do ust, jak to zrobiła Naomi czy Mia. Ona miała tylko kawałek lizaka przeklejonego do języka, mogła więc się śmiać w głos z dziewczyn. Fakt, nawet jeśli była przyczepiona tylko do kawałka cukierka, to i tak nie było jej zbyt wygodnie. Ale nie zmieniało to faktu, że widok który miała przed sobą był przezabawny.
Gdy tylko feralne lizaki pojawiły się na stole, żądni próchnicy Gryfoni porwali je w swoje dłonie. I tym właśnie sposobem niemal wszyscy siedzący przy stole byli zakneblowani przez zaczarowane łakocie.
Oczy zaszły jej łzami, gdy obserwowała, jak Naomi ciągnie za patyk, omal nie wyrywając sobie języka. Nie mogąc dać wiary głupocie tej sytuacji, wskazała na Bloomy palcem, uderzyła kilka razy pięścią w stół, aż w reszcie ze śmiechu i bólu brzucha zsunęła się z ławki.
Podobnie reagowali na to Huncwoci. Śmiali się w głos, z uznaniem szturchając siebie łokciami. James leżał z twarzą na stole, otwartą dłonią waląc w jego blat, Black najzwyczajniej w świecie zapowietrzał się ze śmiechu.
McGonagall tymczasem biegała między stołami, zaaferowana i zupełnie bezradna. Z przerażeniem stwierdziła, że Dumbledore z zainteresowaniem podnosi lizaka, puka w niego palcem po czym osobiście i dobrowolnie zaczyna do jeść. Kiwnął z uznaniem głową, gdy się przykleił.
Minevra załamała ręce, zakasała poły swojej szaty i pognała w stronę Skrzydła Szpitalnego. Doskonale wiedziała, kogo to sprawka, ale – o zgrozo! – nie miała dowodów.

Bloomy spojrzała na nią ze współczuciem i jednoczesnymi przeprosinami w oczach. Evans, owinięta w gruby sweter, spojrzała na nią ze zdziwieniem i pokręciła z niedowierzaniem głową. Chwyciła Naomi za ramiona, odwróciła tyłem do siebie i pchnęła w stronę drogi do wioski.
-Idźcie. Nic mi przecież nie będzie. Nie umrę, jak nie pójdę – zaśmiała się, władowując zmarznięte ręce do kieszeni. Pomachała jeszcze za oddalającymi się drogą przyjaciółkami i sama ruszyła w stronę Hogwartu. Zdarzenie z ekstremalnie klejącymi się lizakami poprawiło jej humor. Uporczywie ignorowała fakt, że wciąż nie ma czucia w języku, ale przynajmniej na moment zapomniała o swoim dość kiepskim położeniu.
Kątem oka zauważyła dym wylatujący z komina chatki gajowego Hogwartu. Odkąd przyniósł ją omdlałą do Skrzydła Szpitalnego, nie poszła mu podziękować.
Gdy o tym pomyślała, gorące rumieńce wpełzły jej na policzki. Szybko skręciła na ścieżkę biegnącą w bok i ruszyła w dół biegiem. Przedarła się przez kępę bezlistnych już krzaków rosnących niemal na środku ścieżki i zwolniła, widząc Huncwotów. Opatuleni ciepło szli od strony domku Hagrida, gawędząc wesoło.
-Cześć, Evans. Jak tam pierwsza, poważna kara? – wyszczerzył się na przywitanie Syriusz. Zmiażdżyła go wzrokiem, ale uśmiechnęła się.
-Dość poważnie – odpowiedziała i ich minęła. Będąc już sporo za nimi usłyszała, jak Potter się żegna z resztą.
Zignorowała to i znów pędem ruszyła w stronę chatki. Ledwo wyhamowała przed beczką na deszczówkę. Zapukała mocno w grube, wysokie drzwi i ściskając ręce w kieszenie, czekała na gospodarza. Otworzyły się one nagle a przed nią stanęła znacznie większa i o wiele szersza niż normalny człowiek postać.
-Czegoście zapomnie... – zaczął ogromny gajowy, a gdy spojrzał pod nogi urwał w połowie słowa – O! Mdlejąca Lily! – wyrwało mu się. Evans poderwała głowę do góry, próbując zobaczyć czubek postaci stojącej przed nią.
-Tak, właśnie – mruknęła niewyraźnie, cofając się o krok. Wreszcie dojrzała wielką kulę kłaków, stanowiącą głowę gajowego. Tylko po środku tego bałaganu była odrobina miejsca wolnego. Wyglądały stamtąd oczy gajowego, czarne, połyskujące jak pancerzyki żuków. Zmarszczyła noc i położyła dłoń na karku.
-Chciałam podziękować za... No, za dostarczenie mnie do Skrzydła Szpitalnego i... Dziękuję – powiedziała.
To nie tak, że się go bała. Nieraz widząc go, jak najzwyczajniej w świecie grabi liście, z biegiem czasu zaczęła się przyzwyczajać do jego postury. Tak się jednak składało, że nigdy z nim nie rozmawiała.
-E tam! – ryknął, machając niedbale ręką. Otworzył szerzej drzwi i odsunął się na bok – Właź. Nie będziesz przecież stała na tym zimnisku.
Zanim się zorientowała, gajowy już ciągnął ją do środka.
-Właściwie, to ja... – zaczęła, tak zszokowana gościnnością gajowego, że słów dobrać nie mogła.
-Się nie wykręcaj – huknął mocnym, twardym głosem. Lily mimowolne zauważyła, że ma charakterystyczny akcent i zjada końcówki – Już ja słyszałem, żeś narozrabiała. Taki pech, taki pech. Dostać szlaban z Noc Ognisk – mruczał, zamykając za dziewczyną drzwi. Lily odniosła niepokojące wrażenie, że zamknięto jej ostatnią drogę ucieczki. Mimo to uśmiechnęła się. Spojrzała na kępy kiełbas i wędlin wiszących u sufitu, grube koce i futra leżące na gigantycznym łóżku i całe stosy starych Proroków Codziennych ustawionych jako makulatura przy kominku. Swojskość ją po prostu zaatakowała ze wszystkich stron.
Stojąc na środku pomieszczenia naciągnęła mocno rękawy swetra i spojrzała na krzątającego się gajowego.
-Od kogo pan słyszał? – zdziwiła się. Później wyśmiała samą siebie za to pytanie. Przecież to Hogwart. Tutaj nawet ściany same sobie przekazują plotki.
-Trochę od psorów, trochę od Huncwotów. Te Huncwoty! James znowu coś narozrabiał, słyszałem. No! – huknął, stawiając przed nią wiadro w kształcie kubka, lub też kubek wielkości wiadra – Siadaj! Pij, póki ciepłe – zaprosił.
Wspięła się na największe krzesło, jakie do tej pory widziała i przysiadła na jego rogu. Spojrzała niepewnie na gajowego. Ten, jednym duszkiem opróżnił cały kubek.
Czuła się nie na miejscu. Prawdopodobnie była tutaj jedyną rzeczą w miarę normalnych rozmiarów. No, chyba, że spojrzeć na to oczami gajowego. Wtedy była miniaturką wśród przedmiotów normalnej wielkości.
Jak chwyciła kubek i go przechyliła, para buchnęła jej w twarz. Nawet para była tu gigantyczna.
-Jak tam zdrowie, co, Mdlejąca Lily? – zagaił wesoło gajowy.
-Lily – poprawiła z kubkiem w ustach. Herbata opryskała jej twarz. Przetarła ją szybko rękawem.
-Hagrid – przedstawił się Hagrid.
-Dobrze, dziękuje. Mijałam chłopaków jak tu szłam – zagaiła. Ogarnął ją nagły niepokój przed brakiem tematu do rozmowy, wymyśliła więc coś na poczekaniu.
-Zaglądają tu co jakiś czas – powiedział i jak na zawołanie oboje spojrzeli na łóżko. Coś tam zapiszczało, warknęło i nagle łóżko wypluło spod siebie gumową, piszczącą kaczkę do kąpieli. Gumowa zabawka potoczyła się po podłodze, zakręciła się wokół siebie i zatrzymała pod nogami Lily. Dziewczynie nie umknął fakt, że jest dość wymęczona i jakby odgryziona do połowy. Przeniosła wzrok z niej na żyjące własnym życiem łóżko i zamknęła usta.
-E... – powiedziała i umilkła. Upiła kapkę herbaty nie odrywając wzroku od jedno-osobówki na której mogłyby się pomieścić trzy osoby – Twoje łóżko zawsze wypluwa z siebie gumowe kaczki? – zapytała.
Hagrid, który w tym momencie miał znacznie większe oczy niż zwykle i znacznie mocniej zaciśnięte zęby, zerknął na nią kątem oka. Nie wiedziała, czy to tylko jej chora wyobraźnia, czy też naprawdę gajowy był trochę zdenerwowany i zaniepokojony zaistniałą sytuacją. W każdym razie najwyraźniej postanowił odnieść się do tego, jak do zwykłego codziennego zdarzenia.
-Zdarza mu się – odparł i jak gdyby nigdy nic dolał sobie herbaty z bardzo dużego imbryczka i jednym haustem wypił całą zawartość kubka.
-Pewnie jak zje ich za dużo – mruknęła Lily odstawiając kubek na stół wielkości jej łóżka w dormitorium – Mogę z nim pogadać? – zapytała, zeskakując z krzesała.
-Właściwie to chyba nie najlepszy pomysł – wyraził swój niepokój Hagrid. Lily jednak, zupełnie jakby nie słyszała jego słów, już kucała przed łóżkiem i podnosiła grubą narzutę z futer i koców i zaglądała pod łóżko – Cholibka – stwierdził.
Evans tymczasem dziwiła się, jak podłoga pod łóżkiem jest czysta. Nie było na niej ani grama kurzu. Uderzyła się kilka razy w spód łoża, głową zderzyła się z wielkim porcelanowym nocnikiem zanim ręką trafiła na coś miękkiego, puszystego, co miała bardzo dziwne, błyszczące oczy.
-No choć maleńki. Ciocia Lily ci nic nie zrobi – zaszczebiotała przerażająco słodkim głosem do stworzenia – Nie wiedziałam, że masz psa, Hagridzie – dodała nieco głośniej.
Gajowy spojrzał z przestrachem na nogi dziewczyny wystające spod jego łóżka. Wierzgały się na wszystkie strony i latały w tę i z powrotem, gdy ich właścicielka próbowała sięgnąć po coś, po co Hagrid wcale nie chciał, żeby sięgała. Podskoczył więc do nich, jęknął głośno, gdy jedna z nich go uderzyła w nos i szybko ją chwycił i wyciągnął dziewczynę.
-Cześć, mały! – krzyknęła dziewczyna, wisząc do góry nogami trzymana za nogę przed gajowego. Terier zaszczekał głośno i spojrzał na nią nieufnie –Czy ja cię skądś nie znam? – zapytała, patrząc na czerwoną chustkę zawiązaną na szyi psa.
-No to pięknie – powiedział Hagrid, upuszczając Lily na ziemię. Dziewczyna sapnęła ciężko, gdy wylądowała na posadzce. Pies wyrwał jej z dłoni swój ogon, z który go trzymała i wskoczył na kolana Hagrida, który opadł z rezygnacją na krzesło.
-To koniec. Teraz wszystko się wyda – zawodził gajowy, podpierając jedną ręką głowę. Druga opadła mu ciężko na liche ciało psa i pogładziła jego sierść.
-Co się ma wydać? – zapytała Lily, zbierając się z podłogi i otrzepując się z kurzu. Spojrzała na teriera i cofnęła brodę ze zdziwienia. Już wiedziała, czemu pod łóżkiem gajowego było tak czysto. Cały kurz, jaki tam powinien być, przyczepił się do futra psiaka. Gdy Hagrid go poklepywał, unosiła się z niego chmurka kurzu. Terier wyglądał jak miotełka na kurz.
Zamrugała szybko powiekami gdy zauważyła coś jeszcze. Gdy gajowy tak głaskał i bawił się z psem, ten nie machał z radości ogonem, tylko dwoma.
-On ma dwa ogony – stwierdzała więc odkrywczo, tak na wszelki wypadek, jakby gajowy nie zauważył.
-Trzy – poprawił ją Hagrid smutnym głosem – Ale jeden jest krótszy od reszty – wyjaśnił.
-No tak, to wiele zmienia – przyznała Lily, udając, że ta wiadomość ja uspokoiła. Położyła dłoń na karku a drugą podparła się pod bok – E... – wyrwało jej się – Hagridzie, co to jest?
-To jest Błahostka. Jest moim Psidwakiem. A teraz go mi go odbiorą – jęknął żałośnie gajowy, pociągając nosem.
-Dlaczego mieliby ci ją odebrać? – zdziwiła się dziewczyna, kucając przed nim. Podrapała Błahostkę za uchem i pozwoliła, by ta polizała jej rękę.
-Bo się wszystko wydało. Dowiedziałaś się o tym, że Błahostka jest u mnie a jak tylko ci z Ministerstwa się o tym dowiedzą, przyjadą na inspekcje i zobaczą, że ma wszystkie trzy ogony i że nie mam licencji na niego więc mi go odbiorą.
Lily przymknęła jedno oko próbując zrozumieć, o czym Hagrid do niej mówi.
-A ile Psidwaki mają zwykle ogonów? – zaciekawiła się.
-Trzy – odpowiedział szybko Hagrid, jakby to było równie oczywiste, jak coroczne obchodzenie Gwiazdki.
-No to ile według Ministerstwa miałaby mieć?
-Jeden. Psidwakom odcina się ogony gdy są małe, by nie wzbudzić podejrzeń mugoli – wyjaśnił Hagrid, pochlipując.
-Okropne! – wykrzyknęła, ku jego zdziwieniu dziewczyna i porwała Błohostkę na ręce, jakby chciała go ochronić przed całym złem tego świata – Nie możemy na to pozwolić. To okrutne! Jak się Ministerstwo o tym dowiedziało?
Hagrid spuścił smętnie oczy i zapatrzył się w swoje brudne od kurzu ręce.
-Jeszcze nie wie, ale się dowie. Teraz, jak się wszystko wydało, to tylko kwestia czasu – mamrotał smętnie.
Lily zamrugała oczami i próbowała uporządkować sobie w głowie wiadomości, które powoli przemierzały jej neurony. Gdy w końcu do niej dotarł sens tej informacji była tak zdziwiona, jakby ktoś ją kopnął w brzuch a tuż potem uśmiechnął się i powiedział, że ślicznie dziś wygląda.
-Że niby ja? – zapytała bez sensu – Ależ w życiu! Nikomu nic nie powiem, jeśli tylko to pomoże uratować Błahostkę. Obiecuję, że nikomu niczego nie wygadam – obwieściła szybko, unosząc prawą płoń na znak przysięgi.
Gajowy spojrzał na nią cały rozpromieniony, jakby ktoś mu właśnie wręczył gwiazdkę z nieba. Podskoczyła na równe nogi i zaklaskał w dłonie jak małe dziecko.
-Obiecujesz, że nikomu nie powiesz? – upewnił się jeszcze.
-Ależ oczywiście – zaprzysięgła uroczyście, głaszcząc Psidwaka po pyszczku. Spojrzała na gajowego kątem oka i uśmiechnęła się promiennie. Chwyciła Błahostkę jedną ręką a na drugą splunęła i uroczyście wyciągnęła w stronę gajowego – Obiecuję.
Hagrid spojrzał na nią ze zdziwieniem. Przypomniał sobie kilka rozmów, które przeprowadził z Huncwotami na temat tej dziewczyny. Niemal każda kończyła się stwierdzeniem, że ta dziewczyna jest dziwna i zaskakująca, nie do przewidzenia, ale w gruncie rzeczy to równa Gryfonka.
Z uśmiechem zrozumienia splunął na swoją wielką rękę i z przykrym być może dla niektórych pluśnięciem uścisnął wystawioną dłoń młodej Evansówny.
-Nie pozwolę, by ktoś wyrwał jej chociaż jednego włoska – stwierdziła po chwili Lily, wycierając wilgotną rękę niedbale w spodnie.
-Mu – poprawił Hagrid automatycznie.
-Co? – nie zrozumiała dziewczyna.
-Mu. Błahostka to on – wyjaśnił pośpiesznie gajowy Hogwartu.
-O! – wyrwał jej się. Spojrzała na Błahostkę – Nie lepiej by było Błahostek? Skoro to on?
-Nie. Błahostek się źle słyszy – oświadczył Hagrid. Spojrzał na nią z uśmiechem i, jakby się nie mógł już dłużej powstrzymywać, porwał ją w ramiona razem z Błahostką i wyciskał ich mocno.
-Wiedziałem, że z ciebie równa dziewucha, Lily. Huncwoci zawsze mówili, że jesteś w porządku – powiedział, łamiąc jej niechcący wszystkie żebra po kolei.
-Ja też się cieszę – wysapała dziewczyna z uśmiechem.
-No to co? Jeszcze po herbatce i niestety będę musiał lecieć do Hogsmeade. W końcu dzisiaj Noc Ognisk. – oświadczył Hagrid, stawiając ją na ziemi i zabierając się z gotowanie wody na następny kubeczek herbaty – A wiesz, słyszałem, że niektórzy uczniowie wykonali własne kukły Guy’a Fawkes’a.

komentarze [11]

Okazja Jedna Na Milion. || środa, 12 września 2007 22:08:38

Ziewnęła głośno, podciągnęła się na łokciach, oparła głowę o wezgłowie łóżka i, leżąc, założyła nogę na nogę. Popołudnie było normalnie. Dla niej, do obrzydzenia. Ile razy można oglądać to samo? Rozejrzała się po pokoju. Rozglądanie się zawsze jej dobrze wychodziło.
Ann siedziała na podłodze z przedawnionym, nieaktualnym numerem „Czarownicy” i kilkoma starymi „Prorokami” porozrzucanymi po podłodze dookoła siebie. Chwyciła do ręki różdżkę i zaklęciem zaczęła wycinać jakiś obrazek. Przyklejając go do kawałka tektury tworzyła swój całkiem zwyczajny, kolejny ruchomy i migoczący kolaż. Problem z robieniem tego typu dzieł przez czarownice i z magicznych gazet polegało na tym, że postacie uwielbiały z kolażu uciekać.
Ann zabrała się za namawianie jakiejś kobiety do zostania na kolażu.
Mia drapała się po brodzie, próbując chociaż raz wygrać z Naomi w szachy. Nie bardzo wiedząc, co może robić, przesunęła gońca, który chwilę później został zmieciony z szachownicy mieczem króla. Ostatnio stał się on bardzo okrutny, a Bloomy zupełnie nie wiedziała, z czego to wynika.
Lily na swoim łóżku przeglądała jakieś kartki. Ściślej mówiąc, przebiegała po tekstach wzrokiem i rzucała je na bok. Najwyraźniej szukała jakiejś konkretnej. Znowu... Ona wiecznie coś gubiła.
Evans była, według Hilary, wybitnie dziwną osobą.
Mia uwielbiała ploteczki, nowinki. Była typową dziewczyną. Śledziła nowości kosmetyczne, gdy się nudziła malowała paznokcie albo szła porozmawiać z jedną z wielu swoich najlepszych przyjaciółek. Całe szczęście, że nie przeistoczyła się w bezdennie głupią, różową idiotkę. Była po prostu jedną z tych wielu normalnych dziewczyn, która lubiła chłopaków, ale nie wpychała im się na kolana. Nie świeciła błyskotliwością na lekcjach, ale była pracowita. Interesowała się innymi i ich problemami, ale – to Hilary musiała jej oddać i właśnie to ją do niej przyciągnęło – nie była osobą, która rozpowiada zasłyszane plotki. Czasami wydawało się Hilary, że Amelia je kolekcjonuje a później na własną rękę sprawdza. Wszystko zostawiała dla siebie.
Naomi była niezdarna, dlatego nie otaczała się niczym szklanym. Nienajlepiej jej też szło w nauce, ale jej dziecięca naiwność sprawiała, że naukę uważała za mało istotną. Za to uwielbiała wróżbiarstwo. To pasowało do niej i jej prostoduszności. I martwiła się o innych bardziej niż o siebie. Naiwna, prostoduszna Naomi.
Ann była uosobieniem spokoju. Choć, jak się ostatnio okazało, Lily potrafi ją wyprowadzić z równowagi. Jak to wynikało z jej usposobienia, lubiła się uczyć. Siedzenie nad książką wprawiało ją w doskonały nastrój i uspokajało. Przepadała za rzeczami pewnymi i stałymi.
A Lily?
Do Lily już dawno została przyczepiona etykietka grzecznej, pilnej i życzliwej uczennicy. Ale Evansówna konsekwentnie ją darła na strzępy. Nie co dzień... Raczej czekała, aż nauczyciele i lubiący rutynę uczniowie tę etykietkę naprawią. Wtedy wyskakiwała nagle z jakimś wybrykiem. A to ukradkiem lewituje pióro tak, by profesor nie mógł go złapać, a to rzuca się z kimś zaklęciami, a to znowu przynosi szlaban i z jej powodu odejmują im punkty.
Nosiła ciemne spodnie i stonowane sweterki i bluzki. Nie wyróżniałaby się wyglądem gdyby nie ciemno-rude, niemal czerwone włosy i oczy zielone jak letnia trawa. A mimo to nosiła ręce w kieszeniach, nuciła pod nosem. Była pilną uczennicą, która gubiła notatki, życzliwą koleżanką, która umiała odszczekać Blackowi i spokojną dziewczynką, która nie raz wyciągała i celowała w kogoś różdżką.
Może to były tylko jej przewidzenia, ale odkąd poznała Lily w pierwszej klasie, często miała wrażenie, że jest sklejką dwóch zupełnie różnych osobowości. Czasami sobie tłumaczyła, że to pewnie taki jej urok, ale mimo wszystko wrażenie kontrastu i niedopasowania raziły ją. Z czasem się przyzwyczaiła, ale wciąż przyłapywała się na stwierdzeniach, że taka grzeczna i poważna uczennic nie powinna nosić spodni zamiast spódnic, że nie powinna trzymać rąk w kieszeni, mieć bałaganu w swojej części pokoju a już tym bardziej nie móc znaleźć notatek.
Tak zwykle, szybko zignorowała te myśli, by nie poddawać w wątpliwość szczerości Evansówny. Zwróciła oczy gdzie indziej.
Zatrzymała wzrok na wiklinowej klatce stojącej w miejscu niedawno jeszcze obecnego krzesła. Podczas ćwiczeń transmutacji Lily postanowiła zrobić jakiś użytek z tej całkiem bezużytecznej wiedzy i przetransmitowała ukochany wiklinowy fotel w równie wiklinową klatkę. W środku miotała się zawzięcie chodząca puszka z Miodowego Królestwa.
-Kto znowu go wsadził do klatki? – zapytała świata jako takiego, spełzając ze swojego łóżka. Kucnęła obok klatki i przyjrzała się Tinowi. Ten kłapnął na nią wiekiem i odwrócił się do niej tyłem, obrażony na cały świat.
-Ja. Nadgryzał mi kolaż – usprawiedliwiła się szybko Ann. Faktycznie, jej tektura miała odgryziony półokrągły kawałek. Tin miał naprawdę duże usta, czy też – jak to określała Lily – jamę puszkową.
-Trochę się miota – stwierdziła Hilary, gdy okrągła puszka znów przewróciła się na bok i zaczęła się kulać. Uderzyła w ścianki wiklinowej klatki i popychając ją razem ze sobą, powędrowała pod łóżko Lily.
-Możne trzeba z nim wyjść na spacer? – zaproponowała Evans, wyciągając Tina spod swojego materaca. Z chęcią porzuci poszukiwania tej przeklętej kartki. Jak zwykle musiała ją zgubić.
W pokoju zapanował ten specyficzny rodzaj ciszy, gdy wszyscy chcą swoim milczeniem dać do zrozumienia, że to jest naprawdę głupi pomysł. Lily wzruszyła ramionami.
-Ja też bym była zła, gdyby ktoś mnie uwięził w wiklinowej klatce już drugiego dnia mojego życia – stwierdziła.
Powietrze, zdawać by się mogło, opadło na posadzkę. Lily, nie wiedzieć czemu, pomyślała, że to może jednak jest zły pomysł. Ale przecież nie dowie się tego na pewno, jeśli nie spróbuje. Pomijając to, było w niej takie coś, co lubiło wygłupy i aż rwało się do pójścia na spacer z Tinem. Wyciągnęła więc z szuflady swojej szafki nocnej włóczkę wściekle pomarańczowej muliny, którą zwykle używała do wyszywania kwiatków w swoim baldachimie. Pomachała nią do pozostałych i wyszczerzyła zęby.
Ann jęknęła niezrozumiale.
-Wiesz Lily, jak McGonagall ciebie zobaczy z puszką chodzącą na świńskich raciczkach na kawałku muliny, to chyba nie będzie zachwycona.
-Nie mam smyczy – usprawiedliwiła się Evans udając, że nie wie, o co chodzi.
-Wiesz doskonale, o czym mówimy – mruknęła Mia. Każda bezsensowna rozmowa będzie lepsza od patrzenia teraz na szachownice, na której król Naomi wybija w pień jej piony.
-No przecież nie przejdę z Tinem na mulinie przez cały Hogwart. Aż taka głupia nie jestem.
-Cieszę się – westchnęła z wyraźną ulgą Ann.

Naomi, Ann, Hilary i Mia stały w równym szeregu i ze zrezygnowanymi minami patrzyły, jak Lily próbuje wepchnąć szamoczącego się Tina do swojego pomarańczowego plecaka. Ann, stojąc z otwartymi ustami westchnęła ciężko i przykryła sobie oczy dłonią.
-Wcale mnie to nie cieszy – stwierdziła.
-Zostawię mu lufcik – zapewniła Lily – Przecież nie jestem okrutna.
Ta sytuacja wyraźnie ją bawiła. Gdyby nie uszy, uśmiech przepołowiłby jej głowę na pół. Czuła się, jakby coś ciepłego wypełniło ją od środka i wciąż rosło. To uzależniające uczucie pchało ją wciąż do przodu i nie pozwalało się zatrzymać.
-No! – ucieszyła się. Uniosła w ręce swój plecak. Rzucał się tak, jakby w jego środku siedziały dwa walczące ze sobą koty. – To, kto idzie ze mną? – zapytała radośnie.
Momentalnie wszystkie cztery zrobiły krok w tył. Żadna z nich nie chciała uczestniczyć w tej tragedii.

Ze śmiechem wypchnęły Evans z dormitorium. Fakt, że ręce umywały od tej pewnej katastrofy nie znaczył, że nie będzie ona zabawna. Plan był prosty – wyjść kilka minut po Lily. Przecież nikt by sobie nie odpuścił tak banalnie idiotycznego widoku jak Lilyanne Evans spacerującą z chodzącą puszką na mulinie.
Lily tymczasem z niepokojąco pewną siebie miną i krystaliczną dumą zeszła po krętych schodach do Pokoju Wspólnego. Bezbłędnie ignorując szamoczący się plecach przeszła przez salon starannie ignorując natarczywe spojrzenia innych. Reszta Gryfonów tymczasem pokręciła z niedowierzaniem głowami i zajęła się swoimi rzeczami. Ostatnio zaskakujące zachowanie Lily stało się na porządku dziennym.
-Coś ci się rusza – rzucił z uśmiechem Peter, na co Remus zakrztusił się powietrzem. Lupin właśnie został po raz kolejny ograny w karty przez Pettigrawa. Lily zaśmiała się, pokazała mu język i pognała przed siebie. Przeskoczyła przez przejście na korytarz i ostrym ślizgiem zakręciła w stronę schodów.
Szybko przecięła korytarze Hogwartu, które o tej godzinie były stosunkowo wyludnione. Tuż po ostatnich piątkowych zajęciach uczniowie legli w swoich dormitoriach. Lub, jak się okazało, gdy przekroczyła wrota Hogwartu, rozłożyli się na błoniach. Trawnik przy jeziorze był zakryty kocami i szczelnie okrytymi ciałami hogwartczyków. Listopadowy wiatr nikogo nie szczędził. Co chwilę ktoś kapitulował i wracał do zamku.
Skręciła na ścieżkę prowadzącą na stadion. W tej okolicy nikt nie powinien się kręcić.
Nad stadionem śmigały dwa niewyraźne kształty. Latały w kółko, najwyraźniej się ścigając. Jeden co chwile wyprzedzał drugiego.
-Kto pierwszy do Lily! – wrzasnął głośno jakiś głos. Gdzieś wysoko w powietrzu rozległ się dziki wrzask i odgłos, jaki wydawała jej różdżka przy machaniu. Odczuwając nie byle jakie zagrożenia, a zagrożenie przejechania przez miotłę, odwróciła się tyłem do źródła hałasu i ukryła głowę między ramionami. Poczuła, jak całe powietrze wokół niej jest zasysane, jakby zabierane prze coś. Włosy poleciały jej na twarz, gdy czyjaś miotła przeleciała obok niej z dużą prędkością.
-Lily, cześć – odezwał się głos Jamesa. W tej samej chwili z drugiej jej strony wylądowała następna miotła. Odgarnęła włosy z oczu i zobaczyła nabzdyczonego Syriusza.
-Wygrałem – powiadomił odkrywczo Potter, susząc zęby w uśmiechu.
-Tylko dlatego, że ścigaliśmy się, kto pierwszy przy Evans – odparował Syriusz – Cześć, Evans.
-Cześć, Black – odpowiedziała Lily.
-Gdyby to był ktokolwiek inny, byłbym pierwszy – dokończył Syriusz i wzbił się z wyżej na miotle.
-Ale i tak wygrałem – uśmiechnął się James i zwrócił się do Lily – Wreszcie jesteś. Wszyscy czekamy. Gdzie masz miotłę?
-W dormitorium. Na co czekacie? – zdziwiła się. Potter zmarszczył czoło i ściągnął brwi.
-Mamy trening. Zapomniałaś?
Lily mruknęła ze zrozumieniem i uderzyła się dłonią w czoło. Była czwarta. Zupełnie zapomniała o treningu Quidditcha.
-Wyleciała mi z głowy – przyznała, ściągając z ramion plecak. Rzuciła go Jamesowi i pognała ścieżką w stronę boiska – Idę po miotłę. Zaraz przyjdę! – krzyknęła przez ramię.
Potter, wciąż unosząc się nad ziemią na miotle, dźwignął pomarańczowy plecak Lily na wysokość oczu. Torba wierzgała się i rzucała na boki, jakby dziewczyna upchnęła do niej dwa walczące kocury.
-Coś ci się rusza – parsknął śmiechem Łapa. Rogacz wytknął do niego język. Przerzucił go przez ramię i zwrócił miotłę w stronę wejścia na stadion.
-Nie otworzysz go? – zdziwił się Black, podlatując do niego.
-Nie będę jej grzebać w torbie – zawyrokował James poprawiając pacek na ramieniu.
Black uśmiechnął się z politowaniem. Gdy chodziło o tę dziewczynę, jego przyjaciel stawał się zupełnie inną osobą. Przyśpieszył znacznie i przelatując obok niego, wyrwał mu plecak z rąk. Ignorując wrzaski wkurzonego Pottera odleciał od niego na znaczną odległość i zatrzymał się. Otworzył torbę i dostał z czegoś metalowego prosto w nos. Odruchowo próbował odskoczyć do tyłu łapiąc się ręką za znokautowaną cześć twarzy, jednak za nim znajdowała się jedynie przestrzeń prowadząca na ziemię. Spadł z miotły, przy denerwującym akompaniamencie śmiechów Rogacza.
Tymczasem żyjąca własnym życiem puszka z Miodowego Królestwa wyskoczyła na trawnik i pognała przed siebie upojona eliksirem wolności. Gdy James zobaczył, jak Tin zwiewa na swoich miniaturowych raciczkach, opamiętał się i z głośnym „Za nim! Za nią! Za tym!” ruszył za Tinem w pogoń, co było dość nieuczciwe, bo leciał na miotle.
Łapa, zirytowany - no bo jak ma gonić puszkę z cieknącym nosem i obitymi udami? - pozbierał się z trawnika i ociągając się pognał za nadspodziewanie szybko przebierającym nóżkami Tinem.

-Lily wraca! – syknęła Mia, znowu ukrywając się za kolumną. Dała dziewczynom znak, żeby też się zamknęły i ukryły. Wszystkie trzy przyległy do pobliskiej ściany, udając jej część, i obserwowały, jak Lily bez najmniejszego zainteresowania mija je biegiem i wskakuje na odsuwające się już schody.
-Nie miała plecaka – zauważyła ze zgrozą Hilary. Jak na komendę, pognały za dziewczyną. Zniecierpliwione wbiegły na powoli sunące w ich kierunku schody przepychając się między niezadowolonymi uczniami. Zanim jeszcze dotarły do portretu Grubej Damy po korytarzu rozległ się wrzask McGonagall i świat pędzącej miotły. Nawet nie zdążyły usunąć się z drogi, gdy Lily zręcznie je wyminęła.
-Przepraszam, pani profesor! – wrzasnęła dziewczyna lekko odwracając głowę. Wykręciła, cudem nie wlatując w portret przerażonej na śmierć żyrafy w stroju kobiecym i zniknęła między ruchomymi schodami, lecąc na parter.
Dziewczyny, od kilku sekund kucając uchylone, z głowami ukrytymi między rękami, wyjrzały lękliwie. Spojrzały na siebie nawzajem i zerknęły niepewnie na miejsce, skąd ostatnio dochodził głoś Lily.
Mia, wciąż dysząc ciężko z przerażenia a w głowie widząc pędzącą wprost na siebie miotłę, machnęła na wszystko ręką. Dziewczyny ruszyły za nią w stronę dormitorium, lecz po krótkiej wymianie zdań, wróciły się i skierowały na parter.
Pół godziny później wracały tym samym korytarzem. Na stadionie nikogo nie znalazły.

Wszyscy konsekwentnie przemilczeli fakt, że Black musiał sobie wsadzić no nosa kawałek chusteczki, by jako-tako zatamować krwawienie. Nikt też nie wspominał o jego czerwonym, jakby przygryzionym palcu i siniakiem pod okiem Pottera. Wszyscy milczeli zgodnie, tylko Dany się wciąż kręcił i wiercił.
Znowu podkulił nogi pod samą brodę.
-Zabierajcie to szaleństwo stąd! Lily! – krzyczał, na co reszta rechotała głosem ociekającym jadem.
Evans, ściśnięta między Potteram a Tobinem, spojrzała na to szaleństwo, o którym swym cudownym głosikiem wspominał Dany. Tin był wyraźnie niezadowolony z ograniczenia ruchów, jakie mi zafundowano. Lily przywiązała go za mulinę do nogi ławki. Z premedytacją i wrednym uśmieszkiem zignorowała fakt, że noga ta jest tuż przy miejscu, na którym zwykle siada Adler.
-Przecież to tylko puszka z Miodowego Królestwa – zaczęła z uśmiechem – Nic ci nie zrobi. Tin się bardziej boi ciebie, niż ty jego.
Tin na ostatnie słowa kilkakrotnie otworzył i z trzaskiem zamknął wieko, jakby chciał zaszczekać. Z braku czegoś lepszego do roboty zaczął gryźć nogę ławki.
-No dobrze – zaczął niepewnie Jerremy, nerwowo spoglądając na nóżkę. Bądź, co bądź nie była ona pierwszej świeżości i nie wiedział, ile takich ataków przetrzyma. Odchrząknął.
-Mecz z Puchonami nam poszedł świetnie – zaczął, ale przerwały mi oklaski i gwizdy radości. Cierpliwie odczekał, aż ustaną – Ale teraz czeka nas mecz z Krukonami. To nie będzie tak porywająco proste. Krukoni jak zwykle pewnie postawią na świetną taktykę i dopracowane do obrzydzenia formacje. Zwłaszcza te ostatnie będzie trudno złamać. Już w zeszłym roku ledwo można było się dostać do bramek.
-Ale się przedostaliśmy – podchwycił szybko Syriusz.
-Tak. A poza tym, teraz mamy Lilke. Ona się wszędzie wślizgnie – dodał James, przerzucając ramię przez szyję dziewczyny. Lily szybko ją strąciła i spuściła oczy, co nie oznaczało, że wcale nie urosła w oczach z dumy.
-Do tego właśnie chciałem dojść. Słuchajcie – powiedział i opadł na wolne miejsce. Oparł ręce na kolanach i rozejrzał się po drużynie. – W tym roku do Krukonów doszedł tylko jeden nowy zawodnik. Reszta jest pewnie jeszcze lepsza, niż rok temu. Myślę więc, że powinniśmy nieco inaczej poprowadzić trening.
-To znaczy? – zdziwił się Andy.
-Najlepiej będzie, jak będziemy trenować pod kątem zwinności i szybkości. Technikę i kombinacje mamy w miarę dobrze opanowane, więc taka zmiana nie powinna nam zaszkodzić a może całkiem nieźle pomóc. I tutaj leży moje pytanie: zgadzacie się na takie coś? – Spojrzał na pozostałą szóstkę.
Lily nie mogła powiedzieć, że takiego pytania się spodziewała. Zawsze jej się wydawało, że kapitan po prostu narzuca pewne fakty. Z przyjemnością jednak przyjęła wiadomość, że mimo, iż Jerry, jako kapitan, sam obmyślił całą strategię, to miał na tyle honoru by się zapytać, czy reszta na to przystaje.
-Zgadzam się – powiedział po chwili namyślenia James. Uśmiechnął się promiennie, po oczach mu było widać, że pomysł mu się spodobał. Zaraz za nim przytaknęli inni, wraz z Lily. Tin oderwał się od nóżki o kłapnął wieczkiem.
-No to na boisko! – nakazał Jerremy tonem rasowego przywódcy. Reszta poderwała się z miejsc, chwyciła miotły i pognała na murawę, jeszcze w biegu wskakując na miotły.

Rzeczy wymykały jej się z rąk, ale do tego akurat była przyzwyczajona. Coś zgubiła, następna rzecz wycieńczała ją niemożliwie, kolejna dobijała a każdego ranka, po niespokojnej nocy, budziła się z dziurą w pamięci. Wszystko było normalnie.
Gdy się poderwali z ławek i z entuzjazmem wyszli na boisko, nie wiedzieli, co „zmiana sposobu trenowania” ze sobą poniesie. Myśleli, że godzinami będą latać w kółko, próbując wyciągnąć ze zwykłych Zmiataczy prędkości światła. Tymczasem okazało się, że po treningów mieli znacznie więcej siniaków niż zwykle a oczy czerwone od pędu powietrza. Okazało się, że Jerry, mówiąc o ćwiczeniu szybkości i zwinności, miał na myśli wykonywanie morderczych slalomów i uników podczas lotu z największą prędkością, jaką miotła może wyciągnąć. To z kolei oznaczało zderzanie się ze sobą, wpadanie na obręcze i próby przeciśnięcia się przez mur ustawionych w rząd sześciu Gryfonów.
Z tego obrotu sprawy cieszył się tylko Tin. Mógł sobie siedzieć na boisku stadionowym i wiekiem skubać trawę rosnącą dookoła barierki. Już przestawał ignorować fakt, że za każdym razem Lily go do niej przywiązywała.
Z przykrością stwierdziła, że zgubiła kartkę, na którą przepisała znaczenia run. Chociaż to akurat nie było dla niej specjalnym problemem. Zdarzenie w wieży obserwacyjnej stadionu już dawno zaczęła uważać za omamy. Mimo wszystko smutny był jednak fakt, że znowu coś zgubiła.
Jednak prawdziwym jej problemem była McGonagall. Za latanie na miotle po korytarzach szkoły dostała od niej dodatkową godzinę dziennie szlabanu, co oznaczało jeszcze dłuższe lekcje animagii. A ta, zamiast jakoś iść do przodu, cofała się. McGonagall oczekiwała od niej rzeczy niemożliwych, lub – co najmniej – dla niej nieosiągalnych. Przemyślała po raz kolejny tę kwestię i ponownie doszła do wniosku, że nijak człowiek może się w ptaka zamienić. Nie wspominając o feniksach. To jest po prostu niemożliwe genetycznie!
Biorąc jednak pod uwagę, że jej profesorką jest McGonagall, potulnie udawała, że się do animagii przykłada, a w duchu klęła na czym świat stoi.

Nadeszła sobota, piątego listopada.
Dziewczyny od rana szalały w łazience i dormitorium. Między tymi pomieszczeniami śmigały jak błyskawice, to z jakąś najnowszą i najmagiczniejszą odżywką na włosach, to znów z najcudowniejszą maseczką na policzkach.
Dziś wieczorem w Hogsmeade miały zostać zorganizowane obchody Nocy Guy’a Fawkes’a. Po raz pierwszy, odkąd były w Hogwarcie, święto to wypadało w dniu wypadu do wioski. Wszystkie klasy od trzeciej wzwyż nie mogły się doczekać wyjścia. Wszystkie klasy od drugiej w dół zawodziły w poduszki, że też chcą iść.
Godzina wyjścia została przesunięta z przed popołudniowych, na popołudniowe, by uczniowie mogli zostać na palenie ognisk i pokaz fajerwerków.
Okazja jedna na milion.
Przebiegając pomiędzy toaletką, łazienką a łóżkami, dziewczęta ze współczuciem spoglądały na siedzącą jeszcze w piżamie Lily. Jakże one się cieszyły, że nie są na jej miejscu! Być może jedyna taka możliwość w życiu, by spędzić Noc Ognisk wśród samych czarodziei.
Hilary, znajdująca się jak zwykle w jedynej uznawanej przez nią pozycji, czyli leżąc, przyglądała się wysiłkom dziewczyn.
-Na koniec i tak będziecie miały popiół we włosach i całe będziecie umorusane sadzą. Po co się więc tak wysilacie? – mruknęła. Dziewczyny pozostawiły pytanie bez odpowiedzi, z większym jeszcze namaszczeniem nakręcając włosy na wałki.
Do Lily tymczasem docierało, co ją omija. I robiła się coraz bardziej zła.

-To jest wybitnie nie uczciwe – mamrotał pod nosem Syriusz. Spojrzał na Jamesa szukając na jego twarzy chociażby cienia współczucia. Zobaczył tymczasem plecy swojego przyjaciela. James raźnym krokiem był kilka metrów przed nim. Dogonił więc go biegiem. – To niesprawiedliwe. Wygrałeś tylko dlatego, że ścigaliśmy się, kto pierwszy do Rudej – jeżył się dalej Syriusz – Gdyby to był ktokolwiek inny, byłbym pierwszy.
-Ale to była Lily i ja wygrałem, więc robimy mój kawał – uśmiechnął się Rogacz z nieskrywaną satysfakcją.
Sposób Łapy i Rogacza na rozwiązywanie konfliktów był prosty i, jak to często bywa odnośnie tych chłopaków, wybitnie nielogiczny. Jeśli ktoś wygra w wyścigu na miotłach – ma racje. Nawet jeśli jest ona równie bzdurna jak sposób dojścia do porozumienia. Podobnie jest rozwiązywania kwestia, jak zwykle – sporna, czyli czyj kawał ma zostać wykonany.
Black potknął się na stopniu i omal nie spadł z reszty schodów prowadzących do kuchni.
-To jest za proste – pokręcił głową.
-I genialne w swej prostocie – przytaknął James szczerząc zęby – Musisz się, stary, jeszcze wiele nauczyć – powiedział, zarzucając mu rękę na ramiona – Na początek, że najlepsze kawały to te proste.
Przeszli koło wejścia do Pokoju Wspólnego Puchonów i skręcili w stronę kuchni. Stanęli przed obrazem przedstawiającym miskę naprawdę wielkich owoców. Potter połaskotał gruszkę w umownym miejscu i po chwili nacisnął klamkę, która się pod jego palcami pojawiła.

W teorii znanej pod nazwą „szansa jedna na milion” najbardziej zaskakujące jest zawsze to, że owa szansa okazuje się całkiem możliwa i – co więcej! – zwykle kończy się sukcesem. Wynikało to prawdopodobnie z faktu, że skoro wszystkie inne szanse już zawiodły, to ta ostatnia po prostu musi się udać. Inaczej to wszystko nie miałoby sensu. Ostatnia beznadziejna szansa zawsze się sprawdza.
To samo się tyczyło Okazji Jednej Na Milion.

komentarze [8]

Ciemna czerń. || niedziela, 12 sierpnia 2007 13:58:54

Sen znalazł ją szybko. Zmusił, by ułożyła się na swoim łóżku, wśród porozrzucanych książek i nieprzygotowanych podręczników. Otulił ją szeleszczącą kołderką z piasku. Dziadek Sen wie, jak ukołysać. A później odszedł, nie pilnując jej spokoju. Pozwolił, by odpoczynek został zakłócony przez sny ciemne, bezdenne, których się porankiem nie pamięta.

I znów kręciła się, kręciła. Zaciskała mocno oczy, by nie zakręciło jej się w głowie. Gdy obroty zwalniały upadła, jej kolana uderzyły o miękką, sprężystą ciemność. Otworzyła oczy, ale widziała równie dużo, co gdy je miała zamknięte. Bez skutku rozglądała się na boki, ale czy można znaleźć cokolwiek, kiedy się nie wie, czego szukać? Wyjścia? Potwora? Mary?
Nadeszła przywołana niespokojnymi myślami mara. Wyskoczyła z maskującego ją mroku i skakała, skakała dookoła dziewczyny, nie pozwalając się złapać. Była jak promyk światła odbijany przez jakieś lusterko. Biegała po podłodze, uciekała, to znów się przybliżała. A gdy podskakiwała bliżej, ona cofała się lękliwie. Chciała ją złapać, by wszystko dookoła, ciemność, niespokojne myśli, przeczucia, mówiły jej, że to właśnie ma zrobić. Ale bała się migającej, połyskliwej istoty, która bawiła się w kotka i myszkę. I naraz, jak trafiona zaklęciem, zastygła w bezruchu.
Była to runa Tiwaz.


Obudziła się z luką w pamięci. Sen i pamięć o nim ulotniły się wraz z pierwszym uchyleniem powieki. Pozostawiły jednak po sobie smak niepokoju na języku i zdezorientowanie. Był przepastną luką w jej wspomnieniach. I z takimi uczuciami budziła się od trzech dni.
Odsunęła szybko zasłony, nie chcąc być sama. Szybko zeskoczyła z łóżka ruszając do łazienki. Liczyła na krople wody i ich niesamowitą moc usuwania resztek snu.
Gdy wróciła, zmęczona po całej nocy niespokojnego snu, zabrała się za sprawy, które z taką namiętnością odwlekała w czasie. Otworzyła album profesor McGonagall i przekartkowała go, szukając zdjęć feniksów.
Pierwszy był... no cóż, dla nie był zupełnie identyczny jak ptak dyrektora. Jednak najwyraźniej musiał się czymś różnić od innych.
Miał długi, zakrzywiony przy końcu dziób. Oczy duże a na nie opadały, niczym ogniste rzęsy, jego płomienne pióra. Barwy soczyście czerwonej z dojrzałą pomarańczą prześwitującą między płonącymi piórkami.
Następny bym śmiesznie mały, dziwnie krępej budowy ciała, jakby ktoś go ścisnął w pionie. Oczy gigantyczne, połyskujące, dziób maleńki, z ledwo widocznym zaokrągleniem. Zdawać by się mogło, że tak jak ciało, tak i barwa jego upierzenia zostały ściśnięte. Pióra niemal burgundowie, rozchodziły się na boki przybierając barwę tłumionej czerwieni.
Trzeci długi, czy też wysoki, dumny, jakby był pawiem a nie feniksem. Koloru identycznego, jak kolor feniksa Fawkesa. Oczy, zdawałoby się, wzniesione dumie ku niebu, tak samo jak średniej wielkości dziób.
A ona?
Zamknęła oczy, starając się pomieszać wszystko, co zobaczyła i ułożyć to w całość. Dodając to dziób jednego, to postawę drugiego starała się uzyskać obraz feniksa, w którego mogłaby się przemienić.
I wtedy stanął jej przed oczyma obraz zupełnie innego ptaka. Upierzenia tak jasnego, że początki piór zdawały się być śnieżnie białe a końcówki żółte, jak słońce o wschodzie. I ciągnęły się, ciągnęły, jakby nie miały końca. Jakby były rozmazane w jedną całość, jaby były długim trenem. Dzióbek maleńki, szczuplutki ze zgrabnym zaokrągleniem na końcu. I oczy przykryte do połowy płomiennymi rzęsami. Jaśniał. Lśnił swą jasną barwą tak mocno, że zdawało się, że to on sprowadza na nieboskłon słońce. Ba! Że to on, nie kto innych, słońcem jest.
I był tak dostojny, jakby uśmiechnięty, ciepły i czuły.
A ona zasnęła, wpatrując się w feniksa, którym się miała stać.

Naomi siedziała na swoim łóżku z podkulonymi nogami i ze znużeniem oglądała wyczyny Lily w dziedzinie transmutacji. Dziewczyna właśnie dopracowywała jakieś zaklęcie, zmieniając puste opakowanie po kremie do twarzy w perfum. Jak zarządzała Ann, miał być pełny i mieć kwiatowy zapach.
Miały mało czasu a sporo do przerobienia i każdy to odczuwał. Zaraz po wejściu do dormitorium udzielała się atmosfera nerwowych przygotowań i zdesperowanego oczekiwania na wybicie godziny Zero.
A Lily? Lily najwyraźniej należała do osób, które w miarę przybliżania się śmiertelnego niebezpieczeństwa, tym była spokojniejsza, wręcz rozluźniona. Ann z zaskoczeniem także zauważyła, że zachowanie zimnej krwi wpływa na umiejętności koncentracji dziewczyny.
Oto zwykle roztrzepana i zajęta wszystkim tylko nie transmutacją Lily poprawnie wykonywała czary i z zadziwiającą precyzją rzucała zaklęcia.
Sama zainteresowana natomiast zmarszczyła nos i uśmiechnęła się, krytycznie oglądając pełny pachnącego płynu produkt swojego czaru.
Sama była zaskoczona, jak jest spokojna. Miała w sobie tą dziwną pewność, być może wynikającą z jej podejścia. Otóż ona uważała, że co ma być, to będzie. Owszem, może popracować nad zaklęciami, ale jak nie zdąży to cóż, zdarza się. Przeżyje. Symboliczne podejście do tego typu spraw było jej największą bronią, bo pozwalało utrzymać nerwy na wodzy, a w ich miejsce wstawić radosną determinację.
-W pół do szóstej – zauważyła, po rzuceniu następnego czaru. Uśmiechnęła się uspokajająco do dziewczyn i zajrzała, jakie zaklęcie na liście jest następne.

Zaskoczona McGonagall obserwowała, jak Lily powoli, acz skutecznie zdaje jej test na poprawność transmutowania. Fakt faktem, czasami się zacinała i często się musiała namyśleć przed rzuceniem następnego czaru, ale koniec końcem zaklęcia wychodziły poprawnie.
Odzyskując swój legendarny już animusz odchrząknęła i nakazała rozpocząć ćwiczenia animagii. Bez większego zdziwienia obydwie stwierdziły, że wyglądają one tak, jak wszystkie poprzednie – są bezowocne i mało efektywne, a Lily stoi na najniższym szczeblu hierarchii animagów.

We wtorek, następnego dnia z nieskrywanym uśmiechem na twarzy, Lily zasiadła przy starym, rzeźbionym stoliku na samym końcu biblioteki. Ukryty między dawno zapomnianymi regałami, niedostępny dla wścibskich spojrzeń bibliotekarki i innych uczniów mebel był idealnym miejscem, by w spokoju napisać list. A nawet dwa.
Ułożyła przed sobą dwa kawałki pergaminu i kałamarz a pióro zaczęła oskubywać z resztek pierza. Przeleciała wzrokiem po liście od bliźniaków i zabrała się za odpowiedz dla nich.

Cześć Max! Część Mike!
Wiecie jak jest, Zozi wiecznie koczuje u rodziców, więc nijak mogę wysyłać listy tym bardziej, że ona mnie nie lubi. Sami widzieliście w wakacje. Szkolne sowy też jedyne, co we mnie lubią to, to, że można mnie podziobać. Za brak wieści więc przepraszam, ale jest jak jest.
Nic mi nie wspominajcie o nauczycielach. Moi wystarczająco na mnie wsiedli. W ciągu dwóch dni dostałam dwa szlabany i zakaz uczestniczenia w najbliższym wyjściu do Hogsmeade. Wiec, daruj Mike, ale możliwe ze nie znajdę dla was w najbliższym czasie żadnych genialnych piór. Chyba, że wynajdę sposób na przemknięcie się poza teren szkoły, ale na to mam jeszcze kilka dni.
Chciałabym zobaczyć wasze najnowsze mundurki. Musi to być szalony widok. Ale zieleń taka limonkowa, czy bardziej w odcieniu takiej starej trawy? Jak na moje, limonkowa byłaby efektywniejsza.
Ja sama też się mam czym pochwalić, nie myślcie, ze się tu obijam. Też przefarbowałam mundurki szkolne, ale nieco innym sposobem, niż wy. Efekt jednak identyczny, chociaż mi nikt nie mówił, ze stanowię zagrożenie dla szkoły. Raczej wywołałam szok wśród profesorów i zasiałam ziarenko grozy i niepewności.
Ze smutnym uśmiechem stwierdzam, że wolałabym klasówkę z chemii, niż to, co mi moja opiekunka domu zaserwowała. Otóż jest mniej więcej tak: doskonale wiecie, że z przemian cząsteczkowych leżę i kwiczę. Więc dokładnie tak samo jest z przemianą w transmutacji. A że jakimś cudem siedzę cały czas na tych lekcjach, to McGonagall postanowiła zafundować mi lekcje dodatkowe. Tyle, że wyglądają one nieco inaczej, niż myślą ludzie z mojego roku. Tak się jednak składa, że to, co przerabiamy musi zostać ścisłą tajemnicą. Pisze wam to, żebyście wiedzieli, że jest coś, czego wiedzieć nie możecie nawet, jeśli chciałabym, żebyście to wiedzieli. Ale spokojnie, to ma związek z transmutację, co jest szczególnie bolesne dla mnie.
Jeśli chodzi o farbowanie włosów, to nie róbcie tego. Kojarzycie Naomi z mojego roku? Rzuciła sobie niebieską farbę z jakiegoś stragany i teraz rozpacza, bo strasznie jej to włosy zniszczyło. Poza tym, teraz wygląda jak przez okno.
Mam nadzieję, że na pozdrowienia zasłużyłam. Ja osobiście wam oby przybijam piątkę.

Lila.


Zgięła pergamin w kostkę i władowała go do przemyconej z domu koperty. Napisała na niej adres szkoły bliźniaków w Newtown. Zakleiła kopertę i przyciągnęła do siebie drugi skrawek pergaminu przeznaczony na list do rodziców.

Kochani rodzice,
Przepraszam, że zemdlałam. Następnym razem, gdy będę chciała zemdleć, to najpierw pomyśle o konsekwencjach. Tak samo będę postępować, gdy ktoś będzie obrażał mojego przyjaciela.
Całuję,

Lila.


Długo myślała nad treścią tego listu. Wiedziała, że gęste tłumaczenia nic nie dadzą, więc sobie odpuściła. Nie miała jednak najmniejszego zamiaru przemilczeć tego, że nazwali ją megalomanką i nieodpowiedzialną pannicą. Co to, to nie!
Denerwowało ją takie coś.
Nie wiedzieli, co się wydarzyło na stadionie. Nie byli przy tym, jak jakaś banda nadętych Ślizgonów obrażała Remusa. Nie widzieli tego, więc czemu się wypowiadają? Przecież ojciec, jako prawnik powinien wiedzieć, albo chociaż przeczuwać, że skoro się nie zna wszystkich faktów, to należy się zamknąć i siedzieć cicho. Ale, oczywiście, oni musieli się oprzeć tylko i wyłącznie na subiektywnej ocenie McGonagall.
Przez takie sytuacje z jej rodzicami szlag ją trafiał już niejednokrotnie.
Zamaszystymi ruchami, charakterystycznymi dla niej, gdy była zdenerwowana, wypisała na kopercie adres rodziców. Zakorkowała kałamarz i wrzuciła go wraz z piórem do swojego pomarańczowego plecaka. Wstała od stolika i lawirując między zakurzonymi, pachnącymi starością regałami ruszyła do drzwi.
Przemknęła się, udając niezauważoną, koło biurka bibliotekarki, zahaczyła łokciem o stos poukładanych równo książek leżących na blacie, a gdy tylko usłyszała histeryczny wrzask kobiety, wyskoczyła z pomieszczenia jak oparzona.
Ignorując zagłuszone przez drzwi piski kobiety, wsadziła koperty do plecaka a dłoń do kieszeni spodni. Nucąc sobie pod nosem skoczną melodię, sprężystym krokiem ruszyła w stronę sowiarnii. Po drodze postanowiła jeszcze zahaczyć o Pokój Wspólny Krukonów.
Miała plan. Trochę tandetny, ale to zawsze jakiś plan.
Musiała oddać czarnowłosej Ibe Bowie jej własność w postaci książki o symbolice. Wykreowała więc sobie między zwojami mózgowymi plan napadnięcie na jakiegoś biednego Krukona wchodzącego lub wychodzącego w ich wierzy z zamiarem zatrudnienia go jako doręczyciela. Genialna strategia.
Usiadła na poręczy schodów i zjechała na niej w dół w stronę zachodniej części zamku.

Podskoczyła gwałtownie do pierwszej osoby, jaka miała zamiar wejść do Pokoju Wspólnego Krukonów i wyciągnęła przed siebie otwartą dłoń, zatrzymując ją w ten sposób.
-Cześć. Mogę ci zająć chwilę?
Nie patrząc nawet na swojego najnowszego rozmówcę ściągnęła z pleców plecak i zaczęła w nim grzebać, nerwowo przewracając jego zawartość.
-Znasz może Ibe Bowie? – zapytała, wyciągając z torby podręcznik.
-No, raczej – mruknął z wyraźnym rozbawieniem chłopak, przyglądając się Gryfonce.
-Cudownie – skwitowała Lily i wyciągnęła w jego stronę książkę. – Mógłbyś jej to przekazać? I podziękować. - Cofnęła się o krok i podparła się jedną ręką pod bok, drugą położyła na karku. – Przekazałabym jej ją sama, ale, rozumiesz, raczej nie mogę tam wejść. A poza tym śpieszę się, więc byłabym wdzięczną.
-W porządku – stwierdził cicho chłopak, uśmiechając się pod nosem. Przyjrzał się podręcznikowi, który nieznajoma rudowłosa wcisnęła mu w ręce i uniósł ironicznie brwi.
-Świetnie. To na razie – powiedziała Lily i odwróciła się na pięcie.
-Te listy też jej oddać? – zapytał szybko chłopak, przekręcając książkę tak, by widzieć adresy wypisane na kopertach. Z pośpiechu Evans wręczyła mu książkę wraz z listami.
-Co? – zdziwiła się i odwróciła głowę. – Nie! – wykrzyknęła natychmiast, widząc swoje listy do rodziców i bliźniaków w rękach całkiem obcego chłopaka. Podskoczyła do swojego jednorazowego doręczyciela i wyszarpnęła mu listy z ręki. – To moje – oświadczyła, sprawdzając, czy są wszystkie.
Krukon wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
-W porządku. – odsunął się od zaaferowanej Gryfonki – Przekażę więc Ibe tylko to. – powiedział i pomachał książką. Skinął głową nie spuszczając nieznajomej rudowłosej z oczu – Do zobaczenia.
-Na razie – pożegnała się Lily i ruszyła, nie zaszczycając Krukona ani jednym spojrzeniem. Wcisnęła listy do plecaka i pognała biegiem w stronę schodów do sowiarnii.
-Fajny kapelusz! – rzuciła przez ramię, a po chwili zniknęła na schodach.
Krukon odprowadził ją wzrokiem, odwrócił się i wymamrotał hasło otwierające wejście do Domu. Wchodząc przez przejście z uśmiechem przesunął palcem po rondzie swojego męskiego, czarnego kapelusza.
Przesunął wzrokiem do salonie, wyszukując Ibe. Siedziała na fotelach z pozostałymi dziewczynami z rocznika i śmiała się z czegoś zawzięcie. Podszedł do niej wolnym krokiem z książką wciśniętą pod pachę i ręką wsadzoną zawadiacko w kieszeń spodni od mundurka.
-Proszono mnie, żebym to tobie przekazał. To była chyba Lily z Gryffindoru, o ile dobrze kojarzę – powiedział, podając dziewczynie książką.
-Dzięki – mruknęła Bowie, rzucając podręcznikiem na najbliższy stolik. Krukon uśmiechnął się i ruszył do swojego dormitorium.
-Jak to się stało, że twój brat jeszcze nie ma dziewczyny? – zapytała jakaś blondynka, spoglądając pytająco na Ibe Bowie.
-Jude? Nigdy się nie zastanawiałam, dlaczego – przyznała się Ibe w zamyśleniu spoglądając w sufit. Faktycznie, nigdy nawet tego nie zauważyła.
-Wszystkie dziewczyny i tak wzdychają do Blacka – stwierdziła inna dziewczyna, przywdziewając maślane oczka na myśl o bajecznie przystojnym Gryfonie.

Usiadła po turecku na materacu swojego łóżka i ignorując niezrozumiałe dla niej zamieszanie w dormitorium, zaczęła przeglądać nową listę zaklęć, które miała opanować. Najwyraźniej McGonagall wyznawała starą jak zawód nauczycieli zasadę, że gdy ucznia przydusić, to on polubi transmutację. Fakt, że ten sposób nie miał żadnego zastosowania z praktyce od wieków był skrzętnie ignorowany.
Lily przejrzała pobieżnie czterdzieści trzy pozycje, na których opanowanie miała trzy dni. W piątek miała pokazać, co umie. Nawet nie poświęcała więcej czasu nie ich przeczytanie. Słowa, które na liście widniały były dla niej całkowicie niezrozumiałe. W dodatku wicedyrektorka bezczelnie nie napisała, jakie to zaklęcia. Wymieniła jedynie ich formułki, które dla Lily znaczyły równie wiele, co budowa średniowiecznego drakkara*.
Evans odrzuciła więc rolkę pergaminu na parapet koło swojego łóżka, który ostatnio zaczął jej służyć za dodatkową półkę, i spojrzała na dziewczyny. Mia i Ann wspólnie kompletowany strój. Kryzys między nimi został zażegnany, głównie dzięki bezkonfliktowemu usposobieniu Amelii. Tak więc teraz dziewczyny dyskutowały na temat możliwych zmian pogodowych pojawiających się w najbliższą sobotę i o tym, co warto na siebie założyć. Naomi natomiast rozbiła spis rzeczy do kupienia. Hilary, podobnie jak zwykle, obwieściła, że ona to wszystko ma w nosie i jak już pocznie jakieś przygotowania, to pół godziny przed wyjściem.
-O czym wy właściwie mówicie? – wtrąciła się Lily, zupełnie nie rozumiejąc, co, z czym jeść.
Ann spojrzała na nią zaskoczona i wykorzystując zapasy swojej anielskiej cierpliwości odpowiedziała, jakby to było oczywiste:
-Dziś jest wtorek.
-I...? – wierciła wciąż Lily.
-Pierwszy listopada... – próbowała nadal Ann, ponownie przywołując swój specjalny głos używany przy odpowiedziach typotych i oczywistych, jakby wszystko wyjaśniających.
-Jak co roku – wzruszyła ramionami Lily – Zwykle po 30 października jest 1 listopada.
-Wczoraj był trzydziesty pierwszy – wtrąciła niepewnie Mia.
-Naprawdę? – zdziwiła się szczerze Evans.
Hilary zasłoniła dłonią oczy, jakby nie mogła znieść tej rozmowy. Lily tym czasem zaczęła się denerwować. Nienawidziła sytuacji, kiedy wszyscy wiedzieli i zachowywali się jakby ta wiedza była oczywista, wręcz wrodzona. Tak się składało, że zwykle tylko ona tej wiedzy wówczas nie posiadała.
-W sobotę jest 5. Rozumiesz, Noc Guya Fawkesa** i takie tam – mruknęła zniecierpliwiona i wyraźnie znużona Hilary.
-O! – wyrwało się Lily – O...
-No właśnie. Nie czytałaś ogłoszenia o wyjściu do Hogsmeade? – zdziwiła się Naomi.
-No nie. O wyjściu dowiedziałam się od McGonagall. Zaraz po tym jak obwieściła, że w ramach szlabanu nie mogę z nim uczestniczyć – dodała po chwili i, swoim zwyczajem, zmarszczyła nos.
-Ojej – mruknęła Naomi, doświadczając nagłego ataku empatii.
-No, ojej – zgodziła się Mia.
-Przeżyjesz – zapewniła Ann, uśmiechając się pocieszająco.
-To wiem – opowiedziała, wzruszając ramionami, jakby to było oczywiste. – Poza tym, jeśli McGonagall pójdzie na palenie ognisk, to ominie mnie szlaban – dodała, wyraźnie zadowolona z siebie i reszty świata.
Gdy reszta dziewcząt parskała śmiechem, Hilary uśmiechnęła się i spojrzała na profil Lily. Jej wrodzony optymizm był jedną z tych rzeczy, która nie pasowała do reszty postaci, jej czarnych spodni i ciemnych swetrów.

Świat kręcił się wokół niej, lub to ona kręciła się wokół reszty świata. Trudno było wyczuć, gdy dookoła otaczał ją mrok ciemniejszy od najgłębszej ziemskiej czerni. Czuła jedynie pęt powietrza. Wirował on wokół niej, lub to ona wirowała z nim. Tego nie wiedziała. Jedyne, czego była pewna, to tego, że nagle całe powietrze buchnęła od spodu, jakby z ziemi, której nie widziała pod stopami a jednak ją czuła. W wyniku tego jej włosy uniosły się w górę, do złudzenia przypominając języki płomieni, które nagle wybuchły na jej głowie. Wszystko ustało i zapanowała cisza tak milcząca, że można by w niej usłyszeć dźwięk opadającego kurzu, gdyby tylko taki tu był.
Przed nią wyskoczyła runa algiz. I wirowała, wirowała.
A może to Lily kręciła się wokół niej.
________________________________________

*Drakkar - wiosłowo-żaglowy okręt Wikingów używany do wypraw zbójeckich.
źródło: wikipedia.pl

**Wieczorem 5 listopada wielkimi pokazami fajerwerków i paleniem ognisk Brytyjczycy świętują Guy Fawkes Night, zwaną także Bonfire Night, upamiętniającą spisek prochowy - nieudaną próbę wysadzenia w powietrze angielskiego parlamentu, którą w 1605r. podjął opozycjonista Guy Fawkes.


komentarze [10]

Puszka gum rozpuszczalnych || wtorek, 10 lipica 2007 00:27:01

Dzień jak co dzień. Zaczynał się od wschodu słońca ukrytego za kłębami chmur. Złota kula wędrowała wyżej i wyżej, aż w końcu udawało jej się przebić przez drobną szczelinę między szarymi kłębami pary. Wykorzystując maksymalnie swoje pięć minut budziła Syriusza ostrymi, niepowstrzymanymi promieniami.
Gdzieś z odległości metra lub dwóch dobiegły do niego ciche, melodyjne dźwięki. Dobudziły go swoim przerywanym, zmiennym rytmem. Gdy w końcu zmusiły go do otworzenia oczu, przemieniły się w znaną mu melodię jednego z brytyjskich zespołów. Uniósł głowę nad poduszkę i spojrzał zamglonymi oczami na Rogacza.
-Znalazłeś ją jednak? – zapytał, widząc srebrną harmonijkę przesuwającą się wzdłuż ust przyjaciela. James pokręcił przecząco głową, dmuchając w instrument.
-Matka mi przysłała – powiedział i szybko wrócił do swojego zajęcia, by nie zgubić rytmu.
-W nagrodę za szlaban? – dopytywał się, podpierając głowę na ugiętej ręce. Przetarł zaspane oczy. W odpowiedzi Potter wzruszył ramionami. Po pokoju rozniosła się samotna melodia piosenki „Wish you were here”.
-Jak nie chcesz o tym gadać, to mi powiedz. Nie chce się produkować na darmo – poprosił Black, kładąc głowę na skrzyżowanych ramionach. Zapatrzył się w baldachim, oczekując odpowiedzi. Kilka taktów zawibrowało w powietrzu. W końcu James oderwał usta od harmonijki. Stukając nią o dłoń spojrzał na leżący na szafce nocnej list od rodziców. Obok niego leżała nie wysłana jeszcze odpowiedź.
-Wiesz, jak to jest, stracić zaufanie rodziców i zawieźć ich nadzieje, gdy się chce je naprawdę utrzymać? – zapytał się świata jako takiego, nie kierując słów do nikogo konkretnego.
Syriusz wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je ustami. Szukał w pamięci momentu, który mógłby odpowiadać podanemu opisowi. Wbrew pozorom jego pamięć o rodzinie, jej zwyczajach i okrutnych poglądach była dla niego całkiem świeża, wręcz gorąca. Wracały niemal każdej nocy, jak bumerang, którego chcesz się pozbyć.
Nie pamiętał. Owszem, na pewno wiele razy zawiódł oczekiwania swojej rodziny, jednak nie było mu z tego powodu żal. Wręcz przeciwnie – nie raz dążył do tego. Chciał wszystkim Blackom pokazać, że ma ich gdzieś, że łączy go z nimi tylko nazwisko, nic więcej. Wiele razy próbował robić im na złość. Ostatnim razem uciekając od nich.
-Nie – odpowiedział.
-Ciesz się – poradził Potter – Nic nie straciłeś.
-Napisali ci, że ich zawiodłeś? – zdziwił się Syriusz.
-Ojciec napisał. – Syriusz syknął, jakby go coś zabolało. – Powiedział, że nie można na mnie polegać. Takie tam ojcowskie głupoty – dodał, uśmiechając się gorzko. Wrócił do swojej harmonijki.
-Co cię tak nagle wzięło na Pink Floydów? – zdziwił się Syriusz, zmieniając tor rozmowy na bardziej pewny.
-Lily to wczoraj grała – odpowiedział Rogacz, znów uśmiechając się smutno, nieswojo.

Mając to w genach po ojcu, Lily obudziła się wcześnie rano. Z godnie ze zwyczajem odziedziczonym po matce, snuła się w piżamie. Mimo, że zwykle właśnie o takiej porze wstawała, to czuła się wyjątkowo zmęczona. Wczoraj długo nie mogła zasnąć, chociaż była zmęczona po całym dniu milczenia i lekcji u McGonagall. Ponadto czuła, że gdy już zasnęła śniło jej się coś, czego nie zapamiętała, ale gdyby jej się udało, wiedziała, że by się tym zaniepokoiła.
Bawiąc się rogiem poszewki czuła coś dziwnego, co ją dodatkowo zdezorientowało. Miała przeczucie, że traci coś, czego nie będzie można zastąpić niczym innym. Miała zrażenie powstającej luki, ciemnej i przepastnej jak sen, którego się nie pamięta. Było to tym dziwniejsze, że przecież dostała to, czego chciała. Miała spokój, nikt nie chciał od niej niczego, nie zarzucał jakichś bezsensownym bzdur. Miała to czego chciała, ale nie to czego potrzebowała. Pytanie jednak brzmiało, czego potrzebowała?
Odsunęła kotary łóżka i wciągnęła puchate, zielone papcie na nogi. Założyła byle jaki, luźny sweter i po cichu zeszła do Pokoju Wspólnego łudząc się, że niepokojące uczucia zostaną w dormitorium. Ciągnęły się jednak za nią jak guma do żucia przez spiralne schody a później między fotelami w salonie.
Zatrzymała się w pół kroku, przestraszona, gdy na jednej z mijanych sof spostrzegła Ann. Blondynka odrzuciła na bok swoje skołtunione po niespokojnym śnie włosy i zerknęła przelotnie na Evans. Spojrzała ze smutkiem i rozczarowaniem na instrument trzymany na kolanach.
-Jest rozstrojona – stwierdziła, załamując się nad nie strojącymi strunami, lub nad światem jako takim. Ukryła twarz w zgięciu ręki opartej na pudle rezonansowym. Lily przysiadła niepewnie na miejscu obok niej. Niezgrabnie położyła jej dłoń na ramieniu. Założyła włosy za ucho i przysunęła się bliżej do dziewczyny.
Coś powoli pękało. Jak uśpiony wulkan, który zachwycał wszystkich swoim ogromem i przez drobne drgania skorupy ziemskiej nagle się wzbudził. Tyle, że to działało w odwrotną stronę. Jakby śmiercionośna lawa sączące się nieprzerwanie od wielu lat, nagle zastygła a sam wulkan przycichł i spokorniał.
-Nastroimy ją. Nauczę cię – zapewniła Lily niezgrabnie i pokracznie przytulając zesztywniałą Ann. Dziewczyna uniosła zaspane oczy i uśmiechnęła się niepewnie.
-Dzięki – powiedziała, pozwalając Evans wziąć od siebie instrument.
-Ja wolę stroić na pustych strunach. Zaczyna się zawsze od tej najcieńszej. Nazywa się ją struną „e” – zaczęła tłumaczyć Lily, znów zaczesując włosy za ucho.
Uczucia, które się za nią ciągnęły od dormitorium jak miętowa guma do żucia nagle stały się gumą rozpuszczalną dla dzieci. Z każdym słowem rozpuszczały się, malały, aż zniknęły pozostawiając na języku ledwie wyczuwalną nutkę smakową, która i tak niedługo miała również zniknąć. Przepastna czeluść nie zapamiętanego snu także odeszła w zapomnienie.

Kiedy Naomi w końcu wykluła się z łóżka i poduszkę znalazła pod swoimi stopami, wskazówki zegara wskazywały leniwą i zaspaną godzinę jedenastą. Ziewnęła głośno i długo, po czym z sobie tylko właściwą elegancją podrapała się po udzie. Wychyliła głowę przez kotarę łóżka, słysząc odgłosy jakiejś przepychanki.
Ann i Hilary starały się cicho podglądać kogoś przez wąską szparę między uchylonymi drzwiami a futryną. Obydwie już ubrane i uczesane spojrzały na siebie z wyszczerzonymi zębami i przybiły sobie piątkę.
-Co jest? – zapytała Naomi, wytaczając się spod pierzyny. Wylądowała na podłodze przez nogę zaplataną w prześcieradło.
Ann spojrzała na nią ze zdziwieniem, a jak doszło do niej, że Bloomy już nie śpi, chwyciła ją za rękę i pociągnęła do drzwi.
-Musisz to zobaczyć – stwierdziła. Hilary zrobiła jej miejsce, by mogła zauważyć coś, czym dziewczyny najwyraźniej były zachwycone.
Przeniosła wzrok z przeciwległej ściany i wyzezowała, by sprawdzić co się dzieje na dole schodów. Dochodziły stamtąd stłumione dźwięki gitary i znajome śmiechy.
Naomi odskoczyła od drzwi jak opatrzona. Tupając nogami w miejscu wciągnęła powietrze tak mocno, że niemal się nim zakrztusiła. Klasnęła w ręce jak rozradowana pięciolatka i wyskoczyła przez drzwi na schody. Zbiegła nimi na boso i rzuciła się na szyje Lily i Ann.
-Nareszcie – stwierdziła, odsuwając się od nich – Już nie szło z wami wytrzymać!

James siedział – swoim zwyczajem – bezczynnie w Pokoju Wspólnym i obserwował wszystko dookoła. Kołysał się na krześle z nogami ułożonymi na stole, tuż obok niedokończonego wypracowania na transmutacje. Miał to wszystko w małym paluszku. Ale zwyczajnie mu się nie chciało tego przelewać na papier.
Zamiast tego rozglądał się z uwagą dookoła, nie szukając niczego konkretnego.
Nudził się, bo jego stan ducha na nic innego nie pozwalał. Miał w tym momencie tak niedbały stosunek do całego świata, że cieszył się, że ojciec go nie widzi. By dostał jeszcze większą burę, niż ma zaplanowaną na czerwiec.
Post skriptum go rozwaliło w pył. Reszta była małym piwem kremowym w porównaniu do tego dopisku. Ojciec wiedział, gdzie uderzyć. Pamiętał pewnie, jak James mu mówił, że nie chce zawieść matki. Wiedział, gdzie walnąć i dokładnie tam wymierzył.
A najgorsza była paczka od matki. Korzystając z okazji, podesłała mu harmonijkę. Prosił ją w poprzednim liście, by jej poszukała, bo zapomniał. Znalazła ją i wysłała mu, a on w zamian za to narobił jej wstydu i ja zawiódł. Czuł się jak syn marnotrawny – najgorszy i niewdzięczny a do tego bezużyteczny. Tylko pałętał się pod nogami.
Czuł się jak w rozsypce, dlatego tego dnia postanowił żyć życiem innych. Jego własne chwilowo go dobijało.
Pod schodami do dormitorium stał Syriusz, a przed nim dziewczyna z piątego roku w nadziei zaciskająca dłonie. Remus właśnie próbował pokonać niezwyciężoną Naomi w szachach, drapał się przy tym z zakłopotaniem po karku. Potter znał ten gest. Lupin nie wiedział jak się zachować. Czy dać dziewczynie wygrać – niech ma radoche, czy próbować ją pokonać. Peter leżał na tapczanie i wrzucając sobie co jakiś czas do ust smakołyk, zaczytywał się w aktualnej gazecie. Na ostatnim stopniu schodów do dormitorium dziewcząt przysiadły Lily i Ann, Moon z gitarą na kolanie wyciskała z siebie siódme poty, by przycisnąć jednym palcem wszystkie struny.
Nigdy za specjalnie nie rozumiał dziewczyn. Były zbyt zmienne, by umiał za nimi nadążyć. Humory zmieniały równie szybko, jak eliksiry Slughorna kolor i zapach. Raz były śmiertelnie pokłócone i rzucały w siebie zaklęciami, na następny dzień widzi je wspólnie rozpracowujące chwyty gitarowe. Były nieprzewidywalne jak tornado i, zdenerwowane, równie niszczycielskie. I tak samo jak trąba powietrzna i eliksiry Slughorna, stanowiły dla Jamesa wielką zagadnę.
Podszedł do niego Syriusz, drapiąc się po głowie odprowadzał wzrokiem dziewczynę z piątego roku z którą rozmawiał.
-Nie rozumiem dziewczyn – stwierdził.
-Ja też nie – przytaknął James.
-Zupełnie nie wiem, co one widzą w tej całej kawiarence Madam Puddifood.
-Ja też nie.
I bez względu na to, czy jego odpowiedz dotyczyła dziewczyn i uch upodobań, czy jego rodziców i sytuacji z nimi, to i tak nie wiedział.

-Spora ta lista – stwierdziła Ann opadając na wiklinowy fotel stojący w rogu.
-Rozwiń ją do końca – poradziła Lily. Ann spojrzała na nią ze zdziwienia i dopiero po chwili zauważyła, że rozwinęła pergamin dopiero do połowy.
-Jeszcze bardziej sporsza ta lista – mruknęła, czytając wszystkie trzydzieści punktów.
-Nawet ja wiem, że tak się nie odmienia – zaśmiała się Naomi, zaglądając Moon przez ramię.
-Do kiedy masz to umieć?
-Do jutra – odpowiedziała wesoła Evans. Przyjaciółki zmroziły ją spojrzeniem. – Ale lekcje dodatkowe mam dopiero o szóstej – dodała szybko, czując, jak nogi jej marzną.
-I od kiedy o tym wiedziałaś? – dopytywała się Ann.
-Od piątku.
-Wiedziałaś o tym przez cały weekend i zaczynasz ćwiczyć dopiero w niedzielę? – zdziwiła się Naomi. Poprawiła swoje kitki i opadła na materac swojego łóżka.
-Przerobiłam już trochę – zaprzeczyła szybko Lily czując się jak nieprzygotowana uczennica u odpowiedzi.
-Ile? – zaatakowała Ann.
-No, to – powiedziała Lily wskazując na jeden punkt na liście – i to.
-Świetnie. Dwa zaklęcia. Zostało nam tylko dwadzieścia osiem. Genialnie.
-To się nie uda – westchnęła Naomi.
-Nie przesadzajcie. Przerobimy kilka tych najważniejszych. Resztę mogę opanować później.
Ann spoglądała na Lily z otwartymi ustami. Evans jednak najwyraźniej świetnie się czuła w tak beznadziejnej sytuacji. Uśmiechała się, jakby nie zdawała sobie sprawy, kim jest McGonagall.
-Ty żartujesz, prawda? Powiedz, że żartujesz – błagała. Lily wzruszyła kilka razy ramionami i uśmiechnęła się. Teraz miała moc i siłę by sprostać wszystkiemu. Mogła przenosić góry i wstrząsnąć całym światem. Rodzice? Jakieś zwidy na stadionie? Księga? Kto by się tym martwił?
Pogodziła się z Ann. Znów poczuła się akceptowana, znów przynależała do czegoś większego niż tylko ona. To było świetne, naładowane optymizmem uczucie.
-Bierzmy się do pracy – poleciła, stanęła na środku sypialni z różdżką w gotowości.
-No dobra – skapitulowała Moon i zajrzała w listę – To może to. Niedawno mieliśmy to na lekcjach. Zamiana materialnego przedmiotu nieożywionego w istotę żywą.
Lily opuściła ze zrezygnowaniem różdżkę uniesiona jeszcze przed chwilą ku górze. Odwróciła głowę w stronę dziewczyny i spojrzała na nią z wyrzutem.
-O czym ty do mnie rozmawiasz? To miały być najważniejsze podstawy – przypomniała.
-To jest najważniejsza podstawa na szóstym roku – zauważyła dyplomatycznie Ann i uśmiechnęła się z politowaniem.
-Mi chodziło o najważniejsze podstawy z pierwszego roku!
W dormitorium zapanowało pełne politowania i zrezygnowania milczenie. Nagle śmiechem parsknęła Naomi.
-Już wiem po co te korki – wydukała między jedną salwą śmiechu a drugą. Lily wytknęła w jej stronę język i zwróciła się do Ann:
-Tylko mi przypomnij formułkę, dalej pójdzie jak po maśle.
-Jak sobie chcesz. Datumvita* – podpowiedziała i rozsiadła się wygodnie, czekając na efekty. Evans wyprostowała się dumnie i machnęła różdżką. Zamilkła jednak w pół słowa. Podrapała się po głowie i zerknęła na Naomi.
-Co ja mam ożywić? – zapytała. Bloomy ukryła twarz w poduszce.
-To będzie długa reszta dnia – skwitowała.
Lily podparła się pod boki, jak urażona, i dmuchnęła sobie we włosy, opadające jej na twarz.
-Potrzebuję wsparcia – powiadomiła.
-A ja eliksiru uspokajającego. Masz ożywić materialny przedmiot nieożywiony – podpowiedziała Ann.
-Może być na przykład puszka po czekoladowo-waniliowych karaluchach? – upewniła się Lily, rozglądając się po dormitorium w poszukiwaniu swojej najnowszej ofiary.
Gdy już blaszane opakowanie postawiono na środku dywanika, a ostatni karaluch wylądował w ustach młodej Evansówny, dziewczyna przystąpiła do swojego wątpliwego dzieła.
-Datumvita – powiedziała głośno i wyraźnie, po czym machnęła różdżką w stronę niczego winnej puszki.
-Źle machasz ręką – zawyrokowała Ann, wstając. Stanęła obok Lily i wyciągnęła swoją różdżkę. Wykonała nią w powietrzu coś na wzorów półokręgi i zakończyła ruch mocnym machnięciem.
-Wolno a potem szybko i zdecydowanie – instruowała.
Lily ponowiła próbę przeistoczenia opakowania po czekoladkach w istotę żywą.
Ann skrzyżowała ręce na piersi, zamyślając się, gdzie może leżeć źródło problemu.
-Wyobraziłaś sobie, w co chcesz przemienić tą puszkę? – podsunęła Naomi.
-A powinnam? – zdziwiła się Lily, czym zupełnie załamała dziewczyny. Ann opadła ze zrezygnowaniem na łóżko obok Naomi i ukryła twarz w dłoniach. Machnięciem ręki dała Lily znak, by kontynuowała.
Lily zastanowiła się przez moment, czym powinna się stać puszka. Za ptakami nie przepadała, zawsze ją dziobały, kotów było w Hogwarcie aż nadto, a psy były za głośne. Nikt za to nie miał świnki morskiej. Przed oczami stanął jej obraz puszystej kulki.
- Datumvita – powiedziała Lily głośno i wyraźnie. Zatoczyła ręką półokrąg w powietrzu a później ze świtem machnęła różdżką.
Puszka zamigotała, a później wybuchła. Gdy miniaturowy dym opadł, po dywanie rzucała się puszka w całej swojej okazałości. Zadziwiającym faktem było jedynie to, że biegała po podłodze na kilkunastu małych raciczkach, a jej wieko to otwierało się, to znów zamykało z metalicznym trzaskiem**.
Wszystkie trzy były tak zszokowane, że coś wyszło z czaru, że fakt posiadania przez metalową puszkę znacznie więcej niż czterech łapek dotarł do nich dopiero po chwili. Mniej więcej w momencie, kiedy puszka zaczęła uciekać pod łóżka.
-Łapać ją! – zawyła Naomi.
-Łapać to! – poprawiła ją Lily, rzucając się na puszkę żyjącą aktualnie własnym życiem. Wykonała piękny ślizg na dywaniku. W rękach trzymała but Hilary.
Ann skoczyła do pomocy, tarasując puszce przejście pod łóżko. Naomi na kuckach skakała po podłodze, starając się złapać ten bliżej niezidentyfikowany efekt czaru Evans.
-Mam to! Mam to! – krzyczała, chwytając puszkę za wieko. Chwilę później z wrzaskiem wyrzuciła dłoń w górę. Puszka, która przygryzła jej palce, wyleciała w powietrze i wylądowała na baldachimie łóżka Lily. Dziewczyna rzuciła się na nie, zrywając z kolumn kotary. Puszka zsunęła się po bordowym materiale, przebiegła po Lily swoimi kilkoma raciczkami i zeskoczyła na podłogę. Lawirując między nogami Ann i rękoma Naomi dotarła do drzwi na korytarz. Odbiła się od nich z trzaskiem w momencie, kiedy zostały one otworzone prze Mię.
-NIE! – wrzasnęły chórem wszystkie trzy, machając z paniką rękoma. Zdezorientowana puszka, najwyraźniej jeszcze bardziej przerażona piskami dziewczyn, ruszyła przez otwarte drzwi do całkiem nowego świata.
Mia wrzasnęła dziko, gdy poczuła, jak kilka miniaturowych racic przebiega jej po stopie. Odskoczyła na bok i potykając się o kucającą wciąż Naomi wylądowała na łóżku. Puszka tymczasem zwiała na schody.
-Za nią! – wrzasnęła Lily, przeskakując po łóżku Mii do wyjście. Wyskoczyła na korytarz i z przerażeniem spoglądała, jak puszka odbijając się od schodów, spada w dół. Schyliła się do przodu i próbowała zbiec po schodach na ugiętych kolanach, byleby tylko złapać zaczarowaną puszkę. Z paniką w oczach spoglądała, jak niepozorne opakowanie po czekoladkach ląduje na swoich kończynach i ucieka między nogami Gryfonów.
-Łapać tę puszkę! – wrzasnęła dziko, wpadając między uczniów. Jakaś czwartoklasistka z piskiem wskoczyła na najbliższe krzesło. Evans rzuciła się w tym kierunku a za nią poleciała reszta dziewczyn. Skacząc między uczniami spojrzała, jak puszka krąży zdezorientowana w kręgu uczniów, nie mogąc się zdecydować gdzie uciekać. Przecisnęła się między Jerrym a Remusem i rzuciła się ku puszce. Magiczne pudełko wskoczyło jej na głowę i przebiegło po plecach. Chwilę później wylądował na nich Potter, próbując złapać biegające opakowanie po czekoladowo-waniliowych karaluchach. Evans jęknęła ciężko, kiedy na nią skoczył. Sekundę później została przygnieciona przez następne kilkadziesiąt kilogramów, gdy na Jamesie wylądował Syriusz, tym razem skutecznie łapiąc puszką w obie ręce.
W Pokoju Wspólnym zaległa krępująca cisza. Chwilę później podniosły się oklaski i gwizdy, jakby ludzie właśnie obejrzeli wyjątkowo pasjonujący mech Quidditcha.
Ignorując wrzaski i westchnienia fanek, Black zczołgał się z Pottera i Evans i przycisnął wyrywającą się blaszankę do podłogi.
-Będziesz musiała się słono tłumaczyć, Ruda – zawyrokował, podczas gdy ona i James się zbierali z podłogi.
Przepchały się do nich Ann i Naomi wraz z rozhisteryzowaną Mią i Hilary. Bloomy wyszła przed Syriusza i wycelowała różdżką w puszkę.
-Drętwota! – ryknęła, unieruchamiając Blacka.
Wszyscy spojrzeli ze zdziwieniem na skamieniałego Syriusza a później na wyrywającą się wciąż, lecz mimo to pozostającą w jego uścisku puszkę. Gdy przenieśli wzrok na zrezygnowaną Naomi, dziewczyna wzruszyła nieporadnie ramionami.
-No co?
Lily wymieniła równie zaskoczone spojrzenie z Jamesem i wraz z nim parsknęła śmiechem.

Naomi zawiązała pokaźną kokardę na obwiązanej wstążką puszce i usiadła w fotelu. Lily wychyliła się ze swojego miejsca na pufie i podpierając brodę na rękach przyjrzała się krwiożerczej resztce po czekoladowo-waniliowych karaluchach. Puszka sama w sobie nie była specjalnie niesamowita. Prostokątna, blaszana, z pokrywką na zawiasy była standardowym opakowaniem na łakocie z Miodowego Królestwa. Na wieku, teraz obwiązanym wstążką, widniało logo cukierni. Gdyby ktoś nie był wtajemniczony, a wszyscy Gryfonie byli, pomyślałby, że to zwykły upominek dla kogoś. Śmiercionośny charakter tego prezentu zdradzały jednak niepokojące dwa rzędy raciczek, wystające z opakowania. Teraz zostały one związane gumkami do włosów Naomi.
Tak się jednak składało, że już każdy Gryfon został wtajemniczony w tę sprawę, i wszyscy zgodnie zażądali, by została ona rozwiązana na forum całego Domu Lwa. Solidarność i dziwny sentyment do nowego lokatora zawładnęły całą wieżą.
Ann, wciśnięta między jakaś piątoklasistkę a Tobina przeczesała włosy palcami i spojrzała zmęczonym wzrokiem na Lily.
-Lily, powiedz mi, jakie zwierze sobie wyobraziłaś, rzucając czar? – zapytała, całkowicie zbita z tropu.
-No, świnkę morską.
W salonie zapanowała pełna frustracji i zdziwienia cisza. Najwyraźniej wszyscy oczekiwali, że Evans zaraz krzyknie „żart!”. Wszyscy do dokoła Lily zastygli z szeroko otwartymi ustami. Jedynie Potter śmiał się jak z dobrego dowcipu.
-Ty chyba w życiu świnki morskiej nie widziałaś na oczy – stwierdził zaszokowany Black.
-Widziałam! – obruszyła się dziewczyna – Jak byłam mała.
-To musiało być bardzo dawno temu – stwierdził smętnie Peter, za co Lily ze śmiechem rzuciła w niego jedną z pozostałych gumek do włosów Naomi.
-Tak chyba nie wygląda świnka morska – westchnęła Naomi, smętnie licząc straty w postaci ozdób do włosów. Szczęście, że niedługo będzie mogła uzupełnić zapasy w wiosce.
-Dobra, nie ważne. Czy ktoś może zna jakieś zaklęcie na cofnięcie... tego? – zapytała Mia, stojąc za fotelem Naomi.
-Znam zaklęcie na cofnięcie czaru, ale nie nieudanego czar – zgłosił się Remus.
-Ten czar się udał, tyle, że w połowie – oburzyła się Evans – I nie możemy się tego tak po prostu pozbyć. Przywiązałam się do tego!
-Nie rozwalaj mnie – poprosił Syriusz, podczas gdy Potter zaśmiewał się do nieprzytomności.
-Nawet nie wiemy co to jest! – stwierdziła Julia z siódmej klasy.
-Ja też nie jestem pewna, czy Potter jest człowiekiem, ale jednak do szkoły chodzi– rzuciła swoim powalającym argumentem Evans.
-Co? – zdziwił się James, przestając się śmiać. Reszta sali ryknęła z uciechy.
-Ufo – odpowiedziała Lily.
-Tak czy inaczej nie znamy żadnego zaklęcia, żeby to cofnąć, więc musimy to znosić. Może czar się sam złamie. Tak czasami jest przy nieudanych zaklęciach – zauważył kapitan Jerremy, na co Hanna Smiling mu przytaknęła.
-Póki co musimy uważać na stopy i palce – stwierdziła.
-A najlepiej by było, gdybyście to trzymały cały czas w dormitorium – dodała szybko Janet Morse z piątego roku.
-I pozwolić, żeby to nam poobgryzało głowy? – przestraszyła się Mia, która od pierwszego spotkania zapałała niechęcią do biegającej puszki.
-Lepiej wy, niż my – uśmiechnęła się Jill Dever i mrugnęła z uciechy do Lily.
-No to załatwione. Ale jakby nam zwiał z pokoju i go zauważycie, to nas powiadomcie. Dla dobra waszego własnego – dodała Lily, wstając i biorąc zakneblowaną puszkę do ręki.
-Czemu mówisz o tym w rodzaju męskim? – zaniepokoiła się Ann.
-Bo to Tin, naturalnie – obwieściła Evans.

Minerva McGonagall, posiadając osobliwą umiejętność zachowania ciszy w klasie bez podnoszenie głosu, sroga i wymagająca nauczycielka, okazała się jednak osobą, która wymięka przy wybitnej niekompetencji Lily Evans.
-Jeszcze raz –zażądała, opadając na swoje miejsce za biurkiem. Ze zrezygnowaniem obserwowała, jak Evans mocno zaciska powieki i niemal sinieje, próbując się przemienić. W końcu, gdy płuca dziewczyny skurczyły się do wielkości wysuszonych rodzynek, Lily gwałtownie wciągnęła powietrze. Nie wiedzieć czemu, przy próbie przemiany przestawała oddychać.
Podczas gdy Evans prawie mdlała i zataczała się po gabinecie, McGonagall odhaczała w myślach, co dziewczyna mogła zrobić źle. Zaklęcie mówiła całkiem wyraźnie, różdżką machała nieźle, na większe skupienie się nie ma co liczyć. I tak nie miała na czym innym skupić uwagi. Dla dobra sprawy McGonagall usunęła ze swojego gabinetu wszystkie ozdoby, żeby nie rozpraszać uczennicy.
-Powiedz mi Evans, widziałaś kiedyś jakiegoś feniksa, prócz tego dyrektora? – zainteresowała się nagle. Może Evans próbowała się przemienić w Fawkesa, a to przecież oczywiste, że nie może się stać zwierzęciem, które już istnieje.
-No nie. W mieście z którego pochodzę feniksy to raczej rzadkość – odcięła się Lily. Przecież to oczywiste, że skoro wychowała się wśród mugoli, to feniksy widywała jedynie na rysunkach. I to w dodatku wyglądały zupełnie inaczej niż w rzeczywistości.
-Tak, tak – mruknęła pod nosem profesorka – A czy wyobrażając sobie feniksa, wyobrażasz sobie Fawkesa?
-Innego feniksa nie widziałam – wzruszyła ramionami.
-Nie powinnaś tak robić. Nie możesz się przemienić w coś, co już istnieje. Tak samo jak nie mogą żyć dwie Lilyanny Evans, tak też nie mogą istnieć dwa Fawkesy.
-No to co mam zrobić? Wymyślić nowy rodzaj feniksa? – zdenerwowała się dziewczyna.
McGonagall próbowała zrozumieć zniecierpliwienie uczennicy i popisać się swoją empatią, lecz gdy chodziło o Evans, przychodziło jej to z trudem.
-Pokażę ci album ze zdjęciami zwierząt magicznych, w tym również feniksów – obwieściła, wstając. Podeszła do jednej z licznych biblioteczek i wyciągnęła z szeregu książek jedną, oprawioną w fioletowy materiał. – Przejrzyj ją i naszkicuj w myślach nowego feniksa. Następnym razem, gdy będziesz się próbowała przemienić, wyobraź go sobie.
Wręczyła dziewczynie gruby album. Lily otworzyła go i przekartkowała szybko. Każda strona obładowana była zdjęciami przeróżnych zwierząt i innych stworzeń, które Lily z pewnym ociąganiem mogłaby zaliczyć do istot żywych, choć obrzydliwych.
-Na dzisiaj koniec – obwieściła profesorka, spoglądając na zegar. Dochodziła dziewiąta. – Jutro przyjdź o szóstej. I mam nadzieje, że już powtórzyłaś sobie zaklęcia, które ci poleciłam sobie przypomnieć – dodała, wracając do swojego biurka. Lily głośno przełknęła ślinkę. Przycisnęła album do piersi, jakby był tarczą ochronną – Dobranoc.
-Branoc – odpowiedziała cicho i jak oparzona wyskoczyła z gabinetu.
____________________________________________

*Datumvita (łac. datum - dawać, vita - życie) - zaklęcie przemieniające przedmiot materialny nieożywiony w istotę żywą. Czar wymyślony na potrzeby opowiadania.
**Motyw żyjącej własnym życiem puszki został ściągnięty z serii książek Terry'ego Pratchetta "Świat Dysku", gdzie autor powołał do życia magiczny, chodzący kufer z myślącej gruszy. Polecam całą serię.


Pod tą częścią znajduje się jeszcze jedna, dodana pięć dni temu.

komentarze [16]

Staw Nadziei Głupich. || środa, 4 lipica 2007 23:42:32

Przebudziła się, usiadła prosto na materacu, głęboko wciągnęła powietrze i wypuściła je przez zęby ze świstem. Nie była spocona, nie dyszała jak nakręcona. Nie pamiętała własnego snu.
Rozejrzała się dookoła, ale widok przysłoniły jej szkarłatne w świetle księżyca zasłony łóżka.
Położyła się i zaraz zasnęła.

Obróciła się na brzuch i spuściła głowę na dół z materaca. Zajrzała pod łóżko, unosząc kraniec narzuty. Usiadła prosto i z westchnieniem zagarnęła swoje blond włosy za ucho. Wcisnęła stopy z proste kapcie, narzuciła na siebie szlafrok i ruszyła do drzwi.
O tej porze w Pokoju Wspólnym na pewno nikogo nie ma. Za to bardzo prawdopodobne, że znajdzie tam swoją gitarę.
Znalazła ją opartą o jeden z foteli. Była rozstrojona do granic możliwości. Nawet taki amator jak ona to by zauważył.

Obudziło ją dziewięć metalicznych pisków kukułki. Otworzyła z ociąganiem oczy i usiadła. By rozciągnąć zesztywniałe plecy sięgnęła dłońmi do palców stóp. Mocnym ruchem ręki odgarnęła kotary. Rozejrzała się po budzącym się dormitorium i siedząc wciąż w łóżku nałożyła na siebie sweter.
Kotary łóżka Naomi wciąż były zasłonięte, Hilary kręciła się na swoim materacu i posapywała z niezadowoleniem a Lily siedziała w piżamie na skraju swojego łóżka, plecami do niej.
Przemowa Ann z poprzedniego wieczoru mogła sprawić, że Lily pomyślała o Mii jako o wrednej dziewczynie szukającej dla siebie korzyści, obgadującej każdego po kolei za plecami a twarzą w twarz zgrywającą słodką idiotkę.
-Lily? – Bardziej zapytała, niż powiedziała – Dzień dobry?
Wiedziała, że poprosi ją teraz o wyjaśnienie. Zawsze tak robiła. Przed skreśleniem czegoś lub kogoś wolała najpierw ukształtować własne zdanie w oparciu o fakty różnych stron.
Ale jakby się głębiej zastanowić, to dała Ann wyjaśnić... wykrzyczeć wszystko prosto w twarz. I co z tego ma? Niewiele ponad uczucie odcięcia od świata i braku przynależności do dormitorium. No i ta głucha pustka. Za każdym razem jak krzyczała do samej siebie, o co właściwie poszło, wracało jedynie jej echo. Zwielokrotnione, bez sensu i wartości. A jednak ogłuszające, kłujące i kpiące z wszystkiego dookoła.
Gdy przyszła do Hogwartu i ukazała się w nim jako „mała, ruda szlama” oparcie znalazła w Naomi i Ann. Całe sześć lat funkcjonowała z nimi, chodziła w ich towarzystwie i chociaż czasami musiała się z tego układu wyrwać, to wasze miała uczucie, że może do niego wrócić i, co ważniejsze, że jest w nim mile widziana. Teraz nie czuła się akceptowana we wspólnej sypialni
I to palące przeczucie, że trzeba się nauczyć żyć samemu. Nigdy nie umiała żyć samotnie.
-Idziemy na śniadanie – usłyszała głos Naomi, dziwnie twardy i stanowczy.
-Dobra. Smacznego – odpowiedziała, by odpowiedzieć.
-Ty idziesz z nami – powiadomiła Bloomy, rzucając w jej stronę jej wczorajszymi ciuchami.
Wszystko stało się zimne i stanowcze. Ale może to tylko jej egoizm?

Gdy wkroczyły do Wielkiej Sali Lily ciągła się za nimi jak męczennica. McGonagall odprowadziła ją do stołu uważnym spojrzeniem, czekając, aż dziewczyna weźmie coś do buzi. Od dawna nie widziała Evans na śniadaniu.
W przerwach między jednym kęsem a drugim Lily wpatrywała się w okno, przez które zwykle władują sowy z pocztą. Obok niej toczyły się rozmowy, rozbrzmiewały śmiechy. Kilka razy Naomi próbowała z nią porozmawiać, ale Lily zapominała języka w ustach.
Gdy chmara sów zaszeleściła skrzydłami nad głowami uczniów, Lily wyszukiwała wzrokiem Zozi. Sowa zawieruszyła się między puchaczem a płomykówką i zanim doleciała do stołu, podziobała wszystkie ptaki dookoła. Na dzień dobry ugryzła Lily mocna w rękę, odwróciła głowę i z łaską wyciągnęła nóżkę.
-Evans? – odezwał się Syriusz, przechylając się w jej stronę. Zlustrował uważnie małego, rdzawego puszczyka – To zawsze było takie agresywne? Czy tylko ciebie tak nie lubi?
-Bardziej ode mnie woli moją siostrę, Petunię. Nie wiem, czemu. Mnie dziobie za każdym razem, jak mnie widzi. Taki rodzaj bolesnego rytuału – odpowiedziała Lily, puszczając ironię mimo uszu. Obwiązała list od nogi puszczyka i poleciła mu czekać w sowiarnii. Na drogę do wieży podała Zozi kawałek chrupiącego tosta, którego jeszcze nie dojadła. Sowa z zamian za to wfrunęła jej na głowę, poczochrała jej włosy i odleciała.
Schowała list od rodziców do kieszeni i posmarowała sobie nowego tosta dżemem pomarańczowym. Wydłubała z niego gorzkie skórki pomarańczy i zabrała się do jedzenia.
-Nie przeczytasz listu? – zapytała Naomi.
-Później – odpowiedziała, przełykając kęs – To nie wyjec, nie spali się.
Dojadła następnego, wypiła herbatę i wzięła do ręki beze.
-Idziesz już?
-Muszę jeszcze odpisać do rodziców.
-To poczekaj na mnie – odezwał się Syriusz, szybko smarując tosty dżemem. Zawinął je w serwetki i wstał z naręczem białych kwadracików.

Minęli kolejną zbroję i wspięli się na schody. Odkąd wyszli z Wielkiej Sali, milczeli. Lily zagrzebała się we własnych myślach, lub też ich braku, a Syriusz próbował skleić zdanie, który by coś wniosło. Starał się przy tym nie upuścić ani jednego tosta, chociaż niósł ich o połowę mniej, niż ich przygotował. Drugą połowę pomogła mu nieść Lily
-Ostatnio się zmieniłaś – powiedział w końcu, gdy minęli posąg.
-Nie rozumiem – odpowiedziała po chwili milczenia.
-Stałaś się bardzo cicha. – Przeszli kilka stóp w ciszy. Syriusz najwyraźniej oczekiwał odpowiedzi, ale się jej nie doczekał. – Powinnaś się pogodzić z Ann. To źle wpływa na was obydwie, nie wspominając o Naomi.
-To Ann się nie chce pogodzić.
-Ty też nie chcesz. Weź schowaj swoją zakichaną dumę do kieszeni i zachowaj się jak przyjaciółka. Chociaż raz.
-O co ci znowu chodzi? To nawet ciebie nie dotyczy, a się czepiasz – warknęła Lily.
-Właśnie o to mi chodzi. Nie jesteś od jakiegoś czasu sobą. Zawsze byłaś spokojna jak anielica a teraz się denerwujesz przez jedno zdanie. – Odpowiedziała mi cisza;. – Pogódźcie się. Ja tak samo jak Ann nie rozumiem, o co zrobiłaś tyle zamieszania i szczerze mówiąc uważam, że to było głupie, ale i tak myślę, że ta kłótnia jest bez sensu.
Stanęli przed Grubą Damą. Gdy wejście do Pokoju Wspólnego się przed nimi otworzyło Lily podała mu tosty i rozeszli się w swoje strony.
Syriusz wspiął się do stromych, spiralnych schodach starając się nie upuścić żadnej kanapki. Kopniakiem zapukał do drzwi dormitorium. James leżał na łóżku obracając w dłoni coś srebrzystego, połyskującego. Drzwi otworzył zaklęciem. Obok niego na narzucie leżał skrawek dokładnie przyciętego pergaminu.
Black rzucił kanapki na swoje posłanie i spojrzał na przyjaciela. Potter milczał, jak zwykle pozostawiając swoje problemy samemu sobie.

Syriusz zmienił do niej stosunek. Czuła to, chociaż niezupełnie wiedziała, na czym to może polegać. Jeszcze kilka dni wcześniej wybierał jej czekoladki z opakowania i się z nią droczył a teraz nagle stał się dziwnie chłodny i odległy. Powiedział, że tak samo jak Ann, nie rozumie jej. Że się zmieniła. Czy rzeczywiście przycichła? Zawsze się starała być cichą, odkąd tylko się pojawiła w Hogwarcie. To miało związek z jej rodowodem. Jako czarownica z mugolskiej rodziny nie chciała zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Ale teraz, słowa Syriusza zabrzmiały tak, jakby była zawsze roztrzepana, a teraz stała się poważna.
Zmieniła się? Faktycznie się denerwuje na każdego, kogo spotka?
To samo jej mówiła Ann. Że stała się odległa, egoistyczna i nie do zniesienia.
Tak naprawdę, to nie czuła wcale żalu do Blacka, że to powiedział. Była zła, że coś takiego mogło się wydarzyć, że mimo swoich obietnic, zmieniła się i to najwyraźniej negatywnie. Zapałała w niej żądza ponownego stania się osobą z dawnego obrazka.
Słowa Syriusza były dla niej niemal policzkiem, czymś, za co była w stanie się obrazić. Odebrała to niemal jako obelgę. Zmieniła się... Czyżby? Skąd może wiedzieć, czy się zmieniła, skoro nawet jej porządnie nie zna?
Chwyciła leżący na toaletce pilniczek i zabrała się za rozcinanie mugolskiej koperty, grubo naładowanej korespondencją. Wyleciały z niej dwa listy, jeden prościutko i schludnie złożony, drugi byle jak, oraz kratka pocztowa.
Chwyciła to, co ją teraz najmocniej interesowało, a czego chciała uniknąć. Wzięła zgrabnie złożoną papeterię i usiadła z nią w dłoni na łóżku. Proste, schludne pismo zdradzało rękę taty.

Lilyanne,
otrzymaliśmy sowę od profesor McGonagall, w której twoja opiekunka podzieliła się z nimi swoimi obawami i niezadowoleniem wynikającymi z twojego coraz gorszego sprawowania się. W liście napisała, że ostatnio wdajesz się w bójki z uczniami innych domów oraz celowo schodzisz z lekcji.
Doprawdy, zawsze uważałem cię za dziewczynkę rozsądną i sumienną. Nie rozumiem, z czego może wynikać twoja nagła zmiana postępowania, przejawiająca się w ciągu ostatnich kilku dni. Co więcej, te potyczki z uczniami innych domów wyglądają na przejaw braku tolerancji dla reprezentantów domów konkurujących z twoim własnym. Mam nadzieję, że to nie jest przejaw megalomanii. To może prowadzić do całkowitego zaniku twojej głęboko przeze mnie cenionej tolerancji dla przedstawicieli innych kultur i przekonań. Przecież to nie kto inny jak właśnie ty pokazałaś mi swoje szerokie możliwości buntowania się, jeśli chodziło wykluczanie mniejszości etnicznych, czego przejaw dałaś przedstawiając mi i twojej mamie bliźniaków.
Mam nadzieję, że porządnie weźmiesz się za naukę i pokażesz swoim kolegom i koleżankom, że ciężką pracą i konsekwentnym podejściem do nauki można osiągnąć znacznie więcej niż kombinatorstwem i manewrowaniem między przepisami.
Liczę na ciebie.


-Masło maślane – mruknęła Lily – Typowe przemówienie motywacyjne prawnika z krwi i kości.

Twoja matka ponadto zauważyła, że zachowujesz się dokładnie tak, jak przed przyjazdem do Hogwartu. Wszczynasz bójki, odpłacasz się dobrym za nadobne i rozszerzasz swoje zainteresowania o wszystko, tylko nie dodatkową wiedzę teoretyczną. Oboje uważamy, że nadszedł najwyższy czas, byś się zdecydowała, kim chcesz być i jaka chcesz być. Od początku swojej edukacji w Hogwarcie, będąc w murach szkoły odgrywasz rolę szarej myszki, cichej i spokojnej uczennicy, pilnej i konsekwentnej w nauce. Poza szkołą natomiast dawałaś upust swojej energii zwłaszcza, gdy miałaś możliwość spotkania się z Michaelem i Maxem. Nie możesz być dwoma osobami. Mimo, iż najlepszym rozwiązaniem byłoby, byś i w Lincolnshire i w Hogwarcie była taka, jak w szkole, jednak to od ciebie zależy, jakim człowiekiem będziesz.
Po prostu albo bądź taka, albo taka. Jak to mi tu twoja matka podpowiada: „Za dużo w tobie sprzeczności. Nie możesz być chodzącym barokiem”.
Pokaż światu swoją prawdziwą twarz.
Popraw się w nauce i zachowuj się.

Kochamy cię,
Mama i Tata.


Megalomania?! Nietolerancja?! O czym oni mówią?!
Zakopała się pod kołdrą i ukryła twarz pod poduszkami.
Przecież ona taka nie jest!
Ona taka nie chce być...

Jamesie,
rozczarowałeś nas. Razem z twoją matką myśleliśmy, że już możemy ci ufać. Zawiodłeś naszą wiarę w ciebie i pokazałeś, że ufanie tobie było i wciąż jest głupotą i nadzieją głupich.

Ojciec.

P.S. Matka płacze.


Szlag może człowieka trafić, jak takie coś czyta. I najczęściej trafia.
A zaraz później taka cholerna złość na samego siebie, że żal mówić.

Jakoś się głupio składało, że nigdy nie odpisywała zaraz po przeczytaniu listu. Kiedyś sobie postanowiła, że będzie odpisywać dopiero po trzech dniach, bo wtedy emocje są na dobrym poziomie. W przypływie impulsu można napisać coś, czego po wysłaniu nie można zmazać. Tak sobie to obmyśliła razem z Luu, jak były małe. Teraz nie do końca pamiętała to zdarzenie, ale przyzwyczajenie to późnego odpisywania na listy pozostało.
I dobrze.
Gdyby teraz miała odpisywać na list rodziców, wysłałaby pustą kartkę.
Bo tak się właśnie poczuła.
Pusta w środku.
Śmieszne to uczucie, bo nie idzie go opisać, a występuje dość często. Pomyśleć można by było, że skoro odczuwa się je się coraz to na nowo to znacznie łatwiej ująć je w słowa. Tymczasem jest to znacznie trudniejsze niż się wydaje, bo to przecież pustka.
Słowa zwykle wtedy wylatują z głowy, nawet ta przewodnia, główna myśl, od której się to zaczęło. Można wtedy spędzić całe godziny na wpatrywaniu się w jeden punkt, i nawet się nie zauważy, że czas płynie nieubłaganie. Zlatuje cały dzień, czas przelatuje między palcami a ludzie to wchodzą do dormitorium, to znów z niego wychodzą. Życie przez te kilkadziesiąt minut staje się jak pisanie bez natchnienia. Jest, bo jest. Bo obowiązek obowiązkiem jest. Bo piosenka musi posiadać tekst.
Lily zjadła w ciągu jednej godziny całą puszkę waniliowo-czekoladowych karaluchów i nie pomyślała o niczym.

No, no Lila.
Co, jak co, ale takiego milczenia się po tobie na pewno nie spodziewaliśmy. Żeby nie było, że cię nie powiadamiamy – oficjalnie wkraczamy w fazę początkowego obrażania się na cały świat. Zestrzelili ciebie tam jakimś wyjątkowo paskudnym zaklęciem, czy jak? A nawet, jeśli, to skoro umarłaś to i tak to nie tłumaczy, czemu nas nie powiadomiłaś!
U nas, jak to u nas – mnóstwo wrzasku o nic. Nauczyciele stwierdzili, że wraz ze swoim „nieodpowiedzialnym i nagannym zachowaniem stanowimy poważne zagrożenie dla podstaw moralnych naszej placówki edukacyjnej”. Weź to i sama skomentuj, bo jak to usłyszeliśmy, to nam ręce i szczęki opadły piętro niżej. Nie wspominając już o tym, że dostałem od dyrektora oficjalną naganę za rozbicie probówek w pracowni chemicznej. Pomylili mnie z Mike’m i jak zwykle mi się dostało w skórę. Mike wpadł więc na pomysł, że przefarbuje sobie włosy, żeby nas nie mylili. Nie pytaj. Dla mnie też jest wielką tajemnicą, jak on na to wpadł. W każdym razie szczęśliwie odciągnąłem go od tego pomysłu, i jeszcze innych (równie głupich).


Nastąpiła nagła zmiana charakteru pisma. Z prostych, dociągniętych literek zrobiły się nagle koślawe kulfony charakteryzujące pismo Mike’go.

Max polazł do biblioteki. Zbiera pochwały od nauczycieli jak dzieci cukierki w Halloween, czego ja osobiście mam już dosyć, bo wszyscy uważają, że ze mnie poważny uczeń, chętny do pomocy. Przefarbowanie włosów byłoby więc idealnym rozwiązaniem mojego odwiecznego problemu – braniem mnie za Max’a.
Tak w ogóle to cześć.
Tak sobie przeczytałem, co Max nabazgrolił i widzę, że już ci wspomniał o zagrożeniu, jakie stanowimy dla szkoły. Mowie ci, legalniej takiej bzdury to jeszcze nie słyszałem. Oni naprawdę próbowali nam wmówić, że wlanie barwnika spożywczego do szkolnej pralki stanowi śmiertelne zagrożenie.
Nawiasem mówiąc dzięki za pomysł. Genialnie wyszło, mówię ci. Zielony barwnik spożywczy rządzi. Fakt, że w lokalnej gazecie ukazały się zdjęcia naszych odrestaurowanych mundurków tylko podsycił atmosferę, ale mówię ci, warto było. Wypróbuj to w Hogwarcie. Wy tam w ogóle macie pralki? Mówiłaś coś, że cała elektronika tam świruje. To jak wy pierzecie ciuchy? Chyba, że chodzicie cały rok w tych samych – to by wiele wyjaśniało.
Jutro mamy potężną klasówkę z chemii Byś się załamała Takiego materiału ja jeszcze na oczy nie widziałem. Jakieś jony, czy coś. Jutro będę leżeć i kwiczeć. Max pewnie się obkuje jak zawsze, ale nas baba przesadziła i siedzimy na dwóch różnych końcach sali, więc nijak będę miał skąd ściągać. By się przydało jakieś genialne, samopiszące pióro. Jest u was coś takiego? Weź machnij nam takie jedno czy dwa.
Nie pozdrowimy cię tym razem, bo mamy na ciebie obrazę majestatu. Żeby pozdrowienia uzyskać, lepiej odpisz jak najszybciej.

Mike i Max – dwa zagrożenia dla podstaw moralnych szkoły.

P.S. Ja serio mówię o tych piórach.


Dla kilku takich listów warto przecierpieć list od rodziców.
Zaśmiewała się do łez, czytając wypociny bliźniaków. Oni byli nieśmiertelni. Oni i ich niesamowite temperamenty.
Mike i Max mieszkają na końcu ulicy, przy której stoi dom Evansów. Wprowadzili się tam, gdy mieli siedem lat i od tamtej pory Lily nie wyobrażała sobie życia bez nich. Gdy młoda Evansówna dostała list z Hogwartu, była właśnie w Scarletów w pokoju, stąd też ich wiedza na temat swoistych zdolności dziewczyny. Gdy ona wyjechała do Szkoły Magii i Czarodziejstwa, oni wylądowali w szkole z internatem w Newtown. Szczęście i mocne przywiązanie chciało, że kontakt się nie zerwał a wręcz przeciwnie – umocnił się i scementował znacznie bardziej, niż to było do przewidzenia. W miarę regularna korespondencja i wspólnie spędzane wakacje sprawiły, że przyjaźń nie została naruszona.
Po co Lily wracała w wakacje do Lincolnshire? By spędzić czas z bliźniakami. Proste jak konstrukcja cepa.

Sięgnęła po pocztówkę. Był na niej gmach parlamentu angielskiego z wieżą zegarową w tle.
Uśmiechnęła się i obróciła pocztówkę na drugą stronę.

Pozdrowienia z mokrego i mglistego Londynu! Mam dla Ciebie breloczek z Wieżą Zegarową. Big Bena nigdzie nie mogłem znaleźć.

Kocham Cię, Dziadek.


Mogła się spodziewać, że naprawdę będzie szukał breloczka z kształcie dzwonu Big Bena. Pewnie przeleciał cały Londyn w poszukiwaniu czegoś takiego. Chociaż pewnie zrobił to z czystą przyjemnością. Zawsze uwielbiał zwiedzać, a szukanie prezentu było idealnym pretekstem.
Wieści od bliźniaków oraz dziadka zepchnęły na dalszy plan problemy z rodzicami. Naładowały ją pozytywnymi emocjami. Chwyciła więc różdżkę i listę zaklęć, które ma przerobić. Wypadałoby zacząć pracować. Ale tylko wypadałoby...

W salonie panowała całkowita cisza. Nic dziwnego. Prawie nikt nie został w Pokoju Wspólnym, wszyscy schronili się w swoich dormitoriach pozostawiając po sobie echo niedokończonych wypracowań i spraw nijako osobistych.
Lily przetarła zaspane oczy i rozciągnęła kręgosłup, wyrzucając ramiona w górę. Pokiwała głową na prawo i lewo, strzykanie kości dotarło do jej uszu. Schowała głowę między ramionami, podkuliła nogi i rozejrzała się leniwie po salonie.
Na fotelach obok Jerremy i Tobin omawiali nowy układ zawodników w meczu. Oboje pochylali się nad zmiętoszonym pergaminem kreśląc coś na nim zawzięcie. Tobin ostatnio żywił się wybitnie złudną nadzieją, że za rok zostanie kapitanem drużyny – chciał się wdrożyć. Wszyscy inni pozostawili sceptycznie w tej kwestii. Nie można było zapomnieć o Potterze i jego wyjątkowo mocnej kandydaturze.
Dany Adler, odchylony mocno na krześle, czytał jakąś książkę głośno żując przy tym gumę. Potter Siedział na fotelu przy kominku skubiąc w ustach pióro. Zamoczył końcówkę w kałamarzu stojącym na podłodze i zapisał kilka słów na pergaminie.
Była najwyraźniej jedyną dziewczyną w towarzystwie.
Mike i Max wiecznie się z niej śmiali, że jest chłopczycą. Wolała towarzystwo ich i Luu niż jakichkolwiek dziewczyn z klasy. Zawsze z nimi, każda rozłąka była katorgą. Być może dlatego nie czuła się skrępowana. Cało dzieciństwo spędziła z bliźniakami i małą Azjatką. Przyzwyczaiła się do głośnego żucia gumy, wypuszczania gazów zarówno górą jak i dołem i odchylania się na krześle.
Gitara Ann leżała na wyciągnięcie ręki. Moon dzisiaj przez pół dnia siedziała w kącie coś majstrując przy gryfie, później swoje zajęcie porzuciła, nie mając najwyraźniej cierpliwości. Lily sięgnęła się po instrument i ułożyła go sobie na kolanie. Od nieporozumień z Ann nie mogła nawet pomyśleć o położeniu ręki na strunach. Tym większą radość jej sprawił ich metaliczny chłód.
Gitara była rozstrojona. Przycisnęła najcieńszą stronę, szukając czystego a.
Jak to już nie raz bywało w ciągu ostatnich dni, dzień minął na unikaniu spojrzeń, gryzieniu się w język i chowaniu się za kotarami swojego łóżka. Gdyby to wszystko zsumować, powstałby nawet pokaźny opis całkowicie niestandardowej soboty. Niepisana tradycja nakazywała, by szósty dzień tygodnia przeżyty został w całkowitym spokoju, rozluźnieniu i absolutnym braku nauczycieli. Tymczasem działo się, że zarówno Lily, jak i Naomi i Ann chowały się po kontach uciekając przed sobą bojąc się kolejnej dawni wymówek i oskarżeń. Nawet, jeśli każda czuła, że takowe już się wyczerpały.
Dodatkowo reguła braku nauczycieli w sobotę została w wypadku Lily nadłamana przed przerażające trzy godziny w gabinecie McGonagall. Lekcja była powtórką z rozrywki z wcześniejszego dnia. Nie wniosła nic, prócz całkowitego wycieńczenia fizycznego i duchowego. Śladowe ilości psychiki pozostałe, jednak w stanie wybitnej rozsypki.
I tak przeleciał dzień. Przepłynął między listem rodziców, bliźniaków i breloczkiem od dziadka. Pozostawił po sobie jednak ślad w postaci złożonej s kostkę kartce zeszytu jednego z bliźniaków, leżącej w szufladzie. Dzięki niej i pocztówce dziadka Evansa dzień został zaliczony do udanych.
James wciąż pocił się nad listem. McGonagall mówiła, że im obojgu musi przedłużyć szlaban. Wobec tego jego rodzice pewnie też dostali list od wicedyrektorki. Chociaż jego matka i ojciec powinni być przyzwyczajeni. Pewnie są już posiadaczami sporej kolekcji takich liścików. Jakby nie patrzeć, to jednak był Potter, jeden z Huncwotów.
Ciekawe, co tam pisze? Jeszcze chyba nigdy nie widziała go tak pochłoniętego czymkolwiek, co miało związek z literami. Czy w postaci książki czy pisanego właśnie wypracowania.
Ułożyła palce w chwyt e-moll, szarpnęła jedną strunę, szybko zmieniła na G-durr, znów uderzyła w jedną. Jeszcze raz to samo. I znów e-moll, a7-moll, G-durr. Uważnie przyglądając się swoim palcom, starannie przyciskając struny uderzyła w nie mocnej, dźwięk rozniósł się po pomieszczeniu. Zagrała wstęp i przeszła do zwrotki.
C-durr, D-durr, a-moll.
Z dźwiękami gitary zlało się ciche pogwizdywanie. Spojrzała ze zdziwieniem na Pottera, który porzucając swoją korespondencję zapatrzył się w jej dłonie śmigające po gryfie.
-"Więc, więc myślisz, że potrafisz odróżnić raj od piekła, niebieskie niebo od bólu?" - zaśpiewał cicho, pod nosem. Lily uśmiechnęła się i dołączyła do niego w piosence Pink Floydów.

Czy odróżnisz zielone łąki
Od zimnych stalowych szyn?
Uśmiech od kłamstwa?
Myślisz, że odróżnisz?

Czy zmusili cię byś zamienił
Twych bohaterów na duchy;
Gorący popiół w drzewa;
Gorące powietrze w chłodny powiew;
Zimny komfort w resztę?
Czy już zmieniłeś
Statystowanie w wojnie
Na główną rolę w klatce?


Z boku Dany z gumą w palcach dołączył do nich przy refrenie. Wraz z nim przyłączyli się Jerry i Tobin głośno zawodząc hit z poprzedniego roku.

Tak bym chciał,
Tak bym chciałbyś tu była.
Jesteśmy tylko dwiema zagubionymi duszami
Pływającymi w stawie
Rok po roku.
Biegając wciąż w miejscu
Co znaleźliśmy?
Wciąż stare lęki.
Chciałbym byś tu była.*


Dziwnie ten chórek zaśpiewał, bo samorzutnie i niezaplanowanie. Z taką spontanicznością, jakiej się Lily w Hogwardzie nie spodziewała.
________________________________________

*Tłumaczenie piosenki Pink Floyd - Wish You Were Here.
Trochę się nagrzebałam i stwierdziłam, że Lily będzie przejawiać zamiłowanie dla Pink Floydów, która to grupa była nad wyraz popularna swego czasu zarówno na Wyspach, jak i w reszcie wielkiego świata.


komentarze [2]

Nieodpowiedzialność i niekonsekwencja || środa, 2 maja 2007 16:33:51

Naomi, siedząc na łóżku pod kołdrą, przewracała strony czasopisma dla młodych czarownic. Zapatrzona błędnie w kartki nie zauważyła nawet, że przeoczyła wzmiankę o najnowszym produkcie na rynku. Zamiast tego w każdej kolejnej kolumnie widziała postać Andy’ego, gdy na nią krzyczy.
Ann leżała na swoim łóżku tępo wpatrując się w baldachim. Pierwszy raz od dawna po kilkugodzinnych przemyśleniach nie doszła do żadnego wniosku. Jedyne, co pamięta ze swojej gonitwy myśli to fakt, że nie mogła sobie przypomnieć powodu swojej sprzeczki z Lily.
Mia i Hilary siedziały na zaczarowanym przez Evans puszystym dywaniku i malowały paznokcie u stóp mieniącym się różnymi kolorami lakierem.
-Ann? – zapytała po chwili milczenia Mia. Nie oderwała nawet wzroku od swojego dużego palucha. Moon mruknęła pytająco na znak, że słucha – Gdzie ty się podziewałaś przez połowę dnia?
Ann milczała przez chwilę zastanawiając się, co powiedzieć. Nieistniejący pokój brzmiał wybitnie abstrakcyjnie nawet jak na tak naiwną dziewczynę, jaką jest Amelia. Ale jednak Ann miała wrażenie, że spędziła kilka godzin w pokoju, którego teoretycznie rzecz biorąc nie ma. Bo przecież za każdym razem, gdy przechodziła tamtym korytarzem, nie było na nim żadnych drzwi. Poza tymi niewygodnymi niedociągnięciami w informacji miała ochotę pozostawić wieść o tym pomieszczeniu wyłączcie dla siebie. Czuła, że teraz ten pokój należy do niej, a gdy o nim opowie, utraci go na zawsze.
-Trochę siedziałam z sowiarni, trochę w kuchni – mruknęła, więc tylko.
Mia pociągnęła pędzelkiem i dmuchnęła na swoją stopę.
-Nie wpadłaś przypadkiem gdzieś na Lily? Chciałam z nią pogadać o wypracowaniu na eliksiry – wypytywała dalej blondynka, ostrożnie próbując dobrnąć do celu.
Ann zmarszczyła gniewnie brwi i ściągnęła usta w dzióbek. Zapatrzyła się ze złością w baldachim i prychnęła cicho.
-Nie, nie widziałam jej – powiedziała wykrzesując z siebie ostatnie iskry spokoju.
-Szkoda – mruknęła z żalem dziewczyna. Zapatrzyła się na szklaną tubkę z lakierem w środku i skrzywiła usta w zamyślaniu. Hilary spojrzała na nią z ukosa i ściągnęła usta w dzióbek. Po sposobie mówienia i dokładnego cedzenia słów poznała, że dziewczyna chce do czegoś dojść.
Mia nie umiała spytać o coś prosto w oczy. Wolała bardziej przeprowadzić półgodzinną rozmowę wstępną, która nagle, dokładnie pokierowana, schodzi na właściwy tor. Nie była dziewczyną bezpośrednią. Szczera do bólu prawda była przez nią znienawidzona, za to lubowała się w pośredniej, polukrowanej i wybitnie delikatnej uwadze. Wynikało to głównie z faktu, że bała się urazić kogokolwiek. Panicznie szukała akceptacji i zrozumienia u innych, co objawiało się przez jej nadmierną troskę o ludzi i chęć niesienia im całodobowej pomocy. Poza tym była też skarbnicą wiedzy i informacji dotyczących innych osób.
-Rozmawiałaś z nią ostatnio? Czy cały czas jesteście pokłócone? – Rzuciła Mia od niechcenia, zachłannie zapatrzona w swoje wypielęgnowane stopy.
Ann zmierzyła ją morderczym wzrokiem, gniewnie mrużąc oczy. Prychnęła, jak zwykle, gdy była oburzona i odwróciła głowę od towarzystwa. Wyciągnęła spod swojej poduszki piżamę i ostentacyjnym krokiem ruszyła do łazienki, gdzie zatrzasnęła się i zaraz odkręciła wodę. Jej szum akompaniował dziewczynom, podczas gdy wymieniały spojrzenia. Oczy Hilary i Mii zwróciły się na siedzącą do tej pory cicho Naomi, szukając w jej osobie wyjaśnienia.
Bloomy wzruszyła nieporadnie ramionami i uśmiechnęła się niepewnie.
-Ona tak reaguje na stres. Idzie spać – wyjaśniła dziewczyna składając gazetę.
Amelia przewróciła ze zniecierpliwienia oczami i opuściła ramiona, jakby straciła siłę i cierpliwość do wszystkiego.
-To wiemy – zapewniła z naciskiem – Ale czy się pogodziły? – Doszła do sedna sprawy i utkwiła wyczekujące spojrzenia w biednej, gubiącej się w słowach Naomi. Dziewczyna zrobiła jedynie smętną, zmęczona minę i pokręciła ze smutkiem głową.
-Od tej całej kłótni na korytarzu nie rozmawiały ze sobą. W ogóle, Lily gdzieś przepadła i nawet się na lekcjach nie pokazała. McGonagall pewnie dołoży jej kolejny szlaban.
Mia westchnęła cicho pod nosem i znów zapatrzyła się w migocący na jej paznokciu lakier. Hilary natomiast nawinęła na palec pasmo swoich czarnych loczków i wsadziła jego końcówkę do ust. Przygryzając je swoim głupim zwyczajem, połączyła ze sobą kolejne fakty.
Z wszystkich osób znajdujących się w dormitorium, to właśnie ona miała wybitnie obserwatorski umysł. Nikt właściwie nie wiedzie, kiedy i jak, ale widziała i słyszała praktycznie wszystko. I wszystko to, czego się dowiadywała, zachowywała dla siebie. Siedziała cicho i słuchała uważnie, co jakiś czas sklejała ze sobą poszczególne wydarzenia, starając się z nich stworzyć poskładaną całość. Dla niej wszystko działało na zasadzie akcja-reakcja. Nic nie pozostawało bez śladu. Wystarczy jedynie szukać w odpowiednich miejscach.
Lily miała do niej niewyobrażalny respekt. Ceniła Hilary za to, że nie rozgaduje wszystkiego na prawo i lewo i potrafi zachować dla siebie tajemnice czy zaobserwowane faktu. Częściowo szacunek ten wynikał też z faktu, że Hilary jako jedna osoba, którą Lily poznała w Hogwarcie, mogła poskładać wszystko na tyle umiejętnie, by zacząć się zastanawiać, kim właściwie jest młoda Evans i jaka tak naprawdę ona jest.
Spomiędzy jej zwojów mózgowych ulokowanych w tylniej części czaszki wyjrzała pewna myśl. Nieco bojaźliwie, jakby miała zostać użyta do niekoniecznie przyjemnych celów, przemaszerowała na czoło i zaświtała z pełną jasnością.
„Kolejny szlaban” – tak powiedziała Naomi.
To niepodobne do Lily, bo w ogóle dostać szlaban a tym bardziej kilka. Coś w tej dziewczynie nie pasowało do ogólnie przyjętej całości. Wszem i wobec funkcjonował fakt, że Evans to miła, idealnie wychowana, wzorowa i pilna uczennica przepadająca za wygłupami równie mocno jak za transmutacją, czyli wcale. Jednak coś w tym obrazku przyciągało uwagę i zakłócało harmonie reszty. Na przykład tej jej ironiczny uśmieszek ukrywany często za dłonią, czy taki idiotyczny szczegół jak jej ciągłe trzymanie ręki w kieszeni. I ten zupełnie wykraczający poza marginesy przyjętych norm wściekle pomarańczowy plecak i kolorowymi kapslami i przypinkami. Ktoś by pomyślał, że taka osoba jak Lily powinna być stonowana i nie rzucająca się w oczy. Nosiła w prawdzie cały czas szare i zielone ciuchy, ale ten jej plecak... I wstręt do torebek, typowych dla dziewczyn w ich wieku. I ten idiotyczny zielony, sztruksowy i w dodatku niemodny płaszcz zimowy. No i pozostawało jej dziwne zachowanie. Zdawać by się mogło, że przez cały czas się hamuje, gryzie w język i ogranicza. Hilary momentami odnosiła wrażenie, że jej ruchy są niepełne. Jakby je zaczynała, ale nagle się ocknęła i nie dokańczała ich. Teraz ten wizerunek w oczach panny Thermopolis został uzupełniony o niewyobrażalne wręcz w połączeniu z Evans, szlabany. Tak, zdecydowanie Lily Evans nie pasowała sama do siebie.
Drzwi otworzyły się z niemałym skrzypnięciem i do pokoju wkroczyła Lily. Ruszyła zamyślona przez pokój i potknęła się o książki Ann ustawione w kolumnę na podłodze. Gdy Evans była zamyślona automatycznie wszystkie jej zmysły się wyłączały. To dotyczyło też zmysłu orientacji i równowagi.
-Trzeba by tu posprzątać – zauważyła odkrywczo Mia, podczas, gdy Lily starała się odzyskać równowagę mocno się przy tym trzymając kolumny jednego z łóżek.
-E tam. Dobrze jest – zapewniła Evans i uważnie patrząc pod nogi ruszyła ponownie w stronę łóżka. Odgarnęła kotary i rzuciła się na materac. Stęknęła cicho i wyciągnęła spod narzuty Księgę. Zamaszystym ruchem odrzuciła ozdobną kapę i podrapała się w głowę widząc książki, podręczniki, pergaminy i swój plecach.
-Chce ktoś karalucha z Miodowego Królestwa? – zapytała, zgarniając na bok puszkę z przysmakiem. Na ogólny pomruk aprobaty rzuciła blaszaną puszką w kierunku siedzących na kwiecistym dywaniku dziewczyn. Sama władowała sobie do ust bryłę nugatu. Niedbale zepchnęła wszystkie przedmioty poza krawędź łóżka i władowała się pod kołdrę.
-Lily, ja wiem, że masz wielkie zamiłowanie do syfu, ale mogłabyś chociaż szanować książki z biblioteki. – Zauważyła Mia, spoglądając na dziewczynę karcącym wzrokiem. Mieszkając z Lily w dormitorium przez te ponad pięć lat zdarzyła ją poznać na tyle, by spostrzec, że dziewczyna ma wybitnie ograniczone rozumowanie, jeśli chodzi o bycie konsekwentnym i odpowiedzialnym.
-Przetrwały tyle lat, to i takie coś przetrwają – żachnęła się młoda Evans. Mimo wszystko jednak schyliła się i podniosła z podłogi Księgę i podręcznik nijakiej Bowie. – Proszę bardzo. Tyle krzyku o nic.
-Jesteś niekonsekwentna – zawyrokowała Naomi, wygłaszając zdanie, które wszystkie miały na językach.
-Daruj, ale nie wmówisz mi, że jestem niekonsekwentna. Właśnie wróciłam ze szlabanu! To jest chyba pewien przejaw konsekwencji i brania odpowiedzialności za własne czyny! No, chyba, że ostatnio coś się zmieniło i nie jestem dobrze poinformowana – zdenerwowała się dziewczyna.
-Po co ten sarkazm? Naomi tylko zwróciła ci uwagę – zauważyła Hilary, nawijając włosy na palec.
-Właśnie wróciłam ze szlabanu i nie mam ochoty słuchać, że jestem niekonsekwentna i nie biorę na sobie odpowiedzialności! – Tłumaczyła Lily, tracąc cierpliwość. Była zmęczona i rozdrażniona, a dziewczyny tylko dolewały oliwy do ognia.
-Jesteś odpowiedzialna i konsekwentna, ale tylko, jeśli nie chodzi o szkołę. Najlepszym przykładem są te twoje korki u McGonagall.
Drzwi do łazienki otworzyły się i stanęła w nich Ann z ręcznikiem na głowie. Wytarła wilgotne jeszcze dłonie o szlafrok i założyła je na piersi, jakby było jej zimno. Rozejrzała się ze zdziwieniem po pokoju, szukając w twarzach dziewczyn wyjaśnienia tych krzyków.
-Proszę, proszę. Widać to wypracowanie ma mnóstwo wykrzykników – stwierdziła z kpiącym uśmieszkiem.
-Jakie wypracowanie? – zdziwiła się Lily, spoglądając to na Ann, to na dziewczyny. Mia zdawała się skurczyć.
-Amelia ci jeszcze nie powiedziała? Chciała cię poprosić o pomoc w jakimś wypracowaniu – powiadomiła Ann, nagle przestawiając się na wolę wrednej i uszczypliwej.
-O, jasne! – warknęła Lily, teraz już klęcząc na materacu. – Najpierw się ze mną pokłóć a później poproś o napisanie wypracowania. Na pewno wtedy ci pomogę.
Zeskoczyła z łóżka i wyminęła Moon w drzwiach. Zamknęła się w łazience z trzaskiem a w sekundę po tym zaszumiała woda lecąca z prysznica.
W pokoju zaległa zdziwiona cisza. Mia i Hilary siedziały na podłodze z wybitnie zdezorientowanymi minami, a Naomi wykrzywiła twarz w grymasie bezgranicznego zdumienia.
-Czemu to powiedziałaś? – zapytała w końcu, opuszczając ze zrezygnowaniem ręce.
-Co takiego? – zdziwiła się sztucznie Ann. Uśmiechnęła się, jakby była równie zdziwiona zachowaniem Lily, co reszta i pomaszerowała do swojego łóżka. Usiadła na materacu i zasłoniła wszystkie kotary na około, odcinając się od świata.
-Co się z nimi dwiema dzieje? – zapytała histerycznie Naomi, zupełnie nie rozumiejąc, co się wydarzyło w ciągu ostatnich minut.
-Są pokłócone, to co – stwierdziła rzeczowo Hilary, spoglądając na drzwi łazienki, za którymi ukryła się Lily.

Syriusz kręcił się po dormitorium w poszukiwaniu swojego czasopisma motoryzacyjnego, James siedział na swoim łóżku i skrobał coś w małym kawałku drewna pogwizdując przy tym utwór Herbie’go Hancock’a*. Remus siedział pod ścianą i przerzucał kartki jakieś książki w poszukiwaniu następnego zaklęcia a Peter zaczytywał się w najnowszych informacjach ze świata.
Black z triumfalnym uśmiechem wyciągnął zrolowane czasopismo z wazonu i rzucił się na swój materac. Przewrócił kilka stron w poszukiwaniu artykułu, na którym skończył i zagłębił się z najnowszych wieściach o Suzuki GS750. Zamruczał z zachwytem wpatrując się w połyskujące chromem części.
-Koleś, patrz na to – powiedział, podsuwając Potterowi pod nos zdjęcie. James mruknął z niezadowoleniem i odsunął od siebie magazyn.
-Ślepy jesteś? Nie widzisz, że jestem zajęty? – warknął i na nowo przysunął dłut do drewna. Syriusz opadł z kpiącym uśmiechem na łóżko i zapatrzył się z fotografię. Zerknął na przyjaciela i pokręcił z niedowierzaniem głową.
On by nie miał tyle cierpliwości.
Potter od kilku dni skrobie w tym jednym klocku drewna próbując nadać mu odpowiedni kształt. Syriusz podziwiał go za jego determinację, ale jednocześnie nie rozumiał, po co się tak męczyć, skoro równie dobrze można znaleźć jakieś odpowiednie zaklęcie, czy coś w tym rodzaju.
-Co to ma właściwie być? – zapytał nieco opryskliwym tonem.
-Żyrafa – odpowiedział Potter wpatrując się w bezkształtny kawałek drewna.
-Żyrafa? – Zdziwił się Black i prychnął. – Dla kogo?
-A jak myślisz? – warknął James i spojrzał na Syriusza z byka.
-Dobra, już dobra – zaśmiał się Black i uśmiechnął się wrednie – Myślisz, że przekupisz ją żyrafą?
-Myślę, że wcale jej nie przekupię – stwierdził smętnie James i poprawił palcem wskazującym zjeżdżające mu okulary.
-Niby czemu? – zdziwił się przysłuchujący się im od jakiegoś czasu Remus.
-Tysiąc innych chłopaków nie mogło jej dosięgnąć. Jak mógłbym to być ja? – zapytał z ironicznym uśmiechem James a jego brwi odruchowo uniosły się na sekundę i zaraz opadły.
-Nie znowu takie tysiąc. Barry’emu Ronaldo, temu Puchonowi się udało – stwierdził słusznie Black i oparł się o wezgłowie swojego łóżka.
-Dzięki – mruknął ironicznie Potter – Naprawdę świetnie, że mi przypomniałeś, że Lily woli jakiegoś kujonowatego Puchona ode mnie.
-Zależy, co rozumiesz, przez „woli” – dołączył się nagle Peter przerywając lekturę o nowych planach Ministerstwa Magii.
-Chodziła z nim – przypomniał Potter wykonując swój firmowy ruch brwiami.
-Ale się z nim nie całowała – obwieścił z uśmiechem Glizdogon.
-Co? – Pochwycił natychmiast James wpatrując się w Petera jak w wyrocznię.
-No proszę. Jednak niedostępna Evans jest faktycznie niedostępna – mruknął ze zdziwieniem Black i pokręcił z niedowierzaniem głową. Po jaką cholerę być w związku i się nawet nie pocałować? To nie miało dla niego ani grama sensu.
-Skąd to wiesz? – dopytywał się Potter, puszczając kąśliwą uwagę przyjaciela mimo uszu.
-Naomi się wygadała. Mówiła, że Lily się nigdy nie całowała z tym Puchonem i że tylko z nim rozmawiała i chodziła na spacery. – Peter uśmiechnął się widząc zadowolenie malujące się na twarzy Jamesa z każdą sekundą. Był jakoś śmieszenie dumny z siebie, że to właśnie on przekazał tak ważną informację.
-Paranoja! – Wybuchnął nagle Syriusz i usiadł na łóżku. – Po co z kimś chodzić skoro nawet się z nim nie całujesz?
-Ja nie narzekam – stwierdził James, nagle cały w skowronkach. Uśmiech mu się rozciągnął tak mocno na twarzy, że gdyby nie uszy pewnie miałby go dookoła głowy. – Mi taki układ pasuje wyśmienicie!
Syriusz spojrzał na niego z niedowierzaniem i politowaniem wymieszanym na twarzy. Wystawił język i pokiwał głową, jakby przedrzeźniał Jamesa.
-Ciekawe, czy by ci tak pasował, gdybyś to ty chodził z Lily – zaśmiał się Remus. Potter taktownie zignorował tą uwagę.
-Kudre! – Wybuchnął nagle – Fajnie by było, jakbym to ja pierwszy ją pocałował – rozmarzył się.
-Co ty myślisz? Że Lily jeszcze się nigdy nie całowała? – prychnął z politowaniem Black – Z resztą, kto w ogóle ma takie marzenia? Spadaj zboczeńcu! – powiedział i usiadł na łóżku Petera, jakby James miał tyfus.
-Hej, słuchajcie! – wykrzyknął nagle najprawdopodobniej całkowicie odcięty od rzeczywistości Peter, wpatrując się w karty gazety jak w szklaną kulę. – „Kolejne tajemnicze zniknięcie. Ministerstwo zaleca specjalne środki ostrożności”. – przeczytał nagłówek jakiegoś artykułu i spojrzał z podekscytowaniem na twarze przyjaciół. W pokoju zapadła pełna oczekiwania cisza.
-No i co z tego? – przerwał ją w końcu wciąż upojony szczęściem James i wzruszył ramionami z czystą ignorancją. – Ostatnio takich zniknięć jak mrówków.
-No właśnie! – podchwycił Peter i z ożywieniem zaczął stukać palcem w gazetę – Co chwila jakieś. A w Proroku są o tym jedynie jakieś krótkie wzmianki!
Zarówno Syriusz jak i James mieli równie tępe miny jak przed chwilą. Jedynie Remus się ożywił trochę i zamyślił.
-Racja – powiedział, wpatrując się z zainteresowaniem w sufit. Opuścił wzrok na przyjaciół, jakby oczekiwał, że już załapali, o co chodzi. – W Proroku zawsze są jakieś plotki i domysły na każdy temat. To dziwne, że takie masowe zniknięcia są tam tylko ledwo wspomniane – wytłumaczył cierpliwie.
-No w sumie to racja. Co, jak co, ale takie Prorok to na pewno by nie przepuścił okazji do sensacji – stwierdził Syriusz.
-I jeszcze to zalecenie Ministerstwa. Coś to wali przekrętem – zawyrokował James. Umilkł, starając się wychwycić myśl, która mi krążyła po głowie.
-Na kilometr – dopowiedział Peter i znów otworzył gazetę. – „Ze względu na rosnącą wciąż ilość tajemniczych zniknięć i zgonów spowodowanych Zaklęciami Niewybaczalnymi, apeluję całe społeczeństwo czarodziei o zachowanie wzmożonej czujności i możliwe ograniczenie opuszczania domów i mieszkań po zmroku. Proszę również o zgłaszanie wszelkich podejrzanych zajść do Ministerstwa Magii. Z poważaniem, Minister Magii, Milicenta Bagnold.”.
W dormitorium zapadła pełna domysłów i niepokoju cisza.
-Hej, w Miodowym Królestwie, ta babcia, co mnie tłukła parasolką – powiedział dość niejasno James, nagle posiadając umiejętność łączenia faktów w coś więcej niż lepką papkę.
-To co z nią? – dopytywał się Remus.
-Krzyczał coś o jakichś Śmierciożercach. Może to ma jakiś związek z nimi – stwierdził.
-Możliwe. Było ostatnio coś o nich w gazetach? – zapytał Lupin Petera. Chłopak pokiwał przecząco głową starając się wyłowić z pamięci jakiekolwiek wzmianki o takiej organizacji.
Syriusz spuścił głowę jak zwykle mu się zdarzało, gdy próbował wyhaczyć coś spomiędzy swoich zwojów mózgowych. Jakaś myśl pałętała mu się gdzieś nie po tej stronie czaszki, po której by mu się mogła na coś przydać. Miał co do niej niewyraźne przeczucie, że niekoniecznie może się okazać przyjemna i miła jak kołysanka. Mimo to starał się ją rozjaśnić i sprecyzować.
Myśl przeszła wolno i lękliwie na przód jego czaszki, po czym zabłysła jarzącym blaskiem.
-W wakacje kilka razy podsłuchałem, jak moja kretyńska rodzinka mówiła coś o jakichś zaplanowanych akcjach, oczyszczaniu świata i czarnym panie, czy kimś w tym rodzaju – powiedział powoli i niepewnie, jakby poszczególne słowa po kolei przychodziły mu do głowy.
-Myślisz, że to ma jakiś związek z tymi wszystkimi atakami? – zapytał James, przechylając się do przodu. Już dawno porzucił swoją bezkształtną żyrafę, dłut i mały młotek na narzucie łóżka.
-Nie zdziwiłbym się. Ci psychopaci są zdolni do wszystkiego.
Zapadła niezręczna cisza. Nikt z nich nie wiedział, jak teraz może się czuć Syriusz, noszący brzemię podomka długiego, lecz nie aż tak szlachetnego jak się mówi, rodu Blacków. Gdyby się okazało, że te zniknięcia mają związek z jego rodziną, byłoby to kopnięcie leżącego i kilogramowy odważnik, który zaważyłby na jego decyzji o jak najszybszej wyprowadzce z domu rodzinnego.

Na skórze wyszła jej gęsia skórka a plecy przeszywały mroźne dreszcze, gdy stała długo i uparcie pod prysznicem. Stopy jej zmarzły przez kafelki a usta posiniały.
Zakręciła wodę dopiero, gdy dziewczyny przestały pukać do drzwi i prosić ja, by się nie zgrywała i wyszła. Od kilku minut niczego nie słyszała. Możliwe, że dały sobie spokój i poszły spać.
Owinęła się szczelnie dużym ręcznikiem i wyszła z kabiny.
Naskoczyły na nią. No wzięły i naskoczył! Za to, że zrzuciła książki na podłogę!
Fakt, może to było grubiańskie i bezczelne, ale to chyba nie powód, że by wyzywać kogoś od rozwydrzonych i nieodpowiedzialnych.
Stanęła przed lustrem i wytarła jego zaparowaną taflę dłonią.
„Jesteś niekonsekwentna.”
To samo powiedziała McGonagall wlepiając jej następny szlaban. Mówiła, że musi się wykazać konsekwencją, że status Animaga Przepowiedzianego to nie tylko byle jaka przepowiednia, ale również wielka odpowiedzialność.
Więc... Może jednak coś w tym jest?
Ale przecież chodzi na szlabany, na te pozbawione sensu lekcje animagii, ćwiczy na treningach. Bierze odpowiedzialność za decyzje, które podejmuje. Bo przecież to o to chodzi, prawda? By robić, co do ciebie należy i by dążyć do wyznaczonego celu. W prawdzie nie miała ochoty biec do niego po trupach, ale to zawsze coś.
Wypluła z ust pianę od pasty do zębów i wytarła twarz ręcznikiem. Przebrała się w piżamę i cicho uchyliła drzwi do dormitorium. Dziewczyny spały, oddychając miarowo w rytm melodii ze swoich snów. Najwyraźniej znudziło im się wysiadywanie pod drzwiami w oczekiwaniu na jej wyjścia z łazienki. I bardzo dobrze. Nie miała ochoty z nimi rozmawiać. Miała całe mnóstwo innych spraw. Jutro z rana będzie musiała napisać listy do bliźniaków a także odpisać na zapewniony już list od rodziców. Musi oddać podręcznik Ibe Bowie i poćwiczyć zaklęcia, które McGonagall dla niej wyznaczyła. Powinna też znaleźć czas na odwiedzenie gajowego Hagrida i podziękowanie mu za pomoc. Jest jeszcze kłótnia z Ann i scysja z dziewczynami.
A one jej mówią, że jest nieodpowiedzialna i niekonsekwentna! Przecież wywiązuje się z wszystkiego! Właśnie o to w tym chodzi!
Zasnęła.
Błąd.
Bycie konsekwentnym i odpowiedzialnym nie oznacza tylko odwalenia swojej roboty. To także opieka nad innymi, bycie z nimi i myślenie o nich.
Ale nieodpowiedzialna i niekonsekwentna panna Evans tego jeszcze nie pojęła.

Wszędzie było tak ciemno, że czerń wydawała się tu zaledwie szarością. Gdzieś daleko, daleko, jakby pod nieistniejącą ścianą, kołysały się migotliwe cienie. Zdawało się, że czekają na swoją kolej do czegoś. Rozległ się dźwięk dzwoneczków i na przód wyskoczyła jedna ze zjaw. Wirowała tak szybko, że zlewała się z ciemnym tłem za sobą. Zaczęła zwalniać i zwalniać, aż stanęła w miejscu.
Była to runa dagaz.
________________________________________

*Herbie Hancock - amerykański pianista i kompozytor jazzowy, jeden z najsłynniejszych przedstawicieli gatunku. W tego, co wiem, tworzył równierz w latach 70 i 80.


komentarze [13]

Przepowiednia bez dowodu || wtorek, 27 marca 2007 14:01:52

Lily zastygła z piórem nad pergaminem. Atrament kapał czarnymi kroplami i robił kleksy na dopiero co zapisanych notatkach. Uniosła ukradkiem wzrok i zerknęła na McGonagall. Profesorka skończyła swój maraton wzdłuż ściany i stała przed oknem, plecami do dziewczyny. Splotła z tyłu ręce i zapatrzyła się przed siebie.
Evans, korzystając z chwili wytchnienia, chuchnęła sobie na nadgarstek. Od piętnastu minut wypruwała z siebie flaki, by nadążyć za wściekłą prędkością, z jaką profesorka wypluwała z siebie kolejne części notatek. Lekcje animagii ją zawiodły. Gdy szła na pierwszą z nich tydzień temu oczekiwała, że przejdzie od razu do praktyki. Tymczasem wyglądały one jak każde inne zajęcia prowadzone przez nauczyciela z zamiłowaniem to teorii. Polegały na spisywaniu każdego słowa, jakie wypływało z ust profesorki.
Spojrzała na swój pergamin. Od góry do dołu zapisany był regułkami i teorią. Właśnie tak wyglądały fascynująco brzmiące lekcje animagii. Mnóstwo nudnych literek, które same w sobie nie miały nic z magii.
Mimo woli przez głowę przebiegał jej myśl, że to absurdalne. Śniło jej się coś – wielkie rzeczy. Może się założyć, że co druga osoba miała kiedyś jakiś głupi sen. Dodatkowo nawet nie wie, czy warto się tak męczyć. Nie widziała twarzy osoby, której ma pomóc. Jaki jest więc cel w tym siedzeniu nad książkami i modleniu się o litość McGonagall?
Profesorka odwróciła się i spojrzała na Lily. Dziewczyna przybrała pozę gotowości do pisania.
-Ostatni punkt – obwieściła McGonagall – Definicja zmiany animaga: Należy skupić całą swoją wolę na osiągnięciu celu, wyobrazić sobie obiekt przemiany i wypowiedzieć formułę zaklęcia: Bestiavicissido*. Zaleca się trzymanie przy tym różdżki.
Opiekunka zamilkła i ponownie zapatrzyła się w okno. Lily tymczasem postawiła kropkę na końcu zdania i wyprostowała się na niewygodnym krześle.
I to tyle? Jedna regułka i już? Przecież opanowanie przemiany w animaga zajmuje w normalnych okolicznościach kilka lat! Skoro definicja tej przemiany ma raptem jedno zdanie, to gdzie leży haczyk? Co jest w tym takiego trudnego, że niewielu magów opanowało tą sztukę? Przecież wszystko jest tu podane, jak na tacy. Znając definicje, jak można to sknocić?
Lily skrzywiła się i podrapała za uchem.
To nielogiczne. Czysta abstrakcja.
McGonagall spojrzała na dziewczynę kątem oka i mimowolnie się uśmiechnęła. Dokładnie wiedziała, co Evans myśli. Pewnie w myślach krzyczała, że to za proste, że mając przed sobą regułkę, nie idzie tego nie dokonać. Każdy na początku tak myślał. I wszyscy w pewnym sensie mieli racje. To było proste, ale tylko z perspektywy definicji. Gdy przychodzi do praktyki, ludzie nie mogą się skupić na tyle, by przemienić chociażby jeden palec. A jeśli już im się to uda, polowa rezygnuje, nie chcąc doznawać więcej bólu. A przecież trzeba przemienić jeszcze resztę ciała.
Nie była pewna, czy Evans sobie poradzi. Szczupła szesnastolatka nie wygląda na osobę, która potrafiłaby przejść aż tyle tylko po to, by polatać sobie jako Feniks i uratować kogoś, kogo twarzy nawet nie widziała. Postanowiła sobie jednak, że podczas tych czterech tygodni zrobi wszystko, by dziewczyna opanowała tę sztukę. Nic nie wskazywało na szanse powodzenia, ale to nie mogło odebrać nadziei.
Odwróciła się w stronę Lily i splotła dłonie na plecach.
-Oczywiście, doświadczeni animagowie nie muszą mieć różdżki. Początkującym daje ona możliwość łatwiejszego skumulowania energii. Wieloletni animag potrafi tego dokonać bez niej. Podobnie jak nie muszą wymawiać zaklęcia głośno. Jest to zaklęcie niewerbalne. Z tego, co wiem, w zaklęciach niewerbalnych jesteś bardzo dobra, jednak wolałabym, żebyś na początku mówiła głośno akurat tą formułkę.
Wzięła coś ze swojego biurka i położyła przed Gryfonką. Dziewczyna chwyciła pergamin i zlustrowała jego treść.
-Oczekuję, że opanujesz to wszystko w ciągu tego weekendu. To tylko podstawowe teorie transmutacji, chociaż z bardziej rozległą wiedzą cała przemiana byłaby bezpieczniejsza. Jednak terminy gonią, a my musimy iść dalej. Resztę potrzebnego materiału będziesz miała okazję opanować w następny weekend, gdy wszyscy będą w Hogsmeade.
Lily rozwinęła dalej zwój pergaminu. Przed sobą miała trzydzieści rozległych punktów i zaklęć, które musi opanować przez dwa dni. Najbliższa przyszłość nie zapowiadała się więc różowo.
-A teraz wstawać – nakazała McGonagall – Przechodzimy do praktyki.

Syriusz zjechał jeszcze niżej po ścianie i niemal rozłożył się na podłodze. Westchnął ciężko i rozejrzał się po korytarzu, na którym od kilkunastu minut leżeli. Nic się w nim nie zmieniło, poza kolorem kawałka ściany, który teraz przedstawiał fresk Filcha wiszącego do góry nogami. James też się nudził.
Westchnął po raz kolejny. Nuda go męczyła. Nie lubił siedzieć w jednym miejscu.
Remus przewrócił kartkę swojej przemyconej na szlaban książki a Peter objadał się Fasolkami.
Trącił Jamesa, by w końcu przerwać milczenie.
-Gdzie z tymi grabiami? – warknął Rogacz. Jego fresk został wzbogacony o paskudną czarną kreskę.
-Nudzi mi się – powiadomił Black.
-A to ci dopiero nowina – mruknął James i rozłożyła się obok przyjaciela – Byłoby ciekawiej, gdybyśmy szorowali ściany – stwierdził.
-Z hipogryfa spadłeś? – Zasugerował Black i oboje zamilkli. Łapa ponownie zanurzył się w nudzie, a Potter rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia.
-Czemu właściwie nie pójdziemy do wieży i nie wrócimy za te dwie godziny? – Zapytał Peter a reszta spojrzała na niego w oszołomieniu.
-Właśnie, dlaczego tak nie zrobimy? – Pochwycił Black.
-Bo jesteśmy kretynami i o tym nie pomyśleliśmy – stwierdził smętnie Lupin i podniósł się z posadzki.

Ann ocknęła się nagle z błogiego snu i rozejrzała się ze zdezorientowaniem po pomieszczeniu, w którym się znajdywała. Potężny, stary regał zasłaniał dwie ściany. Objuczony był książkami i starodrukami. Na innej ścianie znajdował się kominek, przed którym stała miękka, skórzana kanapa, na której leżała dziewczyna. Obok stoliczek z parującym wciąż kubkiem kakao. Na ostatniej ścianie drzwi prowadzące na korytarz.
Zdrzemnęła się. Ziewnęła potężnie i rozciągnęła zesztywniałe mięśnie. Zrzuciła niechcący na podłogę podręcznik, z którego się uczyła, by odwrócić swoją uwagę od natrętnych myśli. Podłożyła sobie dłonie pod głowę i wyciągnęła się, mlaskając smacznie. Pokręciła z rozkoszą głową, czując przyjemne mrowienie. Mogłaby tu spędzić resztę roku szkolnego. Bez nauczycieli, bez obowiązków, bez walniętych Huncwotów, bez ciamajdowatej Nami, bez szurniętej Lily.
Perspektywa wspaniała. Tylko kanapek brakowało. Ale jakby się uprzeć, można by je przecież wyczarować. Jest tu przynajmniej setka książek. Na pewno w jednej z nich znalazłoby się jakieś zaklęcie.
Ocknęła się nagle i przetarła oczy pięściami. Tuż po przebudzeniu miała chwilę nietrzeźwości mózgu. Jej specjalnością w ciągu tych kilku minut było myślenie o zielonych migdałach.
Usiadła na sofie i ziewnęła. Podniosła w ziemi książki i ułożyła je w równy słupek obok niskiego stoliczka. Palcem sprawdziła temperaturę kakao i upiła mały łyczek.
Wracając do tematu, o co to ona się pokłóciła z Lily?

Parada składająca się z czterech Gryfonów ruszyła korytarzem. Maszerujący na jej czele Potter szedł krokiem gwardzisty, zamiatając szeroko rozłożonymi ramionami, odpychając łokciami niewidzialne przeszkody.
Minął zakręt i zatrzymał się w pół kroku. Rozłożył na boki ramiona, by powstrzymać przyjaciół przed pokonaniem kolejnych metrów.
-Co jest? – Zapytał Syriusz i spojrzał znad ramienia Jamesa w miejsce, gdzie utknął wzrok Rogacza.
Przed nimi, na posadzce siedziała Pani Norris, antyczna kotka woźnego tak samo nieśmiertelna jak jej właściciel. Machała swoim puszystym, kocim ogonem wyginając go wdzięcznie. Wyprostowała się dumnie i zrobiła coś, co przy odrobinie szaleństwa można by było nazwać uśmiechem. Wyszczerzyła swoje piłowane pilniczkiem kły do chłopaków i wydała z siebie przerażający pomruk.
-A niech by to szlag – powiedział ponuro Peter i zmarkotniał.
-Spokojnie moi zacni przyjaciele – polecił Potter w przypływie nagłej szlachetności – Ocalę nas!
Wydobył zza szkolnego płaszcza różdżkę i wycelował nią w kociego terrorystę. Pani Norris zasłynęła w Hogwarcie głównie z tego, że nie sposób było się jej pozbyć, jak już się przyczepiła. Gdy woźny stawiał ją na warcie, by pilnowała jakiegoś szlabanu, nie było szans na ucieczkę o ile nie miało się przy sobie półtora kilograma sardynek.
-Bez szans, koleś – mruknął Black, któremu udzielił się humor Glizdogona – Ona jest niezniszczalna – stwierdził, wykonując nieskoordynowany ruch ręką w stronę kotki.
-Przed moją różdżka i powalającym talentem nic się nie uchroni – stwierdził zuchwale Potter a za jego plecami Lupin przejechał otwartą dłonią po twarzy.
-I właśnie dlatego jesteś powszechnie uznawany za nieokrzesanego barbarzyńcę ze skłonnością do niszczenia wszystkiego – stwierdził Syriusz
Potter puścił tę zgryźliwą uwagę mimo uszy i machnął energicznie różdżką. Rozległ się huk przewracanej zbroi a Pani Norris przy akompaniamencie wrzasku wgryzła się z nogę swojego oprawcy.

Lily podskoczyła gwałtownie, gdy z korytarza dobiegł pisk jakiejś dziewczyny. Brzmiał, jakby ktoś obdzierał ją ze skóry. Był to ten rodzaj wrzasku, w którym buzia jest szeroko otwarta a język wywalony na wierzch.
-Co tam się dzieje?! – ryknęła McGonagall wypadając na korytarz. Rozejrzała się po nim dziko i ruszyła w sobie tylko znanym kierunku. Kierunku skąd dobiegał krzyk i gdzie – o zgrozo! – reszta jej podopiecznych odpracowywała szlaban.
Niech no ona ich dorwie. Wypatroszy ich! Popamiętają ją do końca swojego marnego życia! Wybałuszy im jelita na wierzch i powiesi za uszy w Wielkiej Sali! Przecież do nich szlaban nie może przemówić! No skądże! Ich to w ogóle nie rusza. Oni muszą narobić jeszcze dodatkowego zamieszania, chociażby po to, by zrobić aferę! Że też Tiara Przydziału skazała ją na całe siedem lat z nimi. Jakby nie mogła ich przydzielić dajmy na to do Hufflepuff'u. Ale nie! Bo przecież ona doszukała się z tych zuchwałych nicponiach odwagi.
Zakasała poły swojej średniowiecznej sukmany i ruszyła przed siebie z chęcią mordu wypisaną na twarzy.
Evans na jej oczach wykazywała się brakiem rozumu i zdyscyplinowania, Potter zwiewał z terenu Hogwartu i rozwalał regały w Miodowym Królestwie, Black był uzależniony od łamania serc, Peter przejadał zapasy kuchenne a Lupin jako prefekt ujawniał skłonności do niewidzenia wybryków swoich przyjaciół.
-Jasne – stwierdziła pod nosem McGonagall, przyspieszając – Wszystko gra. Tra la la la. No świetnie!
Rozpędziła się i imponującym łukiem weszła w zakręt. Za nią, z płucami wyschniętymi jak rodzynki, posapywała Evans.

-Weź to ze mnie! – Ryknął Potter, skacząc na jednej nodze. Wierzgał przy tym dziko swoją drugą kończyną dolną, której kurczowo uczepiła się Pani Norris. Machał zawzięcie różdżką, rzucając każde zaklęcie, jakie mu przyszło do głowy. W dobrym celowaniu przeszkadzał mu jednak fakt, że starał się utrzymać na jednej nodze.
Black cofnął się z uniesionymi w obronnym geście dłońmi.
-Daruj, ale samobójcą nie jestem.
-Chłopaki, McGonagall nadchodzi – powiadomił Peter, który w przypływie sprytu stanął na czatach, w razie, jakby kogoś diabli nieśli. Potter tymczasem zaklęciem przefarbował sobie buta.
-Oderwijcie ode mnie to dzikie cholerstwo! – Ryknął w odpowiedzi Rogacz, skaczą po korytarzu. Lupin z wyciągniętymi przed siebie rękoma, podszedł do niego najbliżej, jak by zdrowy rozsądek i szalejąca różdżka Pottera pozwalały.
-Uspokój się – poradził, swoją drogą niezbyt uspokajająco.
-Uspokój się? Ta pijawka wgryzła mi się w kostkę! – Wrzasnął Potter. Dla złapania równowagi odskoczył do tyłu. Z gracją wieloryba na Saharze wdepnął nogą w wypełnione wodą wiadro i poleciał z dzikim wrzaskiem do tyłu. Black, korzystając z okazji, podleciał do niego i przezornie wyciągnął mu z rąk różdżkę.

Lily wrzasnęła dziko i zahamowała gwałtownie. Poślizgnęła się na rozlanej wodzie i poleciała na plecy. Nad nią przeleciała najeżona Pani Norris, piszcząc cienko. Kotka wylądowała, jakimś tam cudem, na czterech łapach, machnęła groźnie pazurkami na Pottera, syknęła przerażająco i pomknęła schodami w dół.
-Co tu się dzieje?! – Ryknęła McGonagall. Lily uniosła nieprzytomnie głowę i wyzezowała w postać profesorki. Pokręciła mocno głową dla odzyskania ostrości i spojrzała przed siebie. Cały widok przysłaniały jej jednak zgarbione plecy McGonagall, które to zwiększały swoją objętość, to znów wracały do normalnych rozmiarów. Kobieta wydawała przy tym nerwowe posapywania.
Wstała szybko i spojrzała z zaciekawieniem na stojących przed nią Huncwotów. Lupin pogwizdywał cicho, Peter kopał niewidzialny kamień, Black drapał się po głowie z przepraszającym uśmiechem a Potter leżał na podłodze, w kałuży wody, z jedną nogą w wiadrze a drugą wysoko uniesioną. Jak stwierdziła Evans, uniesiona noga była najprawdopodobniej wyrzutnią dla tymczasowo latającej Pani Norris. Lily parsknęła śmiechem i szybko zasłoniła sobie usta dłonią.
Potter pozbierał się szybko i z dziką furią zaczął dyszeć na wyścigi z McGonagall.
-TO mnie chciało pożreć! – Ryknął, całkowicie wytrącony z równowagi.
-I dlatego TO latało? – Zapytała profesorka.
-Coście zrobili mojej Pani Norris!? – Ryknął, nagle zmaterializowany woźny.
-Black! Co ty tam ukrywasz?
-Gdzie, pani psor?
-TO wzięło i mnie użarło! – Kwiczał dalej Potter pokazując swoją poszkodowaną nogę.
-Ja nie mogę, ale dym – mruknęła sobie pod nosem Lily, obserwując ten rozgardiasz z bezpiecznej odległości.

Po raz pierwszy odkąd zaczęła chodzić na lekcje animagii, została usadowiona w wygodnym, miękkim fotelu. McGonagall, nie mogąc usiedzieć spokojnie, po kilku rundkach wzdłuż ściany swojego gabinetu stwierdziła, że krzesło i ławka już nie będą potrzebne i tylko dodatkowo miejsce zabierają. Evans wobec tego była w położeniu naprzeciwko biurka profesorki i tyłem do niej samej. Nie miała ochoty się odwracać i wodzić za nabzdyczoną nauczycielką wzrokiem. Wprawione w ruch powietrze może odpalić zapłon.
Gabinet McGonagall był teraz jak składowisko wieloletnich, nigdy nie pranych, śmierdzących skarpetek. Nie należało zapalać w nim zapałki. Efekt mógłby być piorunujący.
Zapatrzyła się więc grzecznie w swoje dłonie splecione na kolanach i westchnęła bezgłośnie. Automatycznie podsumowała wydarzenia z ostatniego kwadransa, gdy to Pani Norris została kapultowana z nogi Pottera, McGonagall odnalazła przemyconą różdżkę w rękach Blacka a Filch groził Huncwotom przywieszeniem ich za uszy do wrót Wielkiej Sali.
Z zaskoczeniem stwierdziła, że właściwie to nie Potter na siłę pcha się w kłopoty. To kłopoty zwykle znajdywały jego. A fakt, że Potter jest klasycznym przypadkiem nadpobudliwości psychoruchowej tylko pomagał im w władowaniu go w następne szlabany. Bo i owszem – całej czwórce przedłużono szlaban o tydzień za zmasowany atak na zwierzę, zakłócanie porządku i oszukanie nauczyciela z premedytacją. Jak stwierdziła Lily, i tak McGonagall była litościwa.
-Wstawaj – warknęła profesorka, zatrzymując się w końcu w miejscu. Lily podskoczyła na środek pokoju i spojrzała ponuro na kobietę. Ta wyjęła swoją różdżkę i eleganckim gestem wraz z ręką spuściła ją wzdłuż tułowia – Zaprezentuję ci teraz poprawną transmutację w zwierzę. Patrz uważnie i staraj się zapamiętać jak najwięcej szczegółów.
McGonagall uniosła różdżkę tuż przy swoim nosie, przymknęła oczy i westchnęła głęboko. Wyglądała, jakby właśnie wzywała do siebie wszystkie cztery żywioły, by jej pomogły. Lily cofnęła się przezornie do tyłu.
-Bestiavicissido – powiedziała spokojnie i mocno profesorka.
Lily zmarszczyła z niechęcią nos obserwując uważnie, jak twarz profesorki w ułamku sekundy zmienia kształt i obrasta sierścią. Podobnie działo się z resztą ciała McGonagall. Zmniejszało się szybko a na skórze wyrastała gęsta, lśniąca sierść. Ręce zmieniły się w przednie łapy kota, na głowie wyrosły uszy zakończone szpicem. Z dolnej połowy pleców, gdzie traciły one swą szlachetną nazwę, wystrzelił puszysty ogon.
Lily z obrzydzeniem cofnęła brodę. Co innego patrzeć w przemianę zwierzęcia w człowieka na pierwszym roku Hogwartu, co innego obserwować zamianę własnej opiekunki domu w kocura, znając wszystkie regułki i wiedząc, co się dzieje z mięśniami, kośćmi i narządami.
Kilka kroków przed nią, na podłodze dumnie siedział kocur z oczyma mądrymi i sprytnymi, jak oczy człowieka i ze zwinnością godną swego gatunku wyrysowaną na mięśniach. McGonagall, dokładnie ukryta pod postacią kota, wstała i w pawią pychą przewędrowała od jednej ściany do drugiej. Stanęła w końcu w miejscu i zmieniła się w człowieka dokładnie tak samo, jak sześć lat wcześniej.
Lily spojrzała na stojącą przed sobą panią profesor, która aktualnie poprawiała włosy i przygładzała poły swojej szaty. Mimowolnie wynajdywała w jej ruchach kocią zwinność i powściągliwość.
-Przy zmianie z powrotem w człowieka, jako zwierzę wypowiadasz w myślach to samo zaklęcie – powiadomiła kobieta i schowała swoją różdżkę. Spostrzegając kątem oka zdziwioną minę uczennicy dodała szybko: Oczywiście po postacią zwierzęcia zachowujesz ludzką świadomość.
Evans mruknęła ze zrozumieniem i przebłyskiem nagłej i krótkotrwałej zapewne inteligencji. Nie była pewna, czy chce się tego nauczyć. Tyle czasu jej wmawiano i tłumaczono, przekonywano, że bez względu na wszystko powinna być sobą zawsze i wszędzie. Ciągle z resztą czyta o tym w listach od rodziców. A tu nagle okazuje się, że dyrektor i profesorowie oczekują od niej, że przeistoczy się w latającą pochodnie potocznie nazywaną feniksem. Przecież to niedorzeczne! Jak można tak na zawołanie wymówić zaklęcie i zmienić się w zwierze?
-Jakie jest zaklęcie? – Zapytała McGonagall podpierając się pod boki.
-Bestiavicissido – odpowiedziała bez zawahania Evans. Już od niejednego nauczyciela usłyszała, że ma pamięć do regułek.
-Doskonale. Teraz twoja kolej – stwierdziła kobieta i cofnęła się o krok, czy dwa. Skrzyżowała ręce na piersiach i uważnie obserwowała swoją uczennicę.
-Teraz, już? – Zadziwiła się szczerze Lily. Przecież ledwo poznała regułki i dowiedziała się, jak to wygląda, a już ma tego dokonać? Nie będąc nawet pewną czy to ma jakikolwiek sens?
-Nie ma, na co czekać, czas nas goni – stwierdziła pogodnie a jednak twardo McGonagall – Poza tym jutro będziesz tak samo kiepsko do tego przygotowana jak dzisiaj – zauważyła bez zbędnej delikatności i kiwnęła zachęcająco głową.
Lily westchnęła głęboko. Bała się. Dziwne to było uczucie, bo nie chciała się bać. Czuła wstręt do strachu. Nie można się bać. To ogranicza pole naszego manewru życiowego i zawęża nasze możliwości wynikające z wiary w siebie. Nie chciała się bać. Dlatego chciała spróbować. Jednak nie była również przekonana, co do sensu tego przedsięwzięcia. Mogła się założyć, że co drugiemu czarodziejowi śni się co jakiś czas, że jest biedronką, szczurem i tasiemcem. A jednak nikt im nie każde się w te stworzenia zamieniać. Nie była pewna, czy chce podejmować to ryzyko.
Nagle uderzyła w nią pewna prawda. Przecież jej się nie uda. A już w szczególności za pierwszym razem. Czego więc tu się bać? Bez sensu denerwować się o coś, co nie ma prawa się zdarzyć.
Uśmiechnęła się pod nosem i wyciągnęła różdżkę. Ustawiła ją w gotowości i zamknęła oczy.
-Skupi się całkowicie na tym, w co chcesz się zmienić – poradziła McGonagall.
Przywołała na myśl mgliste wspomnienie feniksa dyrektora Hogwartu i zmarszczyła nos.
-Bestiavicissido – powiedziała głośno i wyraźnie. Z przekonaniem, że się nie przemieni, nie oczekiwała niczego nadzwyczajnego. I nie przeliczyła się. Nie stało się absolutnie nic. Spojrzała na profesorkę z udawanymi przeprosinami pewna, że po nieudanej próbie ta wypuści ją do wieży. Tu się jednak przeliczyła.
-Jeszcze raz – poleciła hardo profesorka i oparła się niedbale o blat swojego biurka. Ona się przeliczyła. Liczyła chociażby na jeden mały pazurek. W końcu Evans to pilna, zdolna i konsekwentna uczennica. Nawet, jeśli ostatnio coraz częściej zdarzają jej się głupie wybryki.

Dochodziła ledwo jedenasta, ale Salon się wyludniał. Ciężki tydzień dawał uczniom się we znaki. Dormitoria oblegane były przez zmęczonych do granic możliwości studentów szkoły, w której profesorowie nie rozumieli ich potrzeby wytchnienia. W Pokoju Wspólnym pozostała garstka uczniów, którzy jeszcze nie odnaleźli w sobie tyle siły, by wspiąć się po spiralnych schodach.
Przetarł otwartą dłonią twarz i usiadł na brzegu fotela. Oparł łokcie na kolanach i splótł palce dłoni. Przygryzł nerwowo paznokieć kciuka i zapatrzył się w ogień tańczący na polanach. Pozostała trójka wybyła do pokoju zająć się czymś sensownym. Przewidując, że u góry nie będzie miał jak pomyśleć, został w cichym Salonie.
Niepokoił się reakcji Ojca, gdy ten dostanie list od McGonagall. Wiele musiał poświęcić czasu, by przekonać go do siebie i pokazać, że można mu zaufać. Nie miał wątpliwości, że jutro z rana dostanie porządnego wyjca. Jego planem było pozostanie w dormitorium w porze śniadania. Nie miał ochoty otwierać tej przeklętej koperty w zapełnionej Wielkiej Sali. Zwłaszcza, że jest duże prawdopodobieństwo, że Lily się tam pojawi. Po tym, jak zemdlała, Naomi zarzekła się, że dopilnuje by Evansówna nie opuściła żadnego posiłku.
Nie chciał, żeby poczuła się winna.
„To sprytna dziewczyna – myślał – Połączyłaby czekoladki z wyjcem”.
Wymknął się do Miodowego Królestwa dla niej, bo wiedział, że łakocie poprawiają jej humor. Wiedział, jakie mogą być tego konsekwencje, ale nie chciał jej w nie mieszać. Nie po to kupił jej czekoladowe karaluchy, żeby ona się obwiniała.
Syriusz mu przyniesie jakiegoś tosta. Poprosi go o to jutro rano.
Bardziej się martwił treścią wyjca. Złamane zaufanie trudno odbudować a on obiecał przed rozpoczęciem roku, że będzie się trzymał w karbach. Nie po to przez całe wakacje się produkował, żeby teraz to schrzanić.
Przeczesał palcami włosy.
Że też dał się tak łatwo złapać. Mógł nie zdejmować pelerynki, zabrać, co chciał i zostawić pieniądze, gdy nikt nie patrzył.
Bał się Ojca. Był to lęk pełen szacunku i karności. Przez lata pan Potter wpajał mu do głowy, że odpowiedzialność za swoje czyny jest podstawą.
„Dobra, niech robi, co chce, ale niech się pilnuje, żeby nikogo przez to nie skrzywdzić. I niech nie przybiega później z płaczem” – tak powiedział Ojciec do Mamy, gdy James znowu pół nocy się szwendał niewiadomo gdzie. Pani Potter była wtedy zapłakana. Widział to przez okno. Na następny dzień Ojciec powtórzył mu dokładnie to samo a on już wiedział, że skończyło się bycie dzieciakiem.
Niełatwo jest się pozbyć nawyków. Cały czas się musiał pilnować i myśleć, czy nie będzie tego żałował. I wciąż często ignorował te myśli. Jednak dodatkową motywacją była Lily i jej ciągłe gadanie, żeby dorosnąć. Denerwowało go to, bo wiedział, że przecież nie jest małym bachorem. Owszem, wydurniał się, ale nie tak, jak jeszcze rok czy dwa lata wcześniej. Nawet, jeśli sam nie chciał, to dorósł. Nie mówił tego głośno, ale coś mu się wydawało, że tak naprawdę to ona jeszcze nie dorosła. Było w niej coś, co się nie zgadzało z całą resztą. Chociażby to wieczne trzymanie jednej ręki w kieszeni. Gryzło się to z jej ogólnym wyglądem grzecznej uczennicy. I jej nerwowe gesty przy zaczesywaniu włosów. Jakby jej przeszkadzały, chociaż cały czas je miała rozpuszczone i powinna się już przyzwyczaić. No i były jeszcze te pojedyncze gesty, po których miała minę zawstydzonej dziewczynki, która nagle sobie przypomniała, że tak nie wolno. Raz na przykład widział, jak śmiejąc się, odrzucała głowę do tyłu. Jej śmiech wtedy stawał się głośniejszy, perlisty i – głupio to brzmiało nawet w jego głowie – bardziej jej.
Te nawyki nie pasowały do jej wizerunku poważnej i dojrzałej. Dlatego zaczął o niej myśleć jak o małej hipokrytce. Oskarżała go o brak dojrzałości, podczas, gdy sama do siebie nie pasowała.
Jego myśli znów przeskoczyły na tor przyszłego wyjca. Ojciec nie był surowy. Często się uśmiechał i czochrał mu włosy. Śmiał się z jego dowcipów, chociaż często go też za nie ganiał. Ale był też przede wszystkim Ojcem. I był bardzo krytyczny dla swojego jedynaka. Chciał go wyprowadzić na ludzi. Nigdy nie krzyczał. Gdy chciał Jamesowi dać do zrozumienia, że się na nim zawiódł, milczał. W tym milczeniu roznosił się wrzask żalu. Lecz gdy młody Potter naprawdę się popisał swoim brakiem jakichkolwiek zahamować w dziedzinie moralności, padało najczęściej jakieś jedno zdanie. W tym zdaniu było pełno bolesnego milczenia, lodowaty kubeł zawodu i pasek upleciony z braku zaufania. Te przepełnione naganą słowa na długo zapadały w pamięci młodego Pottera i nie szło ich z stamtąd wykopać. Były gorsze od jakiegokolwiek, chociażby najbardziej wymyślnego i srogiego szlabanu. Urażały jego dumę i ambicję. Deptały honor. Dlatego właśnie były tak bolesne. Ojciec jest Ojcem. Wie, gdzie jedynego syna zaboli najbardziej.

Portret odsunął się od ściany. Przez wejście wczołgała się Lily. Rozejrzała się po zadziwiająco pustym jak na tę godzinę Pokoju Wspólnym. Nerwowym gestem odgarnęła włosy z twarzy i ruszyła w stronę kominka. Na ściany Salonu padały długie, straszne cienie mebli. Dygotały groźnie, wysuwając w jej stronę swoje łapska. Zasłaniały połowę ściany przeciwległej do kominka. Garstka osób, która pozostała w Pokoju Wspólnym zasiadła na kanapach w kącie i postawiła na środku świecznik. Dyskutowali nad czymś, śmiejąc się wesoło. Byli to chyba chłopacy z czwartego roku i kilka dziewczyn z tego samego rocznika. Nie zwracali uwagi na boży świat.
Też by tak chciała.
Zmęczenie przygniatało ją od środka. Pisząc się na to całe bycie animagiem nie myślała, że będzie tak zmęczona. Zwłaszcza, że niczego nie zrobiła. Nie udało jej się zmienić nawet jednego palca a czuła się, jakby ostatnie dwie doby spędziła biegając non stop w szklanej kuli. Była zmęczona i skołowana. Jeśli wypełnia wszystkie wymogi, wypisane w tej przeklętej regule, to czego jeszcze potrzeba, żeby dopełniła czaru?
Owszem, na początku się nawet nie starała, ale gdy McGonagall nie wypuściła jej po zwyczajnej godzinie ćwiczeń i obwieściła, że lekcje animagii będą jej szlabanem, zawzięła się i starała dokonać przemiany. Wyszła z założenia, że McGonagall ją wypuści, gdy uda jej się przemienić. Przemienić jej się jednak nie udało i a tak siedziała w gabinecie kilka godzin.
Skupiała się, jak mogła najbardziej. Napinała wszystkie możliwe mięśnie, nerwy naciągała jak struny na gryfie a mimo to nie powstała nawet jedna iskierka.
Była zmęczona godzinami spędzonymi na skupianiu myśli na jednym. Jak można tego dokonać, gdy dookoła tyle spraw?
Księgę postanowiła odłożyć na później, ale i tak zajmowała ona sporą część jej myśli. Lista rzeczy, które ma opanować do poniedziałku była tak długa, jak Wielka Sala. Ann wciąż pewnie będzie w nią ciskała błyskawice a Naomi będzie się żalić i to z jej powodu. McGonagall przedłużyła jej szlaban o następny tydzień tylko dlatego, że zemdlała a na dokładkę zakazała jej wyjścia do wioski czarodziei w następną sobotę. Rodzice najprawdopodobniej właśnie w tej chwili odczytują list od wicedyrektorki Hogwartu i są zdecydowanie niezadowoleni z tego, co widzą. Jutro dostanie porządny list od nich o tym jak to ona po raz kolejny zawiodła ich zaufanie i wykazała się nieodpowiedzialnością. Pewnie napiszą, że ma się zachowywać jak na swój wiek przystało i chociaż w szkole być poważną i nie przynosić im wstydu swoim zachowaniem. Mama doda jeszcze akapit o tym, że albo przestanie wszystkim w Szkole mydlić oczy i pokaże, jaka jest naprawdę, albo będzie przykładną uczennicą zarówno w Hogwarcie jak i w domu i że ma to się odzwierciedlać w jej zachowaniu.
Wzruszyła za złością ramionami. Niby wszystko rozumieją i ją wspierają w jej postanowieniach, ale gdyby tylko nadarzyła się okazja do ustawienia jej według ich myśli, bez wahania by to zrobili. Typowi angielski rodzice z prawnikiem na czele. Stereotypy przykładnych, miłych dla wszystkich obywateli i konserwatyzm najważniejsze.
Ruszyła w stronę kominka. Huncwoci przesunęli ostatnio na to miejsce długą, skórzaną, miękką sofę. Naprzeciwko niej postawili dwa równie stare i miękkie fotele a żeby zamknąć krąg dosunęli tam kilka puf. Jak przystało na bożyszcze tłumów i postrach młodszych uczniów, miejsca te zarezerwowali dla wybrańców, czyli dla siebie. Fakt, że Lily przywłaszczyła sobie spory kawałek kanapy, najwyraźniej im nie przeszkadzał, bo jak dotąd jeszcze nic o tym nie wspominali.
Zapatrzona we własne buty dotarła do sofy i bez zbędnych ceregieli rzuciła się na nią. Rozłożyła leżący na jednym jej kocu koc i owinęła się nim. Pokręciła się chwile, szukając najwygodniejszego miejsca. Przewróciła się na bok, naciągnęła koc po uszy i spojrzała na duży kominek.
-Ciężki dzień, co? – Zapytał ktoś. Lily uniosła wzrok z komina na osobę siedzącą na fotelu naprzeciw niej. Na jego brzegu siedział Potter z przyciśniętymi do ust, splecionymi dłońmi. Wyglądał, jakby sporo czasu spędził w takiej pozie i nie miał w najbliższym czasie zamiaru jej zmienić.
Uniosła się na łokciach i oparła głowę na oparciu sofy. Zmierzyła go zmęczonym wzrokiem. Jej uwadze nie uszedł wyraz twarzy Jamesa. Zamiast roześmianego łobuza odbijała się na niej powaga i spokój. Miał minę kogoś zmęczonego i zaniepokojonego.
-Chyba nie gorszy niż twój – stwierdziła i mocniej naciągnęła zjeżdżający jej z ramion koc. Potter uśmiechnął się po jej słowach.
-Bywało gorzej – stwierdził dyplomatycznie. Oparł się w fotelu, podparł łokieć na podpórce i podrapał się dłonią po brodzie.
Czuła się głupio. Jak cholera! Wszyscy w Hogwarcie widzą jej stosunki z Potterem w barwach otwartej wojny, na korytarzu na każdym kroku się na niego wkurzała i przyznać trzeba było, że nie bez powodu. Widziała go jako niedojrzałego, arcynieznośnego Pottera.
Aż tu nagle siedzi on spokojnie, skupiony i cichy przed kominkiem. Było w tym obrazku coś niepokojącego.
Z chęcią by odwróciła głowę i przyjrzała mu się dokładnie. To było nienaturalne, że jeszcze jej nie zdenerwował. Było też niepowtarzalne, że siedzi spokojny, miły i milczący. I to sprawiało, że chciała to uwiecznić w wspomnieniach. Przyciągnęło jej uwagę bardziej, niż jego wygłupy na błoniach, czy korytarzach. Zrobiło wrażenie większe, niż czekoladki z Miodowego Królestwa.
Jednak to jest Potter. A ona to Evans. Czy to legalne, żeby ona spojrzała na niego? Przecież oni powinni się kłócić i rzucać w siebie klątwami. A jeśli już ktoś tu miał na kogoś zerkać, to on.
Ale ta cisza była taka miła i pozbawiona krępacji. A w pomieszczeniu był James, więc to dziwne, że jeszcze niczego nie rozwalił. Chciała mu się przyjrzeć i zobaczyć, czy to naprawdę on, a jeśli tak, to chciała utrwalić wspomnienie tej niezwykłej, przyjaznej ciszy.
Jednak bała się na niego spojrzeć. A jeśli będzie patrzeć za długo? To może zostać źle odebrane.
„Co cię obchodzi, co mówią inni?!” – Warknął głos w jej głowie. Myśl ta kopnęła ją w czoło – „Znasz prawdę, tak?! I tylko to się liczy...**”
Odwróciła lekko głowę i spojrzała na niego. Siedział wygodnie rozpostarty w fotelu z miną zaciętego wojownika sprawiedliwości. Był taki... zwykły. Tak normalny i pospolity, że można by było go pomylić ze zwyczajnym chłopakiem a nie z Jamesem Potterem. Ot tak, po prostu, siedział sobie pewnego razu jakiś spokojny, stateczny siedemnastolatek w fotelu i myślał.
Ale w wykonaniu Rogacza to była nadzwyczajne.
Chłopak drgnął i zmienił się ze statecznego siedemnastolatka w normalnego, lecz trochę zmęczonego Pottera.
-Czemu tak patrzysz? – Zapytał, uśmiechając się łagodnie. Było mu ciepło pod jej spojrzeniem. Okrywało go jak kołdra.
- Bo to dziwne, że siedzisz spokojnie i jeszcze niczego nie rozwaliłeś – stwierdziła bez oporów Lily.
W odpowiedzi on wzruszył ramionami. Zapatrzył się w ogień skaczący po polanach.
-Wiesz, co jest dziwne? – Zapytał przebiegle. Uśmiechnął się do siebie i zerknął na nią. Pokręciła przecząco głową i spojrzała na niego z ciekawością – Że zawsze trzymasz rękę w kieszeni.
Z zaskoczenia cofnęła podbródek.
-Co? – Jęknęła całkowicie zaszokowana.
-Zawsze trzymasz rękę w kieszeni. Nie wiesz o tym? A jak nie masz kieszeni, to zahaczasz kciukiem o pasek spódnicy szkolnej czy coś w tym stylu.
Uśmiechnął się i rozsiadł wygodnie w fotelu. Spojrzał na nią z wyszczerzonymi zębami napawając się jej zaskoczeniem i ogłupioną miną. Wyglądała, jakby ktoś ją właśnie spoliczkował. Brwi powędrowały jej wysoko do góry a usta wygięły się w dzióbek.
-O! – Wyrwało jej się. Potrząsnęła delikatnie głową, wytrącając się z transu i zaśmiała się z pod nosem -Nie zauważyłam – przyznała – To chyba odruchowe.
Po tych słowach zapadła cicha. Krępujący szum przeleciał ósemką między ich głowami i przyniósł zdenerwowanie i paniczne szukanie tematu. Wbrew pozorom nie była to już cisza spokojna, przyjemna i miła. Leżała ona ciężko na ich głowach i przygniatała do ziemi. Nie czuli się w niej ani swobodnie, ani przyjaźnie. Zamiast tego sprawiała ona, że jak najszybciej chcieli ją przeciąć.
James rozejrzał się w nijakim popłochu po Pokoju szukając tematu, lub jakiegokolwiek słowa, które mogłoby przerwać uciążliwe milczenie. Ogarnęła go panika. Od początku roku ani razu nie zostali sam na sam a tym bardziej nie rozmawiali ze sobą spokojnie. Chciał te kilka minut przedłużyć. Bał się, że dziewczyna ucieknie do dormitorium. A wtedy znów będzie musiał łowić okazję do porozmawiania z nią. To był trudne tym bardziej, że Lily miała tendencję do unikania spotkań z nim. Nie chciał zmarnować tych kilku minut, które jakimś cudem los mu dał do wykorzystania.
Miał przytłaczające wrażenie, że musi wykorzystać maksymalnie każdą chwilę, bo inaczej dodatkowo zmaleje w oczach dziewczyny. Naciągał wszystkie nerwy, by wymyślić odpowiedni temat do rozmowy. Chciał z nią przebywać, ale jednocześnie nie miał ochoty być pod ciągłą presją, że coś nie wyjdzie. W końcu i tak zawsze coś się waliło. Jakby rozmowa nie była miła, albo ona albo on zawsze coś palną i wychodzi z tego nieporozumienie. Przebywanie z nią było w jego odczuciu chodzeniem po polu minowym. Jeden nieostrożny krok, zbyt mocne słowo mogą odpalić zapalniki. Mimowolnie nocami myślał, że to meczące i już nie ma ochoty na użeranie się z nią.
Ale w Lily było coś, co sprawiało, że jak ją zobaczy, ma zaraz ochotę znów wkroczyć na te nieznane mu terytorium. Była dla niego zagadką. Otulona mgiełką tajemnicy i posypana brokatem sprzeczności przyciągała jego myśli i sprawiała, że wszystkie swoje siły wkładał w to, żeby się do niego uśmiechnęła. A to, że rozmowa z nią była chodzeniem po polu minowym, to już inna kwestia.
Bez ryzyka nie ma zabawy.
Lily uniosła powoli wzrok i zerknęła na niego. Rozglądał się nerwowo po pokoju szukając czegoś. Twarz miał oświetloną przez migoczące promyki ognia. Była skupiona i uśmiechnięta. Był śmieszny. Zdziwiła ją ta myśl, jednak takie stwierdzenie właśnie zawitało jej w głowie. Że jest śmieszny. Z tym swoim dziecinnym poczuciem humoru i jednoczesną powagą i determinacją. Denerwował ją. Miała wrażenie, jakby z całych sił starał się otoczyć nad jej głową skrzydła i uchronić od nie wiadomo, czego. Z całych sił.
Miała wkurzające uczucie, że on nie stara się z nią rozmawiać, ale że chce zapełnić czymś czas. Jakby nie liczyła się jakość, tylko ilość. Denerwowało ją, że popisywał się przed wszystkimi na około. Miała wrażenie, że stara się jej pokazać, jako to on jest popularny. W tym celu wygłupiał się ponad normę.
A zaraz później stawał się śmiertelnie poważny. I znów odnosiła uczucie, że usilnie, nie dobrowolnie, ale z przyzwyczajenia i musu stara się ją odgrodzić od świata i niebezpieczeństw. Przedstawiał dwie skrajności. A ona miała wrażenie, że prawda leży po środku. Nie umiała jednak tego złotego środka znaleźć. Śmieszył ją swoimi sprzecznościami i denerwował tym, że nie widać jego prawdziwej osoby.
Teraz też był nadprogramowo poważny i uważał, że ważniejsze jest przedłużyć rozmowę o kilka minut. Ponownie poczuła, jakby chciał ja przytrzymać i odseparować od reszty świata.
Poruszył się niespokojnie w fotelu, gdy jego wzrok padł na kawałek pergaminu, który dziewczyna rzuciła na pufę, zanim się położyła.
-Co to jest? – Zapytał i wskazał brodą na pergamin.
-McGonagall stwierdziła, że przyda mi się gruntowne odkurzenie wiedzy. Nakazała mi po wszystko powtórzyć przez weekend – powiedziała i uśmiechnęła się. Oczy mi się iskrzyły, gdy był czymś naprawdę zainteresowany. Teraz przechylił się w fotelu i chwycił pergamin. Nagle się ocknął i spojrzał na nią błagalnym, ale uśmiechniętym i roziskrzonym wzrokiem.
-Mogę? – Zapytał. Zaśmiała się pod nosem i skinęła głową. Usiadł w fotelu i rozłożył pergamin. Przejrzał szybko notatki i listę kilkunastu podstawowych zaklęć z zakresu transmutacji, jakie profesorka zadała dziewczynie.
-To są podstawowe zagadnienia – stwierdził, składając z powrotem kartkę. Podał ją Lily i spojrzał na nią z niekłamanym zaciekawieniem.
-Wiem. Ale widocznie McGonagall uważa, że powód moich ocen trzeba zacząć naprawiać od zarodka – stwierdziła ponuro i uśmiechnęła się do chłopaka.
-Ale ty dobrze sobie radzisz z transmutacją – stwierdził Potter i poczochrał z zakłopotaniem włosy z tyłu głowy.
-Peter jest ode mnie lepszy – zauważyła Evansówna i uśmiechnęła się przebiegle, ciekawa odpowiedzi Jamesa.
-On to co innego. Jego osobistym nauczycielem jest Remus. Z takim profesorem nie sposób pozwolić sobie na złą ocenę – stwierdził bez wahania chłopak i roześmiał się w głos. Lily zawtórowała mu, zakrywając usta rąbkiem koca.
-Ale przecież SUMY poszły ci dobrze – zauważył trzeźwo Potter, wciąż roześmianym głosem. Lily machnęła na to ręką.
-Wtedy moim prywatnym nauczycielem była Ann – przypomniała i puściła chłopakowi pawie oczko. Gdy przestudiowała w głowie ponownie to zdanie przygasła i spuściła głowę. Potter podparł brodę na ręce podpartej na oparciu fotela i spojrzał na Evans uważnie.
-Jak tam z Ann? – Zapytał po chwili ciszy.
Lily westchnęła ciężko i wzruszyła ramionami.
-A jak ma być? Ani ja jej, ani ona mnie nie chcemy znać. Trudno wymyślić inną odpowiedź, niż „fatalnie” – stwierdziła smętnie. Rogacz poczochrał sobie włosy i poprawił okulary. Mimowolnie z głębin pamięci przypomniały mu się słowa jego matki, wypowiedziane kiedyś, po jakiejś banalnej sprzeczce z kolegą.
-O co wy się tak właściwie pokłóciłyście? – Zapytał nagle, a Lily aż się wyprostowała, zaskoczona jego słowami. Zamyśliła się, szukając odpowiedzi, gdy nagle uświadomiła sobie, że żadna nie przychodzi jej na myśl. Zupełnie, jakby owszem, była kłótnia, ale nie było powodu.
Faktycznie najpierw pokłóciły się o to, że Lily chce zatrzymać Tarantellę, ale, o co była następna sprzeczka?
James uśmiechnął się do siebie widząc jej zakłopotanie.
-Jeśli nie pamiętasz powodu kłótni, to znaczy, że nie warto pamiętać też samej kłótni – powiedział, wyrywając dziewczynę z zamyślenia – Tak mi kiedyś powiedziała moja matka – dodał, widząc jej pytającą minę.
Lily aż zatkało z zaskoczenia. Nie pamiętała powodu sprzeczki. Wiedziała, że padły ostre słowa zarówno pod adresem Ann jak i jej własnym. Jednak miała wrażenie, że koperty, które sobie wysyłały, oprócz bolesnych słów nie miały w sobie nic naprawdę sensownego. Nie pamiętała powodu kłótni.
Cisza opadła na dywan i wierciła się niecierpliwie. Zmuszała obydwoje do znalezienia kolejnego tematu. Jamesa korciło, by palnąć cokolwiek, byle przerwać uciążliwe milczenie. Coś jednak go powstrzymywało. Miał wrażenie, że wszystko, co powinno zostać powiedziane, wypowiedziane zostało.
Lily odrzuciła koc i wstała z kanapy. Chwyciła pergamin od McGonagall i spojrzała z zakłopotaniem na chłopaka.
-To ja już pójdę. Dobranoc – powiedziała i ruszyła w stronę schodów. Zatrzymała się kilka stopni przed drzwiami swojego dormitorium i spojrzała melancholijnym wzrokiem w kierunku Pokoju Wspólnego. Odniosła miłe wrażenie, że w ostatniej części rozmowy ważniejsza była jakość nie ilość. Uśmiechnęła się i ruszyła do sypialni.
Nie pamiętała powodu kłótni, wiec, po co miała rozpamiętywać samą sprzeczkę?
-Miłych snów – powiedział pod nosem James siedząc samotnie przed kominkiem.
Ta rozmowa była dobra – stwierdził – Może nie najlepsza, ale przynajmniej Lily się na mnie nie obraziła.
Automatycznie zaliczył ten dzień do udanych. Dłonie zdarte od szorowania ścian już go nie piekły. To był dobry dzień.
Jeszcze długo siedział tej nocy w Pokoju Wspólnym.

Ibe rzuciła się na swoje łóżko i zapatrzyła się w niebieski baldachim rozpostarty na czterech masywnych kolumnach. Gdzieś obok toczyła się rozmowa jej współlokatorek. Debatowały one nad wyprawowaniem z numerologii. Później przerzuciły się na runy i najnowsze odkrycia dokonane w Walii. Kątem ucha wychwyciła wzmiankę o jednej z run. Będzie musiała dopisać nowe wiadomości na marginesie swojej książki. Jak ją już Evans odda. Stwierdziła, że nie będzie nachodzić Gryfonki. Z doświadczenia wiedziała, że kto, jak kto, ale uczniowie domu Gryfa nie rzucają słów na wiatr. Skoro obiecała, że odda, to odda. Póki co nie ma żadnego poważniejszego zadania domowego związanego ze starożytnymi symbolami, więc zacznie się martwić, jak już jej takie zadadzą.
Poza tym nie miała ani chwili wolnego czasu na szukanie Evans. Musiała przecież zainteresować sobą Davida.
Jęknęła z rozkoszą na myśl o jego brązowych, miękko układających się włosach i szarych oczach. Był taki cudownie sprytny i inteligentny. Chodził na niemal tyle zajęć, co ona i wręcz promieniuje na nich bystrością.
Zanuciła pod nosem piosenkę, którą pamiętała z dzieciństwa. Uśmiechnęła się z rozmarzeniem.
Już mogła sobie wyobrazić siebie z wózeczkiem. A w środku siedzi śliczna mała dziewczynka o równie cudnych i błyszczących włosach, jak włosy Davida. Widziała oczami wyobraźni zielony park z szerokimi alejkami, po których spacerują rodzinny z małymi dziećmi. Oni siedzą spokojnie przytuleni na ławeczce pod rozłożystym dębem i czytają jakąś inteligentną, psychologiczną książkę zamieniając się, co akapit. Uspokaja ją swoim ciepłym i łagodnym głosem. Czuje, że może zasnąć w jego ramionach równie spokojne, jak ich cudowna córeczka.
-Ups – powiedziała bezwiednie sama do siebie i ponownie zaczęła nucić.
Jej współlokatorki zamilkły i spojrzały po sobie z politowaniem kręcąc głowami.
-Znowu się w kimś zabujała – stwierdziła rzeczowo Claudine Garwood. Wszystkie znały słabość Ibe do chłopców, jej niepohamowany zachwyt nad dziećmi i wybujałą wyobraźnię.
____________________________________________

*Bestiavicissido (łac. bestia – zwierzę; vicissitudo – zmiana) - zaklęcie wymyślone przeze mnie na potrzeby treści. Zaklęcie powodujące przemianę człowieka z zwierzę.
**„A co cię obchodzi co mówią inni?! Znasz prawdę, tak?! I tylko to się liczy...” – cytat pochodzący z bloga lilyann-e.mylog.pl. Przepraszam, jeśli uraziłam jego autorkę.


komentarze [7]

O szlabanach i karności || poniedziałek, 19 lutego 2007 20:37:31

Ann ulotniła się całkowicie, Naomi wybyła do ubikacji i zapowiedziała, że za szybko z niej nie wyjdzie, Hilary i Mia zaszyły się w Pokoju Wspólnym próbując napisać zaległe wypracowanie. Lily zasiadła obok metalowej puszki z Miodowego Królestwa i brązowej, pergaminowej torby z takim samym znakiem firmowym jak na blaszanej pokrywce pojemnika.
Musiała przyznać sama przed sobą, że James wykazał się pomysłowością, wpadając na pomysł by zdobyć jej przysmaki. Jednak nie miała ochoty go wpuszczać do dormitorium. Nie mieliby nawet, o czym porozmawiać. Miał się w nią wpatrywać, jak świnia w malowane wrota?
Podziękowała mu ładnie i przeprosiła, ale zamknęła przed nim drzwi. Black i Lupin skradający się za plecami chłopaka wydawali się być zawiedzeni.
Lily podważyła różdżką pokrywę pojemnika, która z metalicznym dźwiękiem upadła na podłogę. Uderzył w nią typowy dla waniliowo-czekoladowych karaluchów zapach czekolady. Mimowolnie jęknęła z rozkoszy. Odgryzając po kolei kolejne nóżki czekoladowego robaka sięgnęła ręko w lewo i wzięła z parapetu okiennego swój plecak.
Tak po prawdzie to ona emanowała lenistwem. Jednak na świecie istniały osoby, których trzeba słuchać i którym nie opłaca się odszczekiwać: nauczyciele, sierżant w wojsku, policjant i własna mama. Pech chciał, że Lily miała stały kontakt w dwoma osobami z tej listy. A te osoby oczekiwały, że się będzie uczyć. Oprawiona w czarną skórę książka, którą Lily zwykła nazywać w myślach „Księgą”, mogła teoretycznie należąc do lektur nadobowiązkowych, więc nikt się nie mógł jej czepiać, że się nie uczy, nawet, jeśli to by była prawda.
Wygrzebała z plecaka Księgę i podręcznik nijakiej Krukonki, wepchnęła sobie resztę karalucha do ust i otworzyła obie książki. Na pierwszych stronach podręcznika z wielką radością zauważyła odpowiedniki łacińskich znaków. Mając przed oczyma ten swego rodzaju klucz do szyfru sięgnęła po zwój pergaminu, pióro i kałamarz. Na dobry początek wyśmienitym pomysłem zdawało się być odczytanie tytułu księgi, więc za to się zabrała.
-My – mruknęła pod nosem zapisując pierwszą rozszyfrowaną literę ma pergaminie. Po chwili pojawił się na nim ciąg następnych liter układających się w słowa Mistesjum Odyna.
Lily zmarszczyła brwi i sprawdziła poprawność rozszyfrowanych słów.
Misterium Odyna.
-Chwytliwa nazwa, jakby nie patrzeć – stwierdziła, patrząc do na Księgę, to na pergamin – Tylko, co to, do cholery, jest Odyn? – zapytała przestrzeń między kolumnami swojego łóżka.
Chwyciła uprowadzony z rąk właścicielki podręcznik i otworzyła na spisie treści. Przejechała palcem wzdłuż karty i przy akompaniamencie niezadowolonego warknięcia stwierdziła, że szukanego słowa nie ma. Zamknęła z trzaskiem książkę i otworzyła na początku. Chłodne powietrze łaskotało ją po nosie, gdy kciukiem przewracała szybko kartki. Na stronach podręcznika znajdowały się jedynie ogólne opisy znanych ludzkości znaków.
Wydęła wargi i spojrzała w zamyśleniu na kolumnę łóżka. Ta książka na niewiele jej się przyda, ewentualnie mogła posłużyć jako klucz do tego przeklętego, runicznego szyfru na marginesach. Ale poza tym znacznie więcej znajdzie w Księdze a oznaczenia liter łacińskich może przerysować i się nauczyć. Jak będzie umiała rozczytywać runy bez klucza, znacznie szybciej jej to pójdzie.
Chwyciła pergamin, zamoczyła pióro w kałamarzu i zaczęła przepisywać przydatne informacje.

Tam, gdzie nie ma Evans, jest dobrze. Z takim założeniem wyruszyła na poszukiwanie odpowiedniego miejsca. Na ostatnich lekcjach Lily nie było, później wylądowała w Skrzydle Szpitalnym, ale dość szybko miała z niego wyjść. Tak zapowiedziała madam Pomfrey. Wychodząc z tego założenia rudzielec już robi to, co wychodzi jej najlepiej – szwenda się niewiadomo gdzie. Tym trudniej wykombinować miejsce, gdzie może jej nie być, bo Evansówna miała tendencje do pojawiania się w dziwnych miejscach, nieproszona.
Zatrzymała się i w zadumie rozejrzała po korytarzu, na którym się znajdywała. Wyglądało jej to na siódme piętro, chociaż ceniła sobie swoją głowę i by słowa nie dawała. Więc pewnie już kilka razy minęła schody do Pokoju Wspólnego. Westchnęła głośno, poprawiła torbę na ramieniu i ruszyła powoli dalej.
Spojrzała na gobelin potwierdzający jej przypuszczenia o miejscu pobytu. Barnabasz Bzik właśnie zarządził wznowienie lekcji baletu dla trolli. Ociężałe monstra skakały nieporadnie po gobelinie w swoich sukienkach, wymachując przy tym maczugami.
Ann pokręciła z politowaniem głową.
-Jesteś tak samo szurnięty jak Evans – powiadomiła Bzika, na co ten zareagował uciszającym spojrzeniem. Dziewczyna prychnęła ostentacyjnie i zawróciła w stronę Pokoju Wspólnego. Zatrzymała się po kilku krokach i zawróciła. W salonie Gryfonów pewnie siedzi ta ruda małpa. Że też to właśnie ona musi się męczyć ze znalezieniem dla siebie miejsca! Czemu to nie Lily czuje się zagubiona?
Zatrzymała się i zamrugała ze zdezorientowaniem.
Aż tak zamyślona nie była, żeby nie zauważyć tych drzwi zwłaszcza, że mijała je jakieś trzy razy.

Kogo to właściwie książka?
Otworzyła na pierwszej, tytułowej stronie i znalazła starannie napisane imię i nazwisko. Ibe Bowie.
Z głębin swojej pamięci wydobyła obraz dziewczyny. Biorąc pod uwagę herb domu, była Krukonką. To znacznie ułatwiało sprawę oddania jej podręcznika. Wystarczyło poczekać przy wejściu do Domu Rawenclawu, przyczaić się na jakąś słabą psychicznie osobę i zmusić ją do zawołania nijakiej Bowie. Z tego, co wiedziała, wieża Krukonów znajdowała się w tej samej części zamku, co sowiarnia.
Mimowolnie zmarszczyła brwi. Sowiarnia było hasłem, na które jej umysł zarządził natychmiastową penetrację pamięci. Miała wysłać list. Zaplanowała to sobie, zanim Naomi postanowiła odprawić ceremonię płaczu i żalu na jej ramieniu. Wypadało wysłać w końcu jakąś wiadomość o istnieniu do bliźniaków zwłaszcza, że nie kontaktowała się z nimi od końca wakacji. Rodzice pewnie również by się nie obrazili o kilka słów. Zwłaszcza mama, kolekcjonerka listów, kartek i pocztówek oraz nałogowa czytelniczka wcześniej wspomnianych.
-Skup się, Lila! – wrzasnęła dziewczyna na samą siebie. Jedną z podstawowych wad Lii Evans, poza zakorzenioną głęboko niepunktualnością, była niemożliwość skupienia się na jednym. Gdy zachodziła potrzeba zmobilizowania się i poświęcenia siebie jednej rzeczy, nagle po jej głowie zaczynały latać setki ważnych spraw. Była to jedna z doskonale znanych Lii praw natury. Jeśli zapomniałeś o czymś, skup się na czymś innym, naprawdę ważnym. Zapomniana sprawa poczuje się zazdrosna i koniecznie będzie się chciała wepchnąć na pierwszy plan.
Zebrała się w sobie i obmyśliła plan na najbliższe kilkanaście minut. Biorąc pod uwagę, że Księga nóg nie posiadała, a przynajmniej takowych Lila jeszcze nie zauważyła, mogła chwilę poczekać. Natomiast listy wypadało napisać jak najszybciej, bo bliźniacy posiadali nieprzeciętne zdolności do wypominania. Później zaczai się na jakiegoś nieszczęśnika gdzieś pod wejściem do domu Krukonów, odda książkę, pobiegnie wysłać listy i zrobi to coś, o czym pielęgniarka jej powiedziała, że musi zrobić o siedemnastej. Było to, to samo, o czym przypomniała jej Naomi zanim zabarykadowała się w łazience.
-Naomi! – wrzasnęła w stronę drzwi do ubikacji. Z nijakim przerażeniem obserwowała, jak mała wskazówka wskakuje na liczbę pięć a duża mija dwunastą.
-Tak? – usłyszała stłumiony głos.
-Gdzie ja miałam pójść o siedemnastej? – wrzasnęła, obserwując jak ze swojego domku wyskakuje kukułka i zaczyna swoje kukanie.
-Och, do McGonagall, odrobić szlaban – odpowiedziała uprzejmie Bloomy.
-Oż ty w mordę! – odpowiedziała jej na to Lily i poderwała się i łóżka. Doskoczyła do drzwi, kiedy sobie przypomniała o książkach zostawionych na łóżku. Wróciła się, zamaszystym ruchem przykryła bałagan kołdrą, zasłoniła kotary, wyrywając połowę materiału z haczyków i wybiegła z dormitorium zanim kukułka doszła do drugiego kuknięcia.
-A która godzina? – zapytała Naomi, wychodząc z łazienki z kredką do oczu w ręce. W odpowiedzi ujrzała jedynie falującą od pędu powietrza zasłonę łóżka Mii.

Życie obrazów kręciło się wokół palet, farb i pędzelków. Największym ich wrogiem był zaś rozcieńczalnik i woda. Przynajmniej typowych obrazów. Egzystencja obrazów hogwartskich była w dużej mierze zagrożona przez uczniów. W porównaniu z nimi rozcieńczalnik to mały pryszcz. Studenci byli żywiołem na nogach, chodzącą śmiercią. W kulturze malarskiej Śmierć ukazywana była często jako personifikacja, niszczycielska siła, z którą uczniowie się rodzili. Natomiast jeśli student miał coś w ręku, płótna nagle traciły sens, pozbawione wizerunku osoby czy też zwierzęcia.
Studenci z różdżkami są źli. Każdy to wiedział. To była jedna z zasad natury, że cała destrukcyjna moc świata była gromadzona w uczniach i ich magicznych patykach.
Młoda dama opierająca się w wyuczoną nonszalancją o ramę swego obrazy krzyknęła cicho widząc pędzącą korytarzem istotę. Istotę z różdżką.
Zanim zdążyła podjąć jakiekolwiek kroki persona ta przeleciała obok. Zostało po niej jedynie echo wykrzykiwanych słów „Oż ty w mordę! Oż ty w mordę! Oż ty w mordę!”

Syriusz miał wizję Evans uduszonej poduszką. Widział to dokładnie. Była ciemna noc, ciężkie zasłony w damskim dormitorium falowały na wietrze wpadającym przez otwarte okno. Na łóżku leży rudowłosa Gryfona z językiem wywalonym na wierzch. Obok jej głowy znajduje się wymiętoszona do granic możliwości poduszka. Ktoś wychodzi z sypialni zamykając skrzypiące cicho drzwi. Na korytarzu rozlega się mrożący krew w żyłach śmiech. Stanie to się jeszcze tej nocy.
Jeśli on zdoła przeżyć furię McGonagall.
A niewiele wskazywała no to. Profesorka już przeszła fazę czerwieni na twarzy, teraz bladła coraz bardziej. Włosy samowolnie uciekały spod koka i opadały na twarz. Miała mord w oczach. Widział, jak z jej tęczówek leje się krew. Chociaż z drugiej strony od kilku minut z przerażeniem wstrzymywał oddech, więc może to nie dotleniony mózg robi mu żarty i woła o pomoc.
-Black, przestań sinieć! – wrzasnęła profesorka i skrzyżowała ręce wyzywająco. Z niecierpliwością stukała obcasem o podłogę. – Czy ktoś mi wreszcie powie, gdzie jest Evans? – warknęła.
Huncwoci spojrzeli po sobie ze zgrozą w oczach.
-E... – powiedział Lupin, by przerwać to fascynujące milczenie.
Usłyszeli szybkie kroki dudnione na cały korytarz i nerwowe posapywania. Po pełnej przerażenia chwili coś uderzyło z siłą w drzwi gabinetu. McGonagall wyprostowała się i spojrzała ze zdezorientowaniem na drzwi, Huncwoci natomiast, popisując się Gryfońską odwagą, cofnęli się pod ścianę.
Do pomieszczenia wpadła Evans rozmasowując sobie nos. I wszystko jasne.
Powietrze stało się ciężkie od ciszy. Zaszumiała ona między głowami zebranych w pomieszczeniu osób. Omijała jedynie posapującą ze zmęczenia Lily.
-Pani psor... przepraszam... Za spóźnienie – wydukała dziewczyna, wginając się w pół i podpierając się o otwarte na oścież drzwi.
Peter powstrzymał się przed przeżegnaniem się. Bał się, czy aby podniesienie ręki nie spowoduje wybuchu ładunku wściekłości, którym był wypełniony po brzegi gabinet.
-Ty... – powiedziała McGonagall przez zęby. Pokręciła głową, a Potter nerwowo wyciągał szyję, by sprawdzić, czy na blacie nie ma dziur od skapującego jej z ust jadu. Wyprostował się, gdy profesorka na nich spojrzała. – Jeszcze tu stoicie? – zapytała, wprawiając w zakłopotanie chłopaków. Zapadła chwila grozy, w której najwyraźniej miała paść odpowiedź.
-No... – zaczął Syriusz.
-Jazda mi stąd na swoje szlabany! – ryknęła wskazując palcem drzwi. Huncwoci wybiegli, omijając po drodze przerażająco bladą Evans. – A ty... – Profesorka wskazała palcem na Evans – Z tobą się zaraz policzę.
Lily przełknęła głośno ślinę. Rachowanie nie była jej mocną stroną. Zwłaszcza, gdy liczyć chcieli nauczyciele i rodzice.

McGonagall przybrała swoją, ćwiczoną potajemnie przed lustrem, pozę wielokrotnej morderczyni. Założyła ręce na piersiach i spojrzała wyczekująco na Evans. Postukała bezgłośnie palcami o swoje przedramię i uniosła wysoko brwi.
Jej podopieczna wyprostowała się i wstrzymała oddech, starając się uspokoić sapanie. Z przerażeniem miotającym się po głowie obserwowała nienaturalny ruch brwi nauczycielki. Kątem oka zarejestrowała przedmiot, w który z taką namiętnością wpatruje się profesorka i wciągnęła nosem powietrze. Nieco zbyt gwałtownie i z nadmierną siłą, pchnęła stopą otwarte drzwi i je zamknęła z niemałym trzaskiem.
Miała raptem szesnaście lat, ale jeśli wyraz twarzy McGonagall się nie zmieni, resztę swojego życia spędzi w jej gabinecie. I będzie to bardzo krótka reszta.
Stanęła prosto i zaczęła sobie wyłamywać palce. Wiedziała, że zanim usiądzie do wyczarowanej ławki nieźle się nasłucha. Nawet nie próbowała zacząć się bronić. Pan Erick Evans zadbał, by jego młodsza córka została wychowana w poczuciu karności i odpowiedzialności. Zawzięcie przez całe jej dzieciństwo walczył z jej tendencją do pyskowania i namiętnego walczenia o swoje racje. Nie potrafił ich jednak wykorzenić całkowicie. Zaszczepił w niej jednak poczucie odpowiedzialności za własne czyny i karności.
Czekała więc pokornie na kazanie, które miało nastąpić. Domyślała się, że jej szlaban zostanie wzbogacony o dodatkowe kilka godzin, jednak nikt jej nie powie, że unika odpowiedzialności. Gryzła się wiec zawzięcie w język, by nie zawieść swojego Taty.
McGonagall okrążyła swoje biurko i usiadła na swoim, obitym miękko krześle. Splotła ręce i położyła je przed sobą na blacie.
-Siadaj – nakazała. Lily szybko wykonała jej polecenie i usiadła na tym samym krześle, na którym siedziała dzień wcześniej. Opuściła wzrok i wpatrzyła się w swoje kolana.
-Czy może mi pani wyjaśnić swój dzisiejszy wybryk? – podjęła profesorka lodowato spokojnym głosem. Starała się opanować swoją buchającą wściekłość i zrezygnowanie, co do tej garstki uczniów. Zaowocowało to lodem sypiącym się jej z gardła.
Lily przez chwilę zastanawiała się nad stosowną odpowiedzią. Nie mogła jednak wymyślić żadnego logicznego zdania. Milczała więc pokornie.
-Mam rozumieć, że szlaban, który dostaliście wczoraj, wam nie wystarczy? – zaatakowała ponownie profesorka a Evans zmarszczyła nos, szukając w głowie migającej lampki. Nie mogła sobie przypomnieć, by ktokolwiek jej coś dzisiaj wspominał o jakimkolwiek szlabanie. Nie była na śniadaniu, więc sowa do niej nie dotarła, a później nie miała okazji, by porozmawiać z kimś, kto by mógł wiedzieć coś o jej karze.
-Pani profesor, tak właściwie to ja nic nie wiem na temat terminu mojego szlabanu – przyznała cicho, kuląc się na krześle. Zapadł ten rodzaj ciszy, który śmieje się w twarz zakłopotanym osobom.
-Pani sobie chyba żartuje! – wrzasnęła nagle McGonagall, a Evans podskoczyła na krześle – Bije się pani z uczniami na boisku, znika z większości dzisiejszych lekcji a później znajdujemy panią omdlałą na boisku i jeszcze, jakby tego była mało, ma pani czelność mówić, że nie wie nic na temat swojego własnego szlabanu?!
Lily przygryzła mocno wargi i wydobyła z siebie jedynie niewyraźne jęknięcie. Z tej kobiety wychodził wariat! Wyciekał jej z ust wraz z jadem!
Wstrzymała oddech, żeby nie wdychać powietrza, które wydostawało się z nozdrzy McGonagall. Z takim magazynem wściekłości w żołądku nigdy nie wiadomo, jakie opary z siebie wydycha.
Tymczasem profesorka prowadziła ciąg dalszy swojej powalająco moralizującej tyrady, która z zadziwiającą miękkością odbijała się od uszu Lily.
Tak w sumie, to właściwie nic się nie stało. Oczywiście, czysto hipotetycznie. Raptem kilka rzuconych zaklęć i parę opuszczonych zajęć. Nic wielkiego. Bywało gorzej. A teraz nawet rodziców nie ma w pobliżu, wiec sobie przynajmniej od nich nie posłucha. Państwo Evansowie nie są specjalistami w pisaniu wyjców. Już kiedyś próbowali na poczcie na Pokątnej. Nikomu z obecnych tam nie wyszło to na zdrowie. A odpowiedni lekarz miał przez następny tydzień pełen grafik. Lorelai zarzekała się, że więcej nie wyśle czegoś, czego się nie pisze ręcznie. Akurat w tym momencie to było jej najmłodszej córce wybitnie na rękę.
Więc, teoretycznie rzecz biorąc, nic jej nie grozi. Może się rozwalić w fotelu, wysłuchać litanii profesorki i zagłębić się w rozmyślaniach na temat zielonych migdałów. Jednak, jak zwykła mawiać Naomi, od teorii daleko do praktyki. Zwłaszcza, gdy przed nią stała McGonagall z miną odziedziczoną po Kubie Rozpruwaczu.
-Razem z Potterem masz szlaban przedłużony o dodatkowy tydzień! – ryknęła opiekunka.
-Pottera też zemdlał? – zdziwiła się Evans, bezmyślnie skazując na siebie wyrok śmierci przez zamrożenie wzrokiem.
-Evans! Bądź poważna! Oczekuję, że się poprawisz i zaczniesz poważnie traktować swoje obowiązki! Jakby mało było twojego wczorajszego wybryku, to dodatkowo dzisiaj uciekłaś z lekcji. Czy to, co ci powiedziałam po zajęciach do ciebie nie dotarło? – warknęła profesorka całkowicie zrezygnowana i dobita nieprzepuszczalnością umysłu poniektórych uczniów. – Ważne jest, zarówno dla zdrowia twojego jak i tego, kogo widziałaś w śnie, byś opanowała do perfekcji sztukę animagii! A to, moja droga, wiąże się z koniecznością doskonałego opanowania transmutacji! Nie możesz sobie pozwolić na opuszczanie zajęć i szwendanie się po zamku!
Lily taktownie milczała i bardzo boleśnie ugryzła się w język.
-Naturalnie, twoi rodzice dowiedzą się o twoich wybrykach. Poza dodatkowym tygodniem kary, otrzymasz zakaz wyjścia do Hogsmeade w następny weekend – powiadomiła profesorka.
-Jest wyjście do Hogsmeade? – zdziwiła się Lily a McGonagall odpowiedziała warknięciem.
-Możesz mi wierzyć, że jeśli jeszcze raz spotkam się z podobną niesubordynacją i arogancją dla regulaminu szkolnego z twojej strony, postaram się o znacznie gorszą karę dla ciebie – obiecała opiekunka a Lily z przerażeniem stwierdziła, że akurat te słowa zabrzmiały groźnie.

Woźny z trzaskiem postawił metalowe wiadro na podłodze i rzucił w ich stronę szmaty. Z chichotem godnym złodzieja cukierków przygładził swoje tłuste włosy i skrzyżował ręce na swoim chudym torsie.
-Macie to wszystko wyszorować tak, żebym mógł się w tym przejrzeć – polecił, rozkoszując się męczeńskimi minami czwórki jego odwiecznych wrogów. Od lat siedzi w tym fachu i za każdym razem znęcanie się nad tymi bachorami sprawiało mu równie wielką przyjemność. Mniej-więcej taką samą, jaką Huncwotom sprawiało robienie mu kawałów.
-Chce pan rozwalić te mury swoim widokiem? – rzucił Potter poprawiając z nonszalancją okulary. Filchowi nieco zrzęda mina, jednak szybko wrócił do swojego normalnego szczękościsku, stawiając sobie przed oczyma widok Pottera przyczepionego za ręce do sufitu.
-Wrócę was skontrolować za dwie godziny – powiedział i dodał z mściwym uśmieszkiem – Ale, oczywiście, znajdę jakieś niedociągnięcie i posiedzicie tu sobie przez kolejne trzy godzinki.
-Jak mamy to umyć? Przecież to jest ściana! – wrzasną z gniewem w głosie Remus i wskazał na jedyne, co się znajdywało na tym korytarzu. Na ścianę.
-No właśnie – skrzywił się woźny, imitując uśmiech. - Oddawać różdżki! – Wyciągnął przed siebie otwartą dłoń i szybko zacisnął w niej cztery różdżki. Odwrócił się zamaszyście, starannie zamiatając swoim długim płaszczem sporą cześć podłogi, i odmaszerował w stronę swojej kanciapy.
Chłopacy spojrzeli po sobie. James z zawstydzenia poczochrał sobie włosy i wzruszył ramionami, widząc na sobie wzrok przyjaciół.
-Masz szczęście, że z niego taki kretyn. Inaczej byś wpadł razem z tą swoją żałosną wykałaczką wetkniętą w tyłek – zauważył rzeczowo Syriusz.
-Nie miałem czasu na wystruganie porządnej – usprawiedliwił się Potter rozkładając ze zrezygnowaniem ręce.
-Po co strugać? Byle patyk byłby lepszy od tej smętnej imitacji różdżki* – stwierdził Lupin.
-Spróbuj wystrugać lepszą przez jedną noc – zdenerwował się Potter. Spędził całą godzinę na wystruganiu z jakiegoś cienkiego badyla jako takiej różdżki a ci się jeszcze czepiają.
-Mniejsza z tym. Czyść to, żeby można było chociaż na podłodze usiąść – polecił Black. James zmroził go wyrokiem, jednak posłusznie wyciągnął swoją prawdziwą różdżkę zza płaszcza i pomachał nią. Chwile później nudzili się tak samo jak wcześniej, tyle, że teraz siedzieli na czystej podłodze.
_____________________________________________

*Wyszłam tu z założenia, że za czasów Huncwotów nie było jeszcze Fałszywych Różdżek. Wątpię jednak, żeby młody James Potter szorował ręcznie pokoje tylko dlatego, że był mały postęp magiczny.

komentarze [18]

Nie napisana || wtorek, 16 stycznia 2007 23:43:20

Mała dziewczynka o oliwkowej cerze i lekko skośnych oczach chwyciła pilot od telewizora w obie ręce i przełączyła na kanał muzyczny. Gdy z głośników poleciała znana jej melodia zapiszczała radośnie.
-Lila! Lila, chodź! Leci „Nie napisana”! – Krzyknęła w stronę schodów i pogłośniła telewizor. Kiwając głową w takt muzyki wsłuchała się w gwałtowne, urywane dźwięki gitary. Zagłuszały je jedynie nerwowe kroki kogoś zbiegającego ze schodów.
Lila związała w biegu włosy w krzywy koński ogon i zeskoczyła z ostatnich kilku stopni. Poślizgnęła się na wypolerowanym parkiecie i wykonała przepiękny ślizg zakończony bliskim spotkaniem z przeciwległą ścianą.
Wbiegła zdyszana do przytulnego salonu państwa Wong i przeskoczyła oparcie kanapy. Nie trafiła na poduszki, tylko spadła na ziemię, ale to jej niespecjalnie przeszkadzało. Porwała z ławy ozdobną świeczkę i udając, że trzyma w rękach prawdziwymi mikrofon, zaśpiewała pierwsze słowa.
Luu ze śmiechem do niej dołączyła, porywając w dłoń pilota. Mocny, wesoły i dziecięcy głos Lii jakby przycichł ze wstydu i schował się w gardle, robiąc miejsce głębokiemu, dźwięcznemu i harmonijnemu głosu Ebony. Mała Azjatka śpiewała głosem delikatnym, jak pajęcza nić i zdawać by się mogło, że lekko zawstydzonym własnym pięknem. Brzmiał jak szept. Kołysał zmysły i uspokajał umysł.
Lila przycichła, wsłuchując się w zwrotkę wyśpiewywaną jednocześnie przez piosenkarkę i przez Luu. Pod koniec strofy muzyka ustała i nagle ponownie, głośniej się wznowiła.
Obie dziewczynki zawyły jednocześnie, najgłośniej jak umiały:

"Poczuj deszcz na swojej skórze!
Nikt nie może go poczuć za ciebie.
Tylko ty możesz tego doświadczyć,
nikt więcej.
Nikt więcej nie może wypowiedzieć słów,
Które są na twoich ustach.
Wypowiedź słowa niewypowiedziane,
Żyj z ramionami szeroko otwartymi.
Dziś jest dzień początku twojej książki.
Reszta jest wciąż nie napisana.*"


Obie zaśmiewały się do łez skacząc po tapczanie i śpiewając piosenkę. Piosenkę, która była dla nich motywacją. Zwłaszcza dla Luu.
Gdy melodia przycichła, a głos z telewizji ustał, dziewczynki opadły na tapczan wciąż się śmiejąc. Lila, swoim zwyczajem, odrzuciła głowę do tyłu śmiejąc się swoim dziecięcym, głośnym śmiechem. Luu siedziała po turecku i kołysząc się na wszystkie strony starała się opanować.
Gdy Lila wzięła kilka głębokich wdechów i ponownie wybuchła chichotem, Ebony zdążyła się uspokoić. Usiadła prosto i spojrzała na swoją przyjaciółkę.
-Lila? – zapytała. Rudzielec natychmiast ucichł wysłuchując następnych słów dziewczyny. – Obiecajmy sobie coś – poprosiła Azjatka.
Najmłodsza Evansówna przekręciła z zainteresowaniem głowę i spojrzała na przyjaciółkę wyczekująco.
-Co takiego? – powiedziała.
-Że będziemy czuć deszcz na skórę, wypowiemy słowa niewypowiedziane i będziemy żyć z ramionami otwartymi – powiedziała powoli Ebony. Słowa dobierała starannie, przypominając sobie tekst refrenu. Lila w zamian za to wytrzeszczyła na nią oczy.
-Po co? – zapytała a Luu nagle zdała sobie sprawę, że nie wie czemu. I nagle przypomniała sobie ostatni wers.
-Bo „reszta jest wciąż nie napisana” – zacytowała z uśmiechem błąkającym się po jej szczupłej twarzy – No, i żebyśmy nie żałowały niczego – dodała marszcząc w uśmiechu swoje skośne oczka. Rozejrzała się, czy aby żadnego z jej rodziców nie ma w pobliżu, splunęła na swoją prawą dłoń i wyciągnęła ją przed siebie.
Lila spojrzała na to ze zdziwieniem.
Takiego przypieczętowania obietnicy nie można było złamać. Wedle zasad ustalonych przez nią i Luu „już lepiej wolę, żeby mnie szlag trafił, niż żeby złamać obietnicę przypieczętowaną śliną”.
Dlaczego Luu aż tak zależy na tym, by doświadczyć wszystkiego, co możliwe?
I Lilę nagle oświeciło.
Białaczka. Ona popychała Ebony do korzystania z każdej sekundy życia. Przez nią nie mogła sobie pozwolić na bierne czekanie śmierci. Motywowała ją ona, by brać z życia garściami. O to przecież już dawno sobie obiecały. Przyrzekły, że choćby nie wiem jak źle było, one będą szukały słońca. Obiecały sobie, że wykorzystają całkowicie każdą sekundę danego im życia. Ale nie przypieczętowały tego.
Lila uśmiechnęła się swoim pokrętnym uśmieszkiem, splunęła na swoją prawą dłoń i z mocnym mlaśnięciem chwyciła rękę Luu.
-Obiecuję – zapewniła poważnym głosem. Obie uśmiechnęły się do siebie, kiwnęły mocno złączonymi dłońmi i puściły się. Przez chwilę siedziały cicho.
-Chodźmy do bliźniaków – zaproponowała Lila niedbale wycierając wilgotną dłoń w swój nowy sweterek.
Obie zeskoczyły w kanapy i pomknęły przez korytarz w stronę drzwi wejściowych. Jednak żadna z nich jeszcze wtedy nie wiedziała, jak mocno ta obietnica odbije się na ich późniejszym życiu.



James schował wybrane słodycze do torby. Zostawił na blacie, obok starej kasy fiskalnej należność i odwrócił się znów w stronę drzwi na zaplecze. Przez szparę między nimi a framugą dostrzegł sklepikarza kucającego przed kominkiem. Nerwowo gestykulował on rękoma, jakby starał się nimi odwzorować przebieg zdarzeń. Nietrudno było się domyśleć, z kim rozmawia sprzedawca. Z kominka dobiegały złowrogie posapywania pomieszane z cichym, tłumionym chichotem.
McGonagall i Dumbledore.
James potargał sobie włosy z tyłu głowy i przygryzł nerwowo wargę. Co teraz czeka? Gdy poprzednim razem złapano go na nielegalnym wypadzie do Hogsmeade, McGonagall powiadomiła poprzez sieć Fiuu jego rodziców a on sam przez miesiąc harował u woźnego.
Tym razem na pewno nie będą łagodniejsi.
Podskoczył, całkowicie zaskoczony, gdy rozległ się cichy wybuch i towarzyszący mu syk. Ale to chwilowe zaskoczenie było niczym w porównaniu ze zdenerwowaniem, jakie się pojawiło, gdy usłyszał głoś profesor McGonagall.
-Gdzie on jest? – warknęła kobieta.
James, w przypływie nagłej religijności, przeżegnał się.
-Tam – odpowiedział sprzedawca otwierając na oścież drzwi. Potter aż przygryzł wargi, gdy zobaczył McGonagall. Ruszyła w jego kierunku krokiem sumo i z rządzą krwi w oczach. Wyglądała, jakby bez żadnych ceregieli mogła na niego skoczyć i rozszarpać. I był przekonany, że bez problemu by tego dokonała.
Sklepikarz tymczasem relacjonował zdarzenie:
-Nie wiem właściwie jak on się tu dostał, prze pani, ale przestraszył śmiertelnie jedną z moich klientek, wyskakując na nią bez uprzedzenia a później, nie wiem, chyba dla zabawy, przewrócił regały rozsypując wszystko na boki.
-To nie było wcale tak! – zaprotestował gwałtownie James.
-Nie pogarszaj swojej sytuacji, młody człowieku! – ryknęła na niego profesorka, celując w niego różdżką.
-No niech pani zobaczy, jaki bałagan! – ciągnął dalej oburzony właściciel - To będą straty liczone w galeonach! Kto ma je niby uregulować? Sprzedaż mi spadnie, jak się rozejdzie, że w Miodowym Królestwie dzieciaki z Hogwartu atakują ludzi! W ogóle, co on robi poza terenem szkoły? Przecież nie dość, że to złamanie regulaminu, to jeszcze teraz ci Śmierciożer...
-Zamknij się, pan! – wydarła się na niego taktownie profesorka. James odruchowo rozejrzał się za kryjówką a sprzedawca skulił się w sobie i podrapał się po głowie.
-Wie pani, to nawet można posprzątać, ale straty – podjął facet na nowo, a Potter pożałował go na moment.
-Panie! Pan myśli, że ja się mam zamiar przejmować jakimiś tam czekoladkami? Panie, ja mam ważniejsze rzeczy na głowie, a słodyczą, nic się nie stało. Opakowania są całe, więc nie chce słyszeć ani słowa więcej o stratach! – powiadomiła uprzejmie McGonagall rzucając piorunami w mężczyznę. Najpewniej była znacznie od niego niższa, ale aktualnie wydawała się nad nim górować równie wyraźniej, jak niebo nad ziemią. James nie do końca był przekonany, czy to dobry znak dla niego samego.
-A co z dzieciakiem? – zapytał niepewnie, cieniutkim głosem sklepikarz.
-O to niech się pan nie martwi. Już ja się postaram, żeby nigdy więcej nie przewrócił żadnego regału – odparła kobieta z diabolicznym błyskiem w oczach.
James przełknął głośno ślinkę. Ta baba miała plan. I to nie był dobry znak.

Lily wkroczyła, jak nigdy, tanecznym krokiem do Pokoju Wspólnego. Kłamstwem by było stwierdzić, że wszyscy na nią spojrzeli. Uczniowie najzwyczajniej w świecie wlepili w nią swoje gałki oczne, jak to zwykła rasa ludzka robić. Gdyby ktoś miał w sobie na tyle masochizmu, by wydłubać sobie oczy, pewnie by nimi w nią rzucił.
Ruda, podrygując zgrabnie i nucąc sobie pod nosem, wytańczyła sobie drogę do kanapy przed kominkiem i – zupełnie nie jak Lily – bez zahamowań się na nią rzuciła.
Syriusz z olbrzymim wysiłkiem otworzył jedno oko a w następnej chwili wytrzeszczył oba. Oto rozwaliła się koło niego Lilyanne Evans. I nie usiadła prościutko i elegancko, jak to zwykle robiła, ale przełożyła nogi przez oparcie sofy, a głowę spuściła w dół. Bawiąc się własnymi włosami spojrzała na Lupina, który ze zdziwienia zapomniał, że trzyma w dłoniach książkę. A to mu się rzadko zdarzało.
-Wyglądacie jakoś tak nie do końca – zauważyła i uniosła się do normalnej pozycji z nogami wciąż wystawionymi za oparcie – Jeszcze bardziej niż zwykle – dodała z wybitnie rzadkim u siebie, ironicznym uśmieszkiem.
-Nie no, po prostu nadal mieliśmy nadzieję, że jednak nie masz rozdwojenia osobowości, ale teraz... – Syriusz przerwał dramatycznie i pokręcił smutno głową, jakby stracił swój wrodzony optymizm. Lily uniosła się na łokciach i odwróciła do niego twarzą.
-Bo widzisz, Black, młocie, jestem nie napisana –zanuciła przed nim i wstała. Otrzepała spodnie z niewidzialnego kurzu, jakby strzepywała coś więcej niż pyłek, i podparła się pod boki. Spojrzała na jedną-drugą Huncwotów i uśmiechnęła się do nich serdecznie i wesoło.
-Tak, właśnie. Nie napisana – powiedziała, niby to do siebie i ruszyła w stronę swojego dormitorium.
Lila jest cudowna. Zwłaszcza, gdy wszystko inne wydaje się być beznadziejne.
W połowie drogi zrobiła piruet, wyrzuciła ręce nad głowę i krokiem tancerki ruszyła na schody.

-Taka niesubordynacja! – ryknęła McGonagall.
Gabinet dyrektora Hogwartu zawsze bardzo ciekawił Jamesa. Odkąd zawitał tu pierwszy raz, marzył, by choć na chwilę pozostać w nim sam. Mógłby wtedy obadać te dziwne brzęczące, udające instrumenty przedmioty na półkach.
-W życiu się nie spotkałam z taką arogancją dla regulaminu szkolnego! – ciągnęła w najlepsze profesorka. Krzyki były jej chlebem powszednim. Musiała odpowiednią ilość słów dziennie wykrzyczeć, żeby przeżyć. Tak głosiła przynajmniej teoria Huncwotów.
Widok za oknem był wspaniały. Młody Potter wiele by dał za taki mały pejzaży za swoim oknem. Kto wie? Może by się kiedyś zmotywował i go namalował? Przecież to chyba nic specjalnie trudnego – machnąć kilka razy różdżką. Żadna filozofia. Tak w sumie zawsze go ciekawiło, jak mugole to robią, że później niektórzy płacą im za oglądanie takich bazgrołów. Może to coś głębszego?
-Powinniśmy natychmiast nałożyć na niego surową, konsekwentną karę. Taką, którą by zapamiętał aż do grobu! – wrzeszczała dalej McGonagall, chociaż teraz już powoli przechodziła w fazę charczenia. Bądź, co bądź sporo się nakrzyczała w ciągu ostatnich piętnastu minut.
Ten feniks to też niczego sobie. Miło by było mieć takiego na własność. Chociaż jeśli wszystkie są takie jak ten, James wolał się do żadnego nie zbliżać. Dotąd pamiętał jak to ptaszysko mu prawie palec odgryzło. A on przecież jedynie badał, czy ptaki aby na pewno nie mają uzębienia! Taka praca na rzecz edukacji a on jeszcze dostał szlaban za „wkładanie paluchów tam, gdzie nie trzeba”. Ale ten Fawkes to w sumie podobny do Evans. Ona też go ugryzła w rękę na trzecim roku, jak jej miętosił policzki, jak ciotka sietrzenicy. To chyba jest ta jedna z cech specyficznych gatunku. W końcu Evans to też czasami takie jeżące pióra ptaszysko.
-Zobacz no na niego, Albusie – wysłowiła się, chociaż niezbyt poprawnie, McGonagall po chwili jąkania się – Chodząca ignorancja!
Oho! Zaraz zadadzą jakieś głupie pytanie. James nader usilnie starał się coś stworzyć w swoich wyprostowanych zwojach mózgowych. Czego już dawno nie było? Choroba matki? Przecież nie może chorować przez trzy tygodnie. Opłakiwanie zdechłego szczura? Peter by się obraził.
-Potter! – ryknęła na niego McGonagall, a Albus, po długich dwudziestu minutach słuchania jej, uciszył ja ruchem ręki. – Ale Albusie, on nie słu...
-Tak, wiem. Jak zawsze – odparł Dumbledore. Spojrzał na Jamesa z figielkami w oczach i zapytał – Panie Potter, czemu pan nas nie słucha?
-Bo ja, prze pana, mam ADHD – odparł całkowicie poważnie James. Uśmiechnął się w myślach, widząc pełną podziwu twarz dyrektora. Wiedział, że go zaskoczy! Z ADHD już nie wyskakiwał od roku!

Przeskoczyła stertę tętniących własnym życiem ubrań i wylądowała stopą w pantoflu Naomi. Swój szalenie niestandardowy taniec zakończyła z wrzaskiem lądując na podłodze. Rozwaliła się na kamiennej posadzce jak długa i jęknęła cicho. Otworzyła powoli oczy i, odrzucona przez zapach, odsunęła się na bezpieczną odległość. Skarpetka, którą się przed nią znajdywała, była dziwnie zielonkawa w okolicach pięty.
Skrzywiła się ze zdziwieniem i wybuchła perlistym śmiechem. Swoim, jak dotąd skrzętnie skrywanym, zwyczajem odrzuciła głowę do tyłu śmiejąc się jeszcze głośniej.
Podniosła się, wyminęła wmurowaną z otwartymi ustami Naomi i podskoczyła do swojego łóżka. Rzuciła się na nie, prawie wyrywając z uchwytów kotarę.
-Te, Lily? – zaczęła Bloomy podchodząc do evansowego łóżka – Może byście się tak pogodziły? No wiesz, ty i Ann – zaproponowała.
Zapytana położyła ręce pod głowę i wpatrzyła się w swoje hasło motywacyjne. Migotało do niej, mrugało i błyskało zachęcająco. Lily zmarszczyła brwi, puszczając słowa Naomi mimo uszu i skupiła się na wychwyceniu myśli krążącej jej po głowie.
Zdarza się, że gdy człowiek, skrzat, lub inne stworzenie posiadające coś, co przypomina mózg, zapatrzy się w jedno miejsce, to myśli przychodzą mozolnie. Skradają się za piątym zwojem mózgowym od lewej i co jakiś czas wyglądają zza niego. Jeśli się ich nie schwyci w odpowiednim momencie, uciekną na ciemną półkulę mózgu i jakby nie było, już nie wrócą.
Lily zmarszczyła brwi usilnie starając się zgadnąć, co za myśl może się skradać w jej głowie.
-Aha! – wrzasnęła, pstrykając palcami. Usiadła na materacu i ze zdziwieniem spojrzała na stojącą wciąż Naomi – Co? – zapytała, przekręcając głowę na bok.
Bloomy z przygryzioną wargą obserwowała dość dziwny w wykonaniu Lily gest. Zamiast zwyczajowo przygładzić swoje wiecznie rozczochrane włosy, Lily dodatkowo je poczochrała w tyłu głowy.
-No w sensie, że ty i Ann – przypomniała.
-A tak, jasne. Się zobaczy, jak to będzie – zapewniła Evansówna i otworzyła szufladę swojej szafki nocnej.
-Fajnie. Bo widzisz, to trochę nie za bardzo tak siedzieć między wami – zwierzyła się Naomi, opadając na miejsce obok Lily. Przygładziła szkolną spódniczkę i spojrzała na swoje splecione dłonie.
Evans zerknęła na dziewczynę ze zdziwieniem. Wyciągnęła z zakopanej pod papierami szkatułki gumkę do włosów i kilkoma ruchami spięła włosy w luźny, jakby rozwalający się i wylewający na plecy koczek. Swoim zwyczajem wcisnęła sobie dłonie pod uda i usiadła na nich. Wychyliła się do przodu i spojrzała z uśmiechem na Naomi. Odrzuciła jej włosy spięte w kitki na plecy.
-Hej – powiedziała, jak do małej dziewczynki. Uśmiechnęła się ze zrozumieniem i rozweseleniem, jak przeczkolanka, i przyciągnęła Naomi do siebie. Przytuliła ją i pogłaskała po włosach – No już. Przecież wszystko będzie cacy. Trochę się posprzeczałyśmy, ale przecież to nie na stałe – zapewniła głosem wyrozumiałej matki.
Naomi, nieco zaskoczona tak nagłym gestem Evansówny a tym bardziej jej łagodnym, melodyjnym, jakby skrywanym wcześniej głosem, oparła się o ramie przyjaciółki.
Już nie umiała nosić w sobie wszystkich nagłych emocji, które się w niej kumulowały. Plątanina niteczek stała się gigantyczna i nie sposób było ją odplątać samemu. Początek każdego problemu tonął w następnie tonie zupełnie innych, niepowiązanych ze sobą rzeczy.
-Bo wy już od jakiegoś tygodnia tak siebie unikacie i ja nie wiem, co robić, a ja naprawdę chcę, żebyście się pogodziły, tylko, że nie wiem jak i nic z tego nie wychodzi i jeszcze wy siebie unikacie i to już zupełnie nie wiadomo, co z wami zrobić, bo u was to tak źle, tak niedobrze i jeżycie się na siebie i do gardeł sobie skaczecie... – wypluła z siebie potok słów Naomi, co chwilę przerywając dla złapania oddechu.
Lily znieruchomiała, słysząc tego. Nie przypuszczała, że kogokolwiek poza nią i Ann mogą interesować ich sprzeczki. Przecież to tylko takie niemalże nieodczuwalne scysje. Nie mają żadnego wpływu na otoczenie. Nie sądziła, że kłótnie jej i Moon mogą dotkną Naomi tak dotkliwie, tak bardzo, że dziewczyna nie będzie mogła sobie z tym poradzić. Było dla niej całkowitym szokiem, jak bardzo Bloomy może być rozdarta między swoimi dwoma przyjaciółkami.
Czyżby Lily naprawdę była tak niesamowicie ślepą egoistką, że nie widziała innych osób? Czy faktycznie nie zwraca uwagi na innych? Ich uczucia i emocje? Raniła innych swoim postępowaniem, słowami i zachowaniem? Idzie kogoś skrzywdzić nieumyślnie? A jeśli tak, to jak bardzo?
Mimowolnie, dla uspokojenie zarówno siebie, jak i Naomi, zaczęła się kołysać.
-Cicho, cichutko – szeptała łagodnie, zdrętwiałymi ze zdezorientowania ustami.
-A jeszcze Andy się na mnie wkurzył jak poszłam się mu wyżalić, ale on przecież powiedział mi, że mogę przychodzić do niego, kiedy chce, więc czemu on tak zareagował? – Łkała dalej Błękitna.
Lily obudziła się na dźwięk tych słów.
-Martinson? – zapytała i odciągnęła od siebie Naomi na długość ramion – Co on ci zrobił?
-No nic, ale się na mnie zdenerwował i teraz się nie odzywa i w ogóle chyba nie chce mnie znać – tłumaczyła mętnie Naomi wycierając oczy pięścią.
-Dlaczego? – zapytała Lily szybko, a gdy nie usłyszała odpowiedzi potrząsnęła ponaglająco ramionami Bloomy – Naomi, dlaczego ma nie chcieć ciebie znać?
-A nie ważne – odpowiedziała szybko, zdenerwowana własnymi słowami Naomi – Tak mi się jakoś powiedziało – zapewniła. Lily zmierzyła ją wzrokiem i przemilczając dziwne zdenerwowanie i panikę w oczach Naomi, przytuliła ją.
-Nie przejmuj się nim. On tylko wygląda jak aniołek, wierz mi. Już zdążyłam go poznać. Nie warto sobie nim zawracać głowy – zapewniła i zapatrzyła się w przestrzeń.

James, bogatszy o miesięczny szlaban i pewność dostania wyjca od ojca, wyleciał z gabinetu dyrektora. Był dziwnie pewny, że pozostali Gryfoni nie będą zachwyceni z odjętych pięćdziesięciu punktów. Ale miał słodycze! Dumbledore przekonał McGonagall, że za słodycze zapłacono, więc się należą chłopakowi. Misja spełniona. Kilka połknięć i niedociągnięć zostało wynagrodzonych. Waniliowo-czekoladowe karaluchy hałasowały odbijając się o ścianki metalowego pudełka, kilka kremowych brył nugatu szeleściło w papierowej torbie. Evans będzie zachwycona. Jej przysmaki.
James rozpędził się przed schodami i szybko wspiął się po nich, przeskakując po trzy stopnie. Przeskoczył na podest i popędził korytarzem. Skręcił w prawo, znokautował małego Krukona i ruszył do Wieży Gryffonów. Wspiął się po schodach i stanął na podeście. Zatrzymał się przed Grubą Dama i wyszukał w pamięci nowe hasło.
-Kurduplowata żaba – powiedział i wszedł do Pokoju Wspólnego. Typowym dla siebie spojrzeniem przeskanował pomieszczenie szukając wzrokiem kogoś godnego uwagi. Wymiął kilka mdlejących na jego widok dziewcząt i przeskoczył stos książek. Stanął przed Blackiem i Lupinem, którzy z dziwnie zatroskanym spojrzeniem wpatrywali się w schody do dormitorium dziewczyn. Poczochrał sobie włosy i wskazał podbródkiem na Syriusza, jakby sam sobie pokazywał, do kogo będzie mówił.
-Ty, co jest?
-Stary, do będzie dla ciebie szok, ale ta plotka do prawda – odpowiedział mętnie Syriusz z miną człowieka opłakującego czyjąś śmierć.
-Plotka? Ale która? – Drążył Potter.
-No wiesz, to z kibla na drugim piętrze. Ta, o rozdwojeniu jaźni Evans – wyjaśnił Black.
-O! –Wyrwało się Potterowi. Zapadła pełna napięcia cisza, szeleszcząc nieprzyjemnie miedzy głowami trójki przyjaciół.
-Rogacz, a może ty sobie zmień obiekt westchnień, co? Takie dwa w jednym nie zawsze jest dobre, rozumiesz – zaproponował Syriusz.
Potter zastanowił się przez chwilą na odpowiednio ciętą ripostą, jednak, gdy żadna się nie zrodziła w jego głowie, ograniczył się do prychnięcia.
Remus spojrzał na niego z otwartymi ustami i wybuchł śmiechem.
-Co to było? – zapytał zupełnie zbity z tropu Black.
-Nie no, jak nawet prychnięcia się czepiają! – krzyknął Potter i ruszył na spotkanie z przeznaczeniem chwilowo noszącym nazwisko Lily Evans.
Black i Lupin, zawzięci fani oper mydlanych, ruszyli truchtem za przyjacielem.
_____________________________________________

* tłumaczenie refrenu piosenki Natashy Bedingfield - "Unwritten". Podobne tłumaczenia będą się jeszcze wiele razy przewijały przez całe opowiadanie.

Nastąpiła zmiana w części pt. "Po dziurki w nosie, czyli spróchniałe krzesła atakują" z dnia 28 sierpnia 2006r. Dokładniej chodzi o imię i nazwisko Krukonki. Zostały one zmienione z Dorcas Meadowes na Ebi Bowie.


komentarze [14]

Druga półkula || piątek, 29 grudnia 2006 18:16:55

Zacharczała głośno i widowiskowo się opluła.
A później otworzyła oczy. Ku swojemu zdziwieniu stwierdziła, że znajduje się w wielkiej, białej breji. Wcale nie czuła się, jakby pływała w zupie mlecznej, co dodatkowo pogłębiło zdezorientowanie. Przemyślenia na temat „dlaczego się nie duszę?” przerwała jej pochylająca się nad nią osoba.
-Fdzi uhm? – zapytała dziewczyna.
-Biedne dziecko – usłyszała w odpowiedzi.
Przez moment zastanawiała się, czy kiedykolwiek słyszała o miejscu o nazwie „Biedne dziecko” zanim jej ślimaczy umysł podpowiedział jej, że przypuszczalnie to nie jest nazwa instytucji, w której się znajduje.
Zamrugała kilka razy powiekami dla odzyskania ostrości widzenia i przyjrzała się dokładnie i z całą, nieprzyjemną w tej chwili trzeźwością, zębom madam Pomfrey.
-Nie kręć się – nakazała młoda pielęgniarka przyduszając jej rękę do czoła. Gdy się odsunęła Lily spojrzała na znajome ściany Skrzydła Szpitalnego. Nie trudno je zapomnieć. Białe i nagie. I kilka żelaznych, szpitalnych łóżek. Stojących na podłodze, nie na ścianie. Na posłaniach leżało kilku mniej odpornych na zaklęcia lub też drobnoustroje uczniów.
Gdy z powalającą jak na nią szybkością uświadomiła sobie, gdzie jest, instynktowe spojrzała na swoje ręce w poszukiwaniu podpiętej kropli. Nic godnego uwagi nie znalazła, poza jednym, gigantycznym siniakiem.
-Co się stało? – zapytała z powalającą błyskotliwością i oryginalnością, cały czas wpatrując się w wielką, fioletową plamę.
-Biłaś się ze zbroją – odparła rzeczowo pielęgniarka znikając w swojej kanciapie.
-Ale w sensie, że co? – zapytała Lily śpiącego Krukona leżącego obok.
-Odwiedzili cię znajomi – obwieściła Pomfrey wyłaniając się ze swojego tajemniczego pokoiku.
Lily w popłochu rozejrzała się po sali. Madam razem z nią, nie wiedząc, o co dziewczynie chodzi.
-Gdzie są? – zapytała w końcu dziewczyna. Pielęgniarka spojrzała na nią jak na skończoną idiotkę.
-Wygoniłam ich, naturalnie – odparła lekko, jakby to była najnormalniejsza rzecz w świecie, jedno z praw natury.
-A nienaturalnie idzie? – wyszemrała do siebie dziewczyna patrząc, jak pielęgniarka krząta się koło jej łóżka – Jak to, biłam się ze zbroją? – Dodała już głośniej. Po raz kolejny pod wzrokiem Pomfrey poczuła się jak ta najgłupsza.
-O czym ty znowu mamroczesz? – żachnęła się kobieta. Postawiła tacę z niepokojącą ilością flakoników na szafkę nocną i zaczęła odkorkowywać buteleczki – Zemdlałaś i, z tego, co mi wiadomo, wpadłaś po drodze do Skrzydła Szpitalnego na zbroję Ptolemeusza III.
Lily podniosła się na poduszkach i spojrzała na pielęgniarkę z wybitnie bezmyślną miną.
-Że jak? – zapytała – Zemdlałam, więc przyszłam tutaj sama? I wpadłam na jakiegoś tam trzeciego?
Pomfrey spojrzała na nią jakby była co najmniej sedesem w męskiej ubikacji. Szybko wcisnęła dziewczynie do rąk dwie buteleczki i ruszyła w stronę jęczącego Krukona.
-Wypij to i zjeżdżaj. Nie mam czasu na użeranie się z tobą – warknęły plecy kobiety. Lily uśmiechnęła się w pewnym stopniu triumfalnie. Jak chce się szybko wyjść ze Skrzydła Szpitalnego należy wkurzyć pielęgniarkę. To niezawodne.
Dziewczyna wypiła swoje zdrowie i spojrzała na pielęgniarkę.
-Kto mnie tutaj przyniósł? – zapytała w zamyślaniu.
-Gajowy Hagrid – usłyszała w odpowiedzi. Cmoknęła pod nosem i uśmiechnęła się.
-To wiele tłumaczy – wymamrotała do siebie i wypiła zawartość drugiego flakonika.

Syriusz opadł na fotel. Z gracją strącił nogą wazon ze stojącego obok stolika i podrapał się po swojej zapuszczanej od dwóch dni koziej bródce.
-No rzeczywiście wyglądała tak nie do końca – zawyrokował mając wciąż przed oczyma widok Lilki. Bladej i nagle znacznie chudszej niż zazwyczaj.
-No co ty, kurde, nie powiesz? – warknął wściekły James. Właśnie wyszedł z fazy zamartwiania się i wkroczył w etap obwiniania siebie o zaistniałą sytuację.
Jak on mógł nie zauważyć, że coś złego się dzieje z Evans? Nawet nie zauważył, że od kilku dni nie jadała posiłków. A przecież to było takie oczywiste! Od jakiegoś czasu była niemal mlecznobiała i miała podkrążone oczy. I nie obiadała się czekoladkami tak zawzięcie, jak to zwykle robiła. Jak mógł to przeoczyć?
Gdyby spojrzał na coś więcej, niż na nowy plan potajemnego, nocnego wyjścia do Hogsmeade to pewnie Lily nie leżałaby teraz w Skrzydle Szpitalnym!
-To wszystko moja wina – jęknął rozpaczliwie a wszyscy zainteresowani spojrzeli na niego, jak na kretyna. Syriusz, po raz pierwszy od dawna, usiadł na fotelu jak normalny człowiek i spojrzał z powalająco szczerym politowaniem na swojego przyjaciela.
-O czym ty znowu do nas rozmawiasz? – zapytał.
-Powinienem zauważyć, że coś z nią jest nie tak – tłumaczył Potter.
Black wytrzeszczył na niego oczy. Pokiwał z niedowierzaniem głową i oparł się w fotelu.
-Jak baba – zawyrokował, wskazując ręką na Jamesa. Spojrzał na Lupina w poszukiwaniu zrozumienia, które bez problemu udało mu się znaleźć – No słowo daję, jak baba! I co? Teraz się będziesz obwiniał o to, a później wszystko zrzucisz na nas, tak?
Spojrzał na Jamesa z nijaką złością.
-Ty masz fazy depresyjne jak baby, czy udajesz?
W Pokoju Wspólnym Gryffindoru zapanowała napięta i – zadziwiająco jak na całkowite milczenie – wymowna cisza. Wszystkie sześć osób znajdujących się właśnie w Salonie w napięciu wysłuchiwało kolejnych słów Pottera.
Hanna Smilling i Dany Adler zatrzymali się wpół kroku i nerwowo nadstawili uszu.
-Czego? – warknął a nich uprzejmie Lupin. Hanna spłoszyła się i schowała za Danym, który nie zdarzył się ukryć za nią. Ten, nie zwracając uwagi na dziewczynę, ruszył szybkim krokiem w stronę Huncwotów.
-Co się stało Lily? – zapytał, kładąc ręce na oparcie fotela Blacka.
-Leży s Skrzydle Szpitalnym – poinformował Remus. Dla odmiany zrobił to normalnym głosem.
-Czemu? – rzucił pałkarz, tym razem niemal z przerażeniem.
-Dowiecie się wszystkiego na treningu – zapewnił go Syriusz, któremu nagle stanął przed oczyma widok rozjuszonego do granic możliwości Cabota.
Dany zagwizdał niepokojąco.
-Jerremy się wścieknie – stwierdził – A może ona chociaż grać?
-Raczej nie.
Na to Dany odpowiedział nieco bardziej piskliwym gwizdem.
-Będzie się działo na tym treningu. A miałem taki dobry humor.
Uśmiechnął się do nich i skinąwszy na Hannę wyszedł.
W pomieszczeniu ponownie zagościła cisza. Czwórka Huncwotów spojrzała po sobie i jak jeden mąż westchnęli głęboko i nieco przejmująco.
-Jeszcze treningi – stwierdził Peter. Pozostali pokiwali głową – Cabot będzie zły.
-Zły? – spytał z ironią Black – Zły to on jest, mój drogi Glizdku, na cały etat. Dzisiaj będzie horror! Wykręci nas jak te małe, nic nie znaczące, bezbronne ściereczki i wypucuje nami całe boisko – powiedział, wykręcając przy tym z miną mordercy wyimaginowaną ścierkę.
-To wszystko moja wina – zaczął na nowo Potter.
Reszta załamała nad nim rękę.
-Zamiast się obwiniać poszedłbyś do Hogsmeade po czekoladki dla niej. Trzeba w nią nawpychać żarcia ile wlezie. Tak kazała Pomfrey a dla Lilki najlepsze będę słodycze – poradził trzeźwo Remus. Potter spojrzał na niego nieprzytomnie.
-No to idę – powiedział. Niewiele myśląc wstał i porywając ze stolika torbę wyszedł.
-Tylko wróć przed szóstą na szlaban! – krzyknął za nim Black. Odniósł niepokojące wrażenie, że James nic nie usłyszał, co, biorąc pod uwagę fakt, że obraz się zamknął, zanim zaczął krzyczeć, było dość możliwe. W Pokoju Wspólnym znowu zapanowała pełna napięcia cisza.
-Czy on wie o godzinie szlabanu? – zapytał Peter.
-Chyba nie – odpowiedział Black. Po kolejnej minucie ciszy Peter ponownie się odezwał:
-A Lily wie?
-Chyba nie.
To tych słowach cisza zagościła na stałe w Pokoju Wspólnym Gryffindoru.

Lily spuściła wzrok na swoje szkolne lakierki byleby nie patrzeć na zęby madam Pomfrey, która to właśnie prawiła jej kazanie na temat, czego jej nie wolno. Lily, nie Pomfrey.
-Przez najbliższe tygodnie będę ciebie obserwować na posiłkach, więc nawet nie próbuj się od nich wymigać – Kobieta pogroziła Lily palcem. – Masz jeść normalnie, bez jakichkolwiek diet i innych kretyństw. Jeśli tylko o czymś takim usłyszę, zaraz napisze do twoich rodziców, jasne.
Na te słowa Lily spojrzała na pielęgniarkę z przestrachem.
-Nie zrobi pani tego! – krzyknęła z paniką w głosie. Mogła siedzieć pod kroplówką, dostawać eliksiry piętnaście razy na dobę, ale nie chciała nawet myśleć, że o jej braku apetytu mogą dowiedzieć się jej rodzice. Natychmiast by napisali do Dumbledore’a z prośbą o odesłanie swojej córki do domu na specjalistyczne leczenie. A tego w żadnym razie nie chciała.
-Och, założymy się? – zapytała z kpiną w głosie Pomfrey. Podparła się pod boki i spojrzała na dziewczyną z góry. – Jeśli zajdzie taka potrzeba, owszem, zrobię to. Masz tygodniowy zakaz latania na miotle i fizycznego uczestnictwa w treningach tego całego niebezpiecznego Quidditcha. Zwolnienie przekażę profesor McGoonagall osobiście, by powiadomiła o tym kapitana twojej drużyny.
Lily spojrzała na nią ze złością.
-To może od razu mnie pani zabije zanim zrobi to Cabot? – warknęła nieprzyjemnie. Pielęgniarka spojrzała na nią z niemałym zdziwieniem.
-O czym ty znowuż pleciesz? W każdym razie, w lekcjach będziesz uczestniczyła normalnie, podobnie jak w zajęciach nadprogramowych. – Pomfrey na koniec tego zdania pstryknęła palcami, jakby dokonała nieziemskiego odkrycia. – Co do nich, profesor McGonagall kazała ci przekazać, byś się stawiła w jej gabinecie punktualnie o siedemnastej.
Lily wybałuszyła oczy i rozdziawiła usta. Spojrzała z miną męczennika na sufit.
-Już po mnie – stwierdziła i dodała głośniej i z niemal namacalnym wyrzutem, jakby to była pielęgniarki wina: Mogę już iść?
-A wynoś mi się stąd, zanim mi ciśnienie skoczy – warknęła na nią pielęgniarka i machając ręką w stronę drzwi wróciła do pozostałych pacjentów.

To, co była najgorsze w skradaniu się do Hogsmeade w dni powszednie był fakt, że Miodowe Królestwo nie było tak cudownie pełne jak podczas dni wypadu uczniów do wioski. Wtedy bez problemu można się wyłonić z zaplecza i nikt na to nie zwróci specjalnej uwagi. Jednak, gdy w sklepie znajdują się dwie osoby, z czego jedną jest krepy sprzedawca, sprawy nieco się komplikują.
James narzucił na siebie pelerynkę-niewidkę i skradając się cicho zniknął za regałami z pola widzenia właściciela. Stanął za półkami wypełnionymi po brzegi najróżniejszymi żelkami i wyglądając ostrożnie w stronę lady ściągnął z siebie pelerynkę.
Podskoczył jak oparzony, gdy usłyszał za plecami dziki pisk. Wrzasnął, nie przymierzając, jak dziewczyna i odskoczył do tyłu, spadając na półki.
Przed nim nagle, bez żadnego ostrzeżenia zmaterializowała się stojąca tam od piętnastu minut babcia. Wrzeszcząc dziko na przemian mdlała i wymachiwała wściekle czerwoną parasolką.
-Szszsz – powiedział James przykładając palec do ust – Niech się pani uspokoi – prosił, a gdy zobaczył, jak kobieta po raz kolejny symuluje zawał podskoczył do niej, by się czasami nie przewróciła – Proszę oddychać głęboko i zamknąć jadaczkę.
-Przestępca! Zboczeniec! Śmierciożerca! Ratunku! – Kobieta odskoczyła od niego z młodzieńczą zwinnością i z zadziwiającą siłą zaczęła go okładać parasolką po głowie.
James, cofając się, trafił jedną nogą w kociołek wypełniony po brzegi pasztecikami. Potknął się i wylądował na półce wyładowanej dropsami i gigantycznymi lizakami.
-Śmierciożerca! Gwałciciel! – kwiczała kobieta, podczas gdy James wraz z całym regałem poleciał do tyłu. Wylądował na połamanych półkach i setce opakowań Musujących Pocisków, których osobiście był entuzjastą.
Podczas gdy on zwijał się na podłodze wciąż zawzięcie okładany parasolką, do tego miejsca podleciał sprzedawca i klient jedyny klient.
Mężczyzna wyciągnął w stronę chłopaka swoją gigantyczną łapę i ciągnąc go za szkolny krawat podniósł do pionu.
-Gryfon, tak? – warknął z nieprzyjemnym uśmiechem – Masz kłopoty, synku.
-Nie jestem pana synem, prze pana – zauważył Potter poprawiają przekrzywione okulary.
Właściciel spojrzał na niego, jakby był zawodowym bazyliszkiem i w przymilnym uśmiechem spojrzał na dwumetrowego, chudego jak szczypiorek klienta, który właśnie wydał u niego dziesięć galeonów i na rozwrzeszczaną, profesjonalnie obsługującą parasolkę, babcię.
-Najmocniej państwa przepraszam. W ramach rekompensaty za kłopot otrzymają państwo nasze największe tabliczki czekolady. Za darmo, oczywiście – poprowadził dwójkę swoich klientów do odpowiedniego działu. Spojrzał na Jamesa przez ramię – Stój tu i się nie ruszaj – nakazał.
Potter otrzepał swoją szatę i wyciągnąwszy różdżkę ustawił w pionie przewrócony regał.
-Czy zanim pan powiadomi dyrektora, będę mógł u pana coś, niecoś kupić dla mojej chorej koleżanki? To naprawdę bardzo pilna sprawa – wykrzyknął James w głąb pomieszczenia i zaczął się rozglądać za przysmakami Lily. Przecież nie wyjdzie stąd z pustymi rękoma, zwłaszcza, że przypłaci to rocznym szlabanem.

Lily podskoczyła jak oparzona, gdy drzwi Skrzydła Szpitalnego zamknęły się za nią z trzaskiem. Spojrzała na nie z uśmiechem i ruszyła korytarzem. Czuła się jakoś tak dziwnie inaczej. Zupełnie inaczej, niż powinna się czuć dziewczyna, której zabroniono chodzić na treningi, której najukochańsze zwierzątko zmieniło się w czarne piórko i której przyjaciółka poprztykała się z nią do granic możliwości.
Czuła się tak... Normalnie. Było jej lekko na duchu i ciele. Nie czuła krążącej jej po głowie myśli o tajemniczych znakach, książkach, lekcjach, szlabanie i zajęciach, które zostały z osiemnastej przesunięte na siedemnastą.
Poluźniła krawat i wsunęła ręce do kieszeni. Miała wrażenie, jakby wszystkie kłopoty z niej uleciały. Czuła się jak zwyczajna, nie obarczona dziwnymi problemami uczennica spacerująca sobie szkolnymi korytarzami w czasie lekcji. Nie wiedziała, jakie eliksiry przed paroma minutami wypiła, ale miło by było mieć ich zapas w szufladzie.
Miała cudowne uczucie odzyskania sił. Mogła poruszyć niebo. Wstrząsnąć całym światem.
Zaśmiała się do swoich myśli i puściła perskie oczko to trolla patrzącego na nią z politowaniem z obrazu.
Mimowolnie zaczęła rytmiczniej stawiać kroki i kołysać się na boki. Po chwili ciche nucenie zmieniło się w głośny śpiew pomieszany ze śmiechem.
Nagle, po wielu latach poczuła się ni mniej, ni więcej, ale dokładnie tak, jak się czuła w latach przed Hogwartem. Beztrosko, jak dziewczynka, która wbrew wszelkim regułom miała zamiar do końca wykorzystać każdą sekundę życia.
-Dwie małe małpi, mały mają świat – zanuciła, podskakując. Usiadła na poręczy i zjeżdżając po niej zaczęła śpiewać resztę napoczętej piosenki.
Nie tak powinna się zachowywać pokłócona z przyjaciółką dziewczyna, której pająk zmienił się w pierze.
Ale jakie to ma znaczenie? Świat kręci się dalej, nawet, jeśli słońce oświetla drugą półkule.

komentarze [6]

Piniata pełna gwiazd || wtorek, 12 grudnia 2006 17:41:34

Po bliskim zapoznaniu się ze zbroją Ptolemeusza III, która - niewiadomo, jakim cudem - pojawiła się na środku korytarza, tuż pod nogami Lily, gajowemu udało się w końcu dociągnąć naw półprzytomną dziewczynę do Skrzydła Szpitalnego. Podczas, gdy Gryfonka ledwo stała na nogach, pogrążona w swoim cudownym, nieodgadnionym świecie, Hagrid próbował upchnąć za pazuchę płaszcza coś niepokojąco piszczącego i szczekającego. Ukrył tam białą głowę do złudzenia przypominającą łeb psa, wyprostował się dumnie i otrzepał brudne od ziemi spodnie.
Zapukał wybitnie głośno w drzwi Sali Szpitalnej, po czym pchnął je. Wszedł pewnym siebie krokiem do pomieszczenia i po chwili się cofnął, jakby coś sobie przypomniał.
Młoda pielęgniarka stojąca na środku sali z tacą obstawioną flakonikami spojrzała na gajowego, jakby był galopującym wielbłądem. Wytrzeszczyła na niego oczy i aż cofnęła z oburzenia głowę, gdy po chwili Hagrid wrócił trzymając na rękach zapomnianą wcześniej uczennicę. Zamrugała szybko powiekami i ściągnęła usta w dzióbek.
-O! – Wyrwało jej się.
Odstawiła tacę na najbliższy stolik karcą wzrokiem jęczącego z bólu Krukona i podbiegła krokiem gejszy do łóżka, na którym wylądowała najnowsza pacjentka.
-Co się jej stało? Czyżby eliksir utraty świadomości? – Zapytała, uważnie przyglądając się lekko uchylonym ustom dziewczyny i zamglonym, niewidzącym oczom. Złożyła ręce jak do modlitwy i przyłożyła dłoń do czoła a następnie policzka Gryfonki.
-Co? – Nie zrozumiał Rubeus lecz zaraz dodał machając lekceważąco ręką – A gdzież tam. Zemdlała dziewucha, Błahos... To znaczy mnie się przestraszyła pewnie! – Poprawił się szybko. Dla podkreślenia swoich słów uderzył się mocno w wypiętą pierś. Coś niewyraźnie zaskomlało pod jego dłonią. Pielęgniarka spojrzała na niego groźnie i zmierzyła go piorunującym wzrokiem.
-Jakiej znów błahostki? Toż to dziewczyna musiała się przerazić! – Zapiszczała z przekonaniem i pobiegła do swojej kanciapy po odpowiedni eliksir. Hagrid rozejrzał się po sali i odchylił kołnierz swojego płaszcza.
-Cicho, Błahostka! Bo nas obydwu wydasz – zamruczał.
-Czemu pan rozmawia ze swoimi sutkami? – Zapytała kobieta pojawiając się nagle z powrotem przy łóżku Lily.
Hagrid wzdrygnął się, splótł dłonie na plecach i kołysząc się na boki odpowiedział:
-A nic, tak sobie.
Madam Pomfrey, która wcale nie wyglądała na madam, lecz na nieco starszą młodą kobietę, wzruszyła gustownie ramionami i zabrała się za wlewanie Gryfonce do gardła eliksiru wzmacniającego.

Julia Kent, nieco zbyt okrągła Gryfonka zawyła wściekle, gdy przy zbyt szybkim opuszczaniu blatu biurka przytrzasnęła sobie palce.
McGonagall zgromiła ją wzrokiem i uderzyła pięścią w blat swojej katedry.
-Cisza, wy niezdyscyplinowane bachory! – Ryknęła, hamując w sobie odruchy niegrzeczności i zdobywając się na łagodny epitet. Spojrzała ponaglająco na brzuch Hagrida stojący w drzwiach. Po chwili, zza ściany pojawiła się również głowa gajowego.
Pół-olbrzym kolebiąc się na boki podszedł do pulpitu demonicznej nauczycielki i mnąc w rękach kant swojego płaszcza wymamrotał coś szeptem. Twarz profesorki przeszył niepokojąco zadowolony uśmiech, przerażając tym samym wszystkich znajdujących się akurat w klasie.
-Jesteście wolni – obwieściła, rozdmuchując po pomieszczaniu podmuch grozy i pewnego rodzaju nieufności. Nie zwracając uwagi na przerażone twarze uczniów uniosła koniec swoje szaty do góry, ukazując swoje nad wyraz umięśnione łydki i wraz w Hagridem wybiegła z sali. Rocznik siódmy Gryffindoru i Hufflepuffu rozejrzał się po sobie nie wiedząc jak zareagować na zaistniałą sytuację.
Pierwsza odezwała się Megan Moscovitz:
-Maniek, słyszałeś o co poszło? – Zawołała do chłopaka usadzonego za karę w ławce najbliżej biurka McGonagall.
-Chyba znaleźli Evans – odpowiedział brunet.
Z klasie znów zapanowała cisza.
-Musze jej kiedyś postawić ołtarzyk. Jak słowo daje – stwierdzała Jill Deever cały czas stojąc przy swoim miejscu. Właśnie miała odpowiadać ustnie.

Podniosła ociężałe powieki i z niemałym zdziwieniem stwierdziła, że właśnie pochyla się nad nią brązowo-siwa kuropatwa. Oddech miała nieco podobny do wydechu Jerremy’ego Cabota, jednak to z całą pewnością była kuropatwa.
Otworzyła usta, żeby poprosić o łaskawe przymknięcie dzioba, jednak udało jej się tylko ziewnąć. Bardzo potężnie.
W odpowiedzi usłyszała odległe posapywanie.

-Co ona taka blada? Czemu przewraca oczami, jakby widziała trolla?
McGonagall pochyliła się nad swoją podopieczną i przyjrzała jej się dokładnie. Lily była bledsza niż zwykle a spod na wpół przymkniętych powiek co jakiś czas wyglądały przeraźliwie zielone tęczówki. Poza tym włosy miała rozczochrane, jakby zawodowo je tapirowała, ale madam Pomfrey oświadczyła, że to nie było powodem zasłabnięcia ani jego efektem.
-To najprawdopodobniej z powodu przemęczenia i niedojedzenia. Zdaje się, że od kilku dni niewiele jadła – oświadczyła pielęgniarka ze smętną miną. Ponownie złożyła dłonie i kręcąc głową spojrzała na wychudzoną dziewczynę – Bidulka – dodała dramatycznie załamanym głosem.
-Wszystko jedno – odparła McGonagall poprawiając okulary na nosie – Masz mi ją wyhodować tak, żeby pod koniec dnia była gotowa na lekcje dodatkowe ze mną.
Profesorka wyprostowała się i splotła dłonie na plecach. Spojrzała z góry na półprzytomną dziewczynę i zerknęła znów na Pomfrey.
-Ile to zajmie? Żeby była kontaktowa?
Kobieta zamyśliła się na moment spoglądając na sufit i odpowiedziała:
-Godzinę.
-Doskonale.

Kuropatwa nagle znikła, podobnie jak odległe posapywania. W następnej chwili coś rozdziawiło jej usta i wlało do gardła parzący płyn o cierpkim smaku. Jeśli czerń mogłaby wirować, pewnie właśnie to by zrobiła, latając jej przed oczami. Tymczasem jedyne, co się stało, to świadomość odpłynęła w krainę błogich, teoretycznie bezsennych snów. Ale od teorii daleko do praktyki.

Hanna Smiling pokręciła się chwilę przed tablicą ogłoszeń w Pokoju Wspólnym Gryffonów. Obejrzała dokładnie „Listę Najbardziej Zasyfionych Dormitoriów Gryffindoru”. Ominęła wzrokiem ogłoszenie McGonagall i po sekundzie znów do niego wróciła przyciągnięta znajomą nazwą. Zakręciła się kilka razy na pięcie i wyrzuciła zaciśnięte pięści nad głowę.
-Oł je! – ryknęła niezrozumiale. Podskoczyła radośnie nucąc –jak się domyślał Dany Adler – swego rodzaju pieśń zwycięstwa.
-A ta, co znowu jęczy? – Warknął zniesmaczony Jerremy zawzięcie poszukując swojego wypracowania na Zaklęcia.
-Co jęczysz? – zawołał Dany w kierunku dziewczyny. Wyjrzał zza oparcie krzesła i nic nie zobaczył. Właśnie cały widok zasłoniła mu potężna jakby nie patrzeć osoba Juli Kent.
Okrągła i przy tym niska dziewczyna kolebiąc się na boki podbiegła do tablicy. Przygładziła długi do połowy ud, olbrzymi zielony t-shirt i klasnęła w dłonie.
-No więc? – zapytał ponownie chłopak.
Hanna spojrzała na niego nieprzytomnie.
-Za tydzień Hogsmeade! – zawyła ucieszona jak małe dziecko. Megan Moscivitz i Jill Deever zapiszczały z uciechy.
-Jakież to powalająco niesamowite – zironizował Dany w momencie, gdy do Pokoju Wspólnego z lekcji zaczęli się schodzić inni Gryfoni.

Naomi, jak to zwykle Naomi, przy przechodzeniu prze próg wykonała swój popisowy numer – potknęła się o sznurówkę. Przejechała kilka metrów po posadzce, po czym zatrzymała się przed parą wybitnie uwalonych ziemią butów. A buty te były gigantyczne, co nie rokowało najlepiej stworzeniom znajdującym się blisko nich. Wręcz imponowały one swoim nie opatentowanym rozmiarem. No i jednocześnie straszyły.
Po chwili pełnej podziwu dla monumentalnej wielkości rzeczonego obuwia coś chwyciło ją za kołnierz wełnianego, szkolnego sweterka. Bloomy mogłaby przysiąc, że gdyby to coś nie trzymało jej mocno, to z pewnością po raz pierwszy i zapewne ostatni rozpłaszczyłaby się na suficie.
-Gdzie Huncwoty? – Opluł ją gajowy Hagrid. Uniósł ją tak, by spojrzeć jej w oczy, czyli bardzo wysoko, i łypnął na nią groźnie.
-Tam – odpowiedziała rzeczowo dziewczyna i wskazała palcem na ścianę. Pół-olbrzym podążył wzrokiem z jej ręką i ruszył we wskazanym kierunku, tylko trochę bardziej przed siebie. Zatarasował swoją – jakby nie patrzeć – sporą postacią korytarz i stanął przed Czwórką Wspaniałych.
-Rozwaliliście stadion – stwierdził, a Black się zachmurzył.
-Kurde – wyrwało mu się -A mówiłem, że jak przyjdziemy na lekcje to, to będzie bardziej podejrzani, niż jakbyśmy zwiali z niej! - żachnął się.
Reszta taktownie go ignorując, spojrzała ze zdziwieniem na nieco zaniepokojoną swoim położeniem Naomi. Dziewczyna wciąż wisiała panicznie uczepiona ręki gajowego.
-No cóż... – podjął się Potter – Jeśli ona ma być dowodem, to niewiele zdziałasz, Hagridzie.
Gajowy spojrzał na chłopaka ze zdziwieniem. Ze zdezorientowania aż odstawił Naomi na ziemię.
-Co wy mi tu jeden z drugim? Bujać to my, ale nie nas. Mogę się założyć, że to wy zdemolowaliście wieże stadionową. A co! – oświadczył i mocno walnął się pięścią w klatę, jakby to było na coś dowodem. W odpowiedzi usłyszeli ciche skomlenie.
Przez moment panowała krępująca cisza pełna zapatrzenia na wybrzuszenie pod płaszczem gajowego. W końcu Potter odchrząknął.
-Patrz Luniek, zawsze się ostatni dowiadujemy – zasmucił się, by rozładować zdecydowanie zbyt napiętą atmosferę.
-Taka, bracie, nasza dola – stwierdził Lupin z nie pasującym do stwierdzenia uśmiechem.
-Co się stało, Hagridzie? – zapytał dość logicznie Peter. Cała czwórka, wraz z chwilowo odobrażonym Syriuszem zadarła głowy do góry.
-W sensie, że to nie wy? Ktoś wywarzył deski. Rozumiecie, to, którymi to zabito nieużywane wieże obserwacyjne na stadionie - Nachylił się do chłopców i przywołując ich bliżej wyszeptał: Prawie znokautowało Błahostkę, ta deska, co to na dół spadła.
Wyprostował się, rozejrzał po korytarzu i przepuścił tłum uczniów, który próbował się koło niego przecisnąć.
-To nie my – zapewnił Peter z niezwykłą pewnością siebie.
-Jasne. Gdybyśmy to byli my, poczekalibyśmy aż przechodziłby tamtędy Flich – podłapał James.
-Hmmm – powiedział Hagrid – Więc to może faktycznie Evans – zastanawiał się - jak zwykle - głośno.
-Lily? A jej, co do tego? – zapytał dziwnie zainteresowany Potter.
-Znalazłem ją tam nieprzytomną na schodach. Leży teraz w Skrzydle Szpitalnym i mówi sama do siebie o jakiejś kuropatwie – powiadomił uprzejmie Hagrid. Nagle, wśród całego zamieszania, jakie panowało na korytarzu, dało się słyszeć dziwne popiskiwania.
Ann, równie szybko jak się zmaterializowała za Hagridem, tak wraz z Naomi wniknęła w tłumie.

Zdarzało się już kilka razy, że wraz z Mikem i Maxem próbowała łapać gwiazdy. Wcześniej towarzyszyła mi także Ebony. Często wspinali się na dach domu państwa Scarlet i rozłożeni na dachówkach liczyli migocące kropeczki. Nigdy nie chcieli uwierzyć, że te zachęcające oczka to płonące kule gazowe oddalone o miliony mil.
Były zbyt piękne, by mieć taką krótką definicję. Wedle nich powinna ona być długa i posiadać niesamowicie skomplikowane i tajemnicze słowa. Nie mogąc takiej znaleźć, sami wymyślili własną. Właściwie to Luu to zrobiła. Zawsze miała większą wyobraźnię w tych sprawach i potrafiła pięknie układać słowa.
-Gwiazdy to odłamki bajkowego świata – powiedziała pewnej letniej nocy, gdy w czwórkę próbowali osiodłać spadające gwiazdy – Bajkowy świat ma mnóstwo niesamowitości i czasami wszystkie się w nim nie mieszczą. Wtedy takie okruszki przedostają się do naszego świata.
Mieli wtedy po sześć lat i porządnie im się dostało, gdy się wydało, gdzie spędzili pół nocy.


Czuła się, jakby siedziała na dachu rodziców Maxa i Mike’a w deszczową, czarną noc. Wokół niej, nad jej głową i pod stopami była ciemność. Gdyby nie fakt, że na czymś stała, gotowa by była stwierdzić, że unosi się w nicości. O ile nicość jest czarna.
Nigdy jej nie widziała, więc nie mogła z całą pewnością stwierdzić, jak owa nicość wygląda. Mogła przecież równie dobrze być fioletowa, zielona, różowa albo pomarańczowa.
Mimo to miała jednak wrażenie, że nie licząc podłoża pod jej stopami, wszędzie indziej rozciągała się Nicość.
Gdy wyciągnęła przed siebie dłoń mrok zdawał się wpływać między jej palce i owijać się wokół nich jak wstążeczki o kolorze ciemności.
-Co jest? – Rzuciła w Nicość. Jej głos zdawał się tonąć w gęstej czerni. Ona sama usłyszała swoje słowa, jakby ktoś wypowiadał je pod ziemią. Jej oddech zamienił się w parę. Biała mgiełka uniosła się niby mleczna chmurka ponad jej głowę. Po chwili nadęła się i najzwyczajniej w świecie pękła. Jedyną oznaką jej niesamowitości był fakt, że z jej wnętrza, jak z kolorowej piniaty, wysypały się lśniące niczym gwiazdy iskierki.
Zawirowały one w powietrzu otaczając ją kręgiem.
Połyskujące złotem oczka kontrastowały z głęboką czernią Nicości.
Bez trudu stwierdziła, że ułożyły się w kształt run. Nie wiedziała, z skąd to wie. Cichutki, podobny do dzwoneczków głosik jej to podpowiedział.
Przyjrzała się runom uważnie rozpoznając w nich kształty, które dostrzegła wypalone na podłodze nieszczęsnej wieży stadionowej. Obracała się wokół własnej osi, by wszystkie je dokładnie obejrzeć. Nic jej nie mówiły, jednak coś w nich sprawiało, że były dla niej ważne.
Gdy wykonała pełny obrót płonące gwiazdy zaczęły wirować. I robiły to coraz szybciej.
I coraz bardziej zacieśniały krąg.
Obracała się w raz z nimi, jednak znacznie wolniej. Starała się zapanować nad zawrotami głowy i opanować kołatanie serca. Tylko znaleźć wyjście...
Wirujące runy zlały się z jedną, nie mającą ani początku ani końca wstążkę. Krąg wciąż się kurczył, a gdy ona niemal mogła poczuć wiatr, który wirując wprawiały w ruch, nagle powyskakiwały z toru swojego dotychczasowego lotu. Odbijając się od siebie nawzajem rozprysły się w różne strony, jak konfetti rozsypując się w Nicości.
I teraz dopiero spostrzegła, że Nicość, w której się znajdowała, stała się jaśniejącym od ogromu gwiazd niebem. Równie pięknym, jak to sprzed dziesięciu lat.
A ona sama stała na dachu domu Scarletów.
________________________________________
Minęły 2 lata od powstania tego opowiadania.

komentarze [9]